Archiwa tagu: Terry Gilliam

Po moim trupie!

 

lamancha

 

Słynną powieść Miguela Cervantesa otacza diaboliczna aura. Wiele wskazuje na to, że autor szukał wsparcia w siłach, o których nawet nie chcę wspominać. Z pewnością wisi nad Don Kichotem klątwa, nieprzerwanie od czterech wieków. Padła na samego Cervantesa, od momentu ukończenia powieści doświadczanego przez przeróżne plagi, następnie na Orsona Wellesa, który przez 30 lat bezskutecznie próbował przenieść historię na filmową taśmę, przez Terry’ego Giliama, aż po piszącego ten tekst – bezskutecznie podchodziłem do niego od wielu miesięcy.  A zatem czytacie na własne ryzyko, kto wie jak działa donkiszotowskie mojo.

 

Kilka tygodni temu do sieci trafił lakoniczny komunikat o przerwaniu prac nad filmem „The Man Who Killed Don Quixote”. Z miejsca przykryty lawiną newsów i memów o „Star Warsach”, „Avengersach” i „Grach o Tron” na kilku osobach zrobił jednak wrażenie i to zapewne o nich mógłby być ten film. A może najbardziej o autorze całego przedsięwzięcia. Cervantes pisząc Don Kichota nie mógł przypuszczać, że jego bohater jako żywy będzie chodził po ziemi kilka wieków później. Obaj to to staromodni romantycy. Obaj to wariaci. Trudno o bardziej dobraną parę, niż szlachcic z La Manchy i Terry Gilliam.

 

 

Pełen zapału do pracy Gilliam rozpczął prace nad dziełem życia w 1998 roku, dwa lata później, bez najmniejszego choćby wsparcia ze Stanów zamknął budżet i w hiszpańskiej prowincji Navarra ruszyły zdjęcia. Obsada najlepsza możliwych, Jean Rochefortowi parterował Johnny Depp wraz z ówczesną narzeczoną Vanessą Paradis, wszystko szło świetnie przez pierwsze kilka dni, aż w skutek ulewy woda podmyła plan, niszcząc wszystko na swojej drodze.  Zdjęcia wznowiono tylko po to, żeby Rochefort musiał udać się do szpitala z dwoma naruszonymi kręgami (kto normalny jeździ konno w wieku 70 lat?). Następnie wyniknęły kłopoty z ubezpieczeniem, budżet został nadwyrężony do granic wytrzymałości… Jednym słowem projekt upadł. Pamiątką tamtych czasów jest dokument „Lost in La Mancha” z 2002 roku, w którym możemy zobaczyć większość nakręconych wówczas scen.

 

Gilliam nie przestaje myśleć o swoim opus magnum i w 2005 roku, z Robertem Duvallem i Evanem McGregorem w głównych rolach podejmuje drugą próbę. Prace trwają z przerwami przez następne kilka lat, ostatecznie w 2010 reżyser oznajmia, że budżet świeci pustkami i tym samym po raz drugi musi uznać wyższość sił od niego niezależnych. W styczniu 2014 roku Gilliam ogłasza na fejsbuku: „Marzenie o Don Kichocie znów odżyło! Czy uda się wsadzić starego drania z powrotem na koń?”

 

Z producentem Adriánem Guerrą i scenarzystą Davem Warrenem u boku znów podejmuje rękawicę. Tym razem w rolach głównych William Hurt i Jack O’Connell. W czerwcu 2015 roku robi się jeszcze bardziej optymistycznie, kiedy projekt postanawia wesprzeć Amazon Studios, zapowiadając szeroką promocję w kinach i dystrybucję online. We wrześniu, kiedy własnie mają ruszać zdjęcia, lekarze diagnozują u Hurta raka trzustki. Prace zostają wstrzymane.

 

Wiosną tego roku Gilliam ogłasza ostatnią jak dotąd próbę wypełnienia szaleńczej misji. Kolejnym duetem aktorskim zostają Michael Palin i Adam Driver, fundusze objecuje zebrać Paulo Branco. To jeden z najważniejszych ludzi kina w Europie, ma na koncie ponad 300 filmów, zasiadał w jury festiwali w Berlinie, Wenecji czy Locarno. Współpracował z Cronenbergiem i Wendersem, ale także z Żuławskim i Skolimowskim, jest wielkim pasjonatem kina artystycznego, które potrafi też przekuwać w sukces finansowy. Na początku października oznajmia, że tym razem dopięcie budżetu okazało się niemożliwe. Czy wspominałem już o klątwie Don Kchota? Gilliam zdaje się dobierać współpracowników o niewłaściwej duchowej prowieniencji, można rzec z niewłaściwej parafii. Może jednak sytuacja wygląda całkiem inaczej, być może w całym tym procesie nie ma przypadków, a my oglądamy przedstawienie, które wykracza poza jedynie salę kinową?

 

Choć Gilliam nie pokazał nawet minuty skończonego filmu oferuje nam coś więcej, sama walka o ukończenie produkcji stała się metafizyczną opowieścią o szaleństwie i walce z niewidzialnym wrogiem. Sam obsadził się w roli głównej i od lat prezentuje dzieło hiszpańskiego pisarza w niezamierzonym (a być może właśnie z premedytacją zamierzonym!) performansie. Jak na XXI wiek przystało, kolejne rozdziały oglądamy przy pomocy plotkarskich portali, a do tego sami musimy tę opowieść poskładać do kupy. Nawet jeśli nie do końca świadomie, Gilliam po raz kolejny okazuje sie genialnym wizjonerem,  przekraczając granice sztuki w sposób, jaki do tej pory nikomu sie nie śniło.

 

Czy usłyszymy jeszcze o człowieku, który zabił Don Kichota? Chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości? Kilka lat temu w jednym z wywiadów opowiadał: Zaczynam chyba myśleć „jeśli tym razem się nie uda, chyba dam sobie spkój. Straciłem tyle lat… Jeśli zamerzasz robić Don Kichota musisz byc szalony, jak sam Don Kichot”. Zapytany niedawno o rezygnację z projektu odpowiada jasno: po moim trupie!

 

karl

Coldplay i Magia sztuki.

Coldplay powraca z nowym albumem i prezentuje kolejny teledysk. Tak jak zimny, elektroniczny „Midnight” odpychał, tak wobec najnowszej propozycji mam zgoła odmienne wrażenie. Nigdy nie byłem wielkim fanem tego zespołu, ale wygląda na to, że zaliczają powrót formy po całkowicie nijakim Mylo Xyloto. Fani oczywiście kupią bez mrugnięcia okiem, przeciwników raczej to nie przekona, niemniej da się tego słuchać. Ale to nie muzyka robi tu największe wrażenie, a właśnie teledysk. Bardzo mocno przypomina mi dwa filmy.

 

To „Parnassus” Terrego Gilliama, opowieść o dawnych artystach, którzy odchodzą, przestają być potrzebni, powoli są wyrzucani na śmietnik społeczeństwa. Artyści całkowicie oddani swojej sztuce, bezbronni jednak wobec knowań dzisiejszego szołbiznesu i pędu współczesności. To hołd dla nich i jednocześnie wołanie o danie im jeszcze jednej szansy w czasach plastikowych i pozbawionych wyrazu idoli.

Drugi z nich, „Cienie we mgle” to typowy traktat filozoficzny Woody’ego Allena z okresu, gdy jego zniechęcenie czasami w których żył osiągnęło apogeum. Stworzył mroczną opowieść odwołującą się do jego mistrzów – Felliniego i Bergmana. Przesłanie tego filmu można zawrzeć w stwierdzeniu: życie jest snem psa, w którym jesteśmy jedynie klaunami na cyrkowej arenie. W związku z tym powinniśmy je wycisnąć jak cytrynę.

W obu oglądamy tęsknotę za dawnym sensem sztuki. Za czasami, gdy sztuka była magią, niezwykłym prezentem ofiarowywanym zwykłym ludziom. Dziś stała się jedynie przyziemnym, wulgarnym produktem.

Coldplay niemal kopiuje oba te obrazy. Życie cyrkowej trupy jako metafora życia. Ale nie miejmy mu tego za złe, robi to przecież w dobrym celu. Może choć część dzisiejszych nastolatków zrozumie, że lepsze już było.

 

 

I zastanawia tylko jedno: czy odwołując się w hipsterskim trendzie do dawnej romantycznej epoki sam nie jest mistrzem współczesnego pijaru. Od kilku tygodni angielskie bulwarówki żyją jego rozstaniem z Gwyneth Paltrow. Czy to tylko zbieg okoliczności, że ta informacja wyszła na światło dzienne tuż przed premierą nowej płyty?

 

karl