4 czerwca: Potrzebujemy imadła.

Gary

Rano zejście do garażu, brama otwierana na pilota, przejazd przez miasto samochodem z czteropunktową klimatyzacją i wreszcie firmowy parking podziemny, również otwierany automatycznie. Często nawet nie wiedzą, jaka temperatura panuje na zewnątrz. W weekend wizyta w markecie, najlepiej Piotr i Paweł. Dwa, trzy razy do roku wypad na urlop w jakiś egzotyczny zakątek świata. Klasa bogaczy w szybkim tempie dogania zachód. Wciąż jednak spotkany na ulicy bezdomny proszący o złotówkę, który przyprawia ich o mdłości sprawia, że automatycznie odwracają głowę. Nic dziwnego że nie dostrzegają, jak drastycznie rośnie w Polsce poziom biedy.

Z raportu GUS za 2012 r. wynika, że aż 6,7 proc. naszego społeczeństwa żyje w skrajnej biedzie, 16-17 proc. w tzw. umiarkowanym ubóstwie. W sumie w Polsce aż 6 mln ludzi zmaga się z trudnymi warunkami życiowymi, rozmaitymi ograniczeniami, brakami i niedostatkiem. Niestety ubóstwo dotyczy w równym stopniu dorosłych jak i dzieci. W Szkole Podstawowej nr 1 w Białymstoku uczniowie, których rodzice nie opłacili na czas obiadów, zostały przez pracownika szkoły podczas przerwy obiadowej spytane o nazwisko i wyproszone z kolejki. Zaproponowano im jedynie zupę. Powszechne staje się stygmatyzowanie dzieci wobec rówieśników. Pojawia się też problem mieszkań spółdzielczych i komunalnych. Deweloperzy coraz mocniej naciskają na ubogich, często osoby starsze lub chore, które posiadają nieruchomości w atrakcyjnych lokalizacjach, próbując doprowadzić do eksmisji. Dopuszczają się każdej metody, aby je przejąć. Mniej zamożni i nie tak zaradni jak najsprytniejsi nuworysze są usuwani na margines, tak, aby nie kłuli w oczy. A są też coraz bardziej bezwzględne i działające w coraz bardziej szarej strefie firmy udzielające chwilówek ludziom którzy znaleźli się w dramatycznej sytuacji finansowej.

„…To bogaci i biedni…” śpiewał Kazik w utworze Jeszcze Polska 22 lata temu. Czy od tamtej pory tekst choć trochę stracił na aktualności? Balcerowicz zrobił spore spustoszenie w głowach Polaków przekonując, że wolny rynek jest odpowiedzą na wszystko. Jedyną wartością człowieka stały się zarabiane przez niego pieniądze. A różnica między najmniej i najwięcej zarabiającymi na całym świecie wciąż rośnie.

W USA 30 lat temu dochody 5 proc. najbogatszych były 16 razy wyższe niż 20 proc. najbiedniejszych, teraz są 28 razy wyższe. 5 proc. krezusów kontroluje 37 proc. światowego dochodu. Najbiedniejsi, 5 % z samego dna społeczności światowej, mają w swoich rękach jedynie 0,2 proc. Dochody najbogatszych w ostatnich dekadach rosną znacznie szybciej niż osób biednych. Polacy bezkrytycznie zapatrzeni w zachód konsekwentnie próbują go gonić. Średnia płaca top menedżera w branży bankowej wzrosła w ubiegłym roku o 10,5 proc., do ponad 2,3 mln zł, ustanawiając historyczny rekord. Przeciętny Kowalski na takie wynagrodzenie musiałby pracować ponad 47 lat. A przypomnijmy, że przeciętny to taki, który zarabia prawie cztery tysiące na miesiąc. Luigi Lovaglio, prezes Banku Pekao zainkasował w 2012 roku ponad 4,5 mln zł. Z kolei Cezary Stypułkowski, szef BRE Banku, razem z 2 mln zł premii za 2011 rok w ubiegłym zarobił prawie 4,3 mln zł. W czołówce jest też Sławomir Sikora, prezes Banku Handlowego, z 3,8 mln zł. W 2012 roku miesięczny dochód brutto powyżej 7,1 tys. zł osiągnęło w Polsce nawet 751 tys. osób, tj. o blisko 23 tys. osób więcej niż w 2011 i o 90 tys. więcej niż w 2010 roku.

Nic dziwnego, że potrzebują coraz więcej, w końcu symbole statusu społecznego odpowiednio kosztują. Rynek towarów luksusowych pomimo ogólnoświatowego kryzysu ma się dobrze. Firma Richemont, właściciel takich marek jak Cartier czy Mont Blanc, przez pierwsze sześć miesięcy swojego roku obrotowego zwiększyła sprzedaż o 21 proc., a zysk o 52 proc. Z kolei zysk netto firmy LVMH, która jest właścicielem marek Louis Vuitton, Dior czy Dom Pérignon, wzrósł w zeszłym roku do 3,9 mld euro z 3,4 mld euro rok wcześniej. – Rynek dóbr luksusowych okazał się dość odporny na kryzys. Łączna wartość wydatków na dobra luksusowe w 2011 r. wyniosła 1,4 bln dol. Wartość sprzedaży luksusowych samochodów to blisko 350 mld dol., a luksusowych doświadczeń takich jak podróże czy aukcje sztuki wyniosła 770 mld dol. Podobnie rzecz ma się w Polsce. Raport KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce” podaje, że W 2012 roku zamożni i bogaci Polacy wydali na dobra luksusowe około 18,5% swoich dochodów, podczas gdy aspirujący – 13%. Wartość wydatków Polaków na dobra luksusowe w 2012 roku wyniosła ok. 36 mld zł, tj. o 4,7 mld zł więcej niż w roku poprzednim.

W 2008 roku to głównie nielegalne działania banków doprowadziły do rozpoczęcia kryzysu. Zarówno w Europie jak i w Stanach Zjednoczonych ludzie tracili nie tylko pracę, ale też oszczędności a następnie mieszkania i domy. Te same banki, odpowiedzialne za całą sytuację wypłaciły swoim prezesom milionowe premie. Jakby otaczająca rzeczywistość była dla nich zupełnie niezauważalna. Ale to nie wszystko. Największe instytucje finansowe uczestniczyły też w procederze wyciekania dochodów w celu uniknięcia opodatkowania. W roku 2012 w rajach podatkowych ukryto od 21 do 32 bilionów dolarów. A z naszego podwórka: do rajów podatkowych trafia około 35 proc. kapitału, który mógłby być opodatkowany w Polsce. Te pieniądze powinny trafić do budżetu państwa, który z rok na rok staje się coraz bardziej napięty. Jednak zdaniem naszych miliarderów nie było to konieczne. Jednocześnie z badań CBOS przeprowadzonych w zeszłym roku wynika, że według ankietowanych przyczyną pozostawania w ubóstwie jest lenistwo, alkohol, brak zaradności i nieodpowiednie wykształcenie. Nie ma tam miejsca na wykluczenie systemowe, zdarzenia losowe czy przypadki coraz bardziej powszechnego dziedziczenia biedy np. w byłych PGR-ach. Nie radzisz sobie w dzisiejszym świecie? W takim razie jesteś pewnie leniem albo pijakiem. Tego rodzaju tendencje w postrzeganiu ludzi ubogich zwiększają się wraz z upływem lat.

Z takim rodzajem myślenia polemizuje film „Dzień bez Meksykanów” z roku 2004. Pewnego dnia wszyscy przybysze zza południowej granicy USA nagle znikają i kraj nagle przestaje funkcjonować. Okazuje się, że wszyscy są sobie nawzajem potrzebni. Również u nas. Właściciel osiedlowego sklepiku idzie do banku i bierze kredyt. Kupuje od banku usługę, której potrzebuje płacąc w zamian odsetki. Tego samego dnia menedżer tego banku idzie do sklepiku i kupuje winogrona, ser i wino, płacąc gotówką. Czym się od siebie różnią? Dlaczego ich zarobki muszą się różnić kilkusetkrotnie? Jak ta rozpiętość dochodów jest uzasadniona przez istotność ich ról społecznych? Czy naprawdę jeden menedżer banku jest dla naszego społeczeństwa równie ważny co kilkuset sklepikarzy?

W kwestii empatii i świadomości swoich społecznych ról ciągle znacznie odbiegamy od wielu innych krajów. Na zachodzie Europy, w bardziej rozwiniętych demokracjach przedsiębiorca, który odnosi sukces automatycznie ustanawia fundację i przekazuje znaczne kwoty ze swojego majątku na cele charytatywne i ekologiczne. Prestiżowe kancelarie prowadzą działalność pro publico bono. Jest to zupełnie naturalne, i nie znajdziemy nikogo, który wyłamałby się z tej tradycji. Rozumieją swoją rolę w społeczeństwie.

Natomiast w Polsce czeka nas ciężka przeprawa. Elity wytworzone w latach 90. skupiające przedstawicieli takich zawodów jak lekarz, prawnik, urzędnik policjant czy menedżer stworzyły zamknięte bastiony, które dziś zdają się pamiętać jedynie o swoich prawach, zapominając o obowiązkach. Te kasty zamiast wywiązywać się z obowiązku służenia społeczeństwu, będąc zawodami zaufania publicznego, zajmują się już tylko dbaniem o zachowanie swoich przywilejów. Wykorzystując znajomości maksymalizują zyski nie dopuszczając nikogo z zewnątrz. W efekcie zachowują monopol na lukratywne kontrakty i windują nieustannie ceny.

Kryzys stał się dla nich doskonałą okazją do badania granic ustępstw, na jakie zgodzą się ich pracownicy i poziomu poniżania jakie zniosą. Lawinowo rosnąca liczba bezrobotnych sprawiła, że ci którzy tę pracę jeszcze zachowali muszą godzić się na niemal każde warunki stawiane przez pracodawcę. Chociaż pensja dotyczy zazwyczaj ośmiu godzin, pracownik musi jeszcze odpracować bezpłatne nadgodziny, które nie są ujęte w żadnych raportach o rynku pracy. Darmowe godziny pracy umożliwiają pracodawcy większy zysk, przy niezmiennej pensji dla pracownika. Musi on też wykonywać prace nie należące do jego kompetencji. Na twoje miejsce czeka już pięciu chętnych – słyszy w odpowiedzi na jakikolwiek protest.

Jednocześnie zarobki suto wynagradzanych menedżerów często nie są w żaden sposób adekwatne do kwalifikacji. Sławomir Wiśniewski, który od niemal 10 lat zajmuje się rekrutacją kadry menedżerskiej opowiada w rozmowie z Martą Piątkowską z portalu wyborcza.biz:

- Dochowaliśmy się na rynku kadry kierowniczej wyspecjalizowanej jedynie w wydawaniu poleceń. To nie nowość, ta grupa cieszy się u nas bogatą tradycją. Zawsze byli dyrektorzy, których podstawową umiejętnością było przetrwanie w każdych warunkach. Tu się uśmiechnęli, tam uścisnęli rękę, gdzie indziej podpięli pod pomysł kogoś innego. Zamiast zarządzaniem zajmowali się administrowaniem, czyli przekazywaniem poleceń, których być może nawet do końca nie rozumieli. Ci ludzie opanowali na tyle dobrze sztukę przetrwania, że część z nich zajmuje swoje stanowiska do dzisiaj, co osłabia firmy. Brutalne, ale prawdziwe. 

Podam przykład. Pewna firma z branży stalowej miała bardzo dobry kontrakt na przetwarzanie surowca. Funkcjonowała praktycznie na niezmienionych zasadach od kilkunastu lat. W pewnym momencie wycofał się główny odbiorca. Katastrofa. A zarząd nie był w stanie znaleźć drugiego kluczowego klienta przez kilka lat. Kilkadziesiąt kilometrów dalej ich konkurencja podbijała Europę. Wniosek? To nie branża miała problem, tylko firma była źle zarządzana. O jej losie decydowali ludzie, którzy nie potrafili sobie poradzić z problemem.
Inna historia. W trakcie audytu w jednej z firm trafiliśmy na pracownika wysokiego szczebla, który przez trzy lata nie wygenerował dla niej praktycznie złotówki zysku, chociaż był odpowiedzialny za sprzedaż. Na pierwszy rzut oka był gwiazdą tabelek, ale sprzedawał wszystko z niemal zerową marżą. Firma niby wiedziała, że dawał duże upusty, ale ponieważ była bardzo bogata, to nic z tym nie robiła. Zainteresowali się jego efektywnością dopiero wtedy, kiedy zwróciliśmy im uwagę, że ten pracownik jest najsłabszym, a nie najmocniejszym członkiem zespołu. Zresztą wiele działów w wielu firmach miało swoje „gwiazdy”, dopóki rzetelnie nie policzono wyników ich pracy. Recesja w dużej mierze odsiała najsłabszych lub niedostosowanych, którzy teraz są zdziwieni, że pomimo kilkuletniego doświadczenia nie mogą wrócić na rynek.

 

To jak załapali się na swoje stanowiska?

- W latach 90. nie mieliśmy kadry przystosowanej do realiów wolnego rynku, bo takowy dopiero zaczynał raczkować. Duże firmy nie miały wyboru. Dobierały kadrę na zasadzie mniejszego zła, a nie kompetencji. Jeśli ktoś miał wykształcenie wyższe i znał język obcy, mógł przebierać w ofertach. Ci ludzie uczyli się na błędach, jedni skutecznie, inni mniej. Pewien brak kultury zarządzania, jaki obserwujemy obecnie, to pokłosie tamtych decyzji. Bo ci, którzy niczego się nie nauczyli, ale z różnych powodów utrzymali stanowiska, mieli i do dziś mają wpływ na wyznaczanie poziomu i jakości kadry menedżerskiej.

Kurczowo trzymają się swoich posad, uważając że im się po prostu należą, i są dowodem ich zaradności. Empatia wobec drugiego człowieka jest im coraz bardziej obca.

Jakie więc powinniśmy podjąć działania w celu zmiany istniejącej sytuacji? Odpowiedzią może być rozwiązanie szwajcarskie. Nad jedną z reform w tej kwestii będą głosowali Szwajcarzy w listopadowym referendum. Według niej pensje kadry zarządzającej nie mogą być wyższe niż dwunastokrotność najniżej opłacanego pracownika w firmie. Do tej pory zdarzały się nawet przypadki, w których ten stosunek wynosił 1:720. Z pewnością u nas spotkałoby się to z ostrymi protestami. Może więc na początek pensja szeregowego pracownika powinna być 25 razy mniejsza niż prezesa? I wówczas Pekao oferowałaby swojemu szeregowemu pracownikowi pensję 15 tyś. zł na miesiąc. Nierealne? Wręcz  niemożliwe, więc redukcja pensji prezesa będzie z jego strony najprostszym sposobem walki z najbardziej palącymi problemami naszej Ojczyzny. Z pewnością się zgodzi. Oprócz prezesa te same przepisy powinny objąć też członków rad nadzorczych i zarządów. Może to spowodować odpływ najlepszych z nich za granicę? Więc trzeba zacząć rozmawiać o takich rozwiązaniach na forum unijnym. To zadanie dla naszych europosłów, wśród których stosunek umiejętności do zarobków też jest często mocno kontrowersyjny. Polityczne nominacje są zazwyczaj ślepe na takie drobiazgi jak kompetencje, w tym znajomość języków. Żeby była jasność: nie chodzi tu o pieniądze jakie zarabia właściciel. Jeśli jest on w stanie dostarczyć świetny produkt lub usługę jego zarobki są w pełni uzasadnione. Chodzi jedynie o absurdalne często zarobki pracowników, których zatrudnia na najwyższych stanowiskach. Kolejnym krokiem powinien być obligatoryjny wzrost pensji o 10% rocznie przez następne 10 lat w przypadku firm, których roczne zyski plasują się powyżej pewnego poziomu (np. 10 milionów). Już słyszę słowa krytyki o powrocie do komunizmu. Po pierwsze: w czym niby dzisiejszy dziki kapitalizm jest lepszy od komunizmu? A po drugie: podobne rozwiązania nie byłyby konieczne, gdyby wszyscy zachowywali przyjęte zasady gry, a przede wszystkim wykazywali się elementarnym poczuciem przyzwoitości. W dzisiejszych warunkach potrzebujemy po prostu imadła, które spłaszczy różnice między najmniej i najlepiej zarabiającymi.

W roku 1789 przywódcy Rewolucji Francuskiej zakrzyknęli: Wolność! Równość! Braterstwo! i oddali władzę w ręce ludu. Dokładnie dwieście lat później w Polsce, bez choćby jednego wystrzału w wyniku częściowo wolnych wyborów, przy skromnej pomocy Gary Coopera władzę przejęła opozycja demokratyczna wzywając do wzajemnej Solidarności. To ich myśli i ich czyny, bardziej niż cokolwiek innego, mogą i powinny stanowić dla nas drogowskaz do lepszej przyszłości.

Miliony amerykanów przewinęło się przez Wall Street, biorąc udział w ruchu „Occupy”. Przez hiszpańskie ulice przeszły marsze nawołujące do zmian liczące setki tysięcy ludzi. Greckie ulice płonęły przez kilka miesięcy. W Polsce cisza. Duda próbując wyprowadzić ludzi na ulice uwikłał się w bieżącą politykę, protesty w sprawie ACTA trwały zaledwie kilka dni i były w rzeczywistości podyktowane chęcią dalszego darmowego ściągania filmów, programów i muzyki z internetu przez gimnazjalistów czy studentów. Jak do tej pory, pomimo ciągłego zjazdu w dół naszej oceny rzeczywistości, NIC się nie wydarzyło. Od roku ‘80 upłynęło dopiero niewiele ponad 30 lat, od wolnych wyborów 24, a my kompletnie przestaliśmy wierzyć w moc naszych wspólnych protestów. Właśnie nadarza się okazja, żeby przypomnieć sobie, jakie efekty potrafią one przynieść.

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>