Janusz Głowacki. Antypolak w Nowym Jorku

głowa

 

Żaden sztylet nie wchodzi tak głęboko i brutalnie w ciało, jak dobrze postawiona kropka.

Janusz Głowacki

 

Niedawno zrobił nam kolejnego psikusa, jak to on. Tym razem jednak nikt się nie śmiał, bo odszedł człowiek z gatunku tych, których brakuje dziś bardziej.

Hedonista z krwi i kości, diablo inteligentny, od zawsze posługiwał się celną ripostą i ostrym piórem. Wszystkie te przymioty wykorzystywał z premedytacją, kiedy jednak spływały na niego zasłużone pochwały, lub równie często spadały gromy, głównie ze strony tych którzy zazdrościli przenikliwości oceny, lekkości frazy (powodzenia u płci przeciwnej nie wspominając), Głowacki do jednych i drugich podchodził za stoickim spokojem. Był zaprzeczeniem typowego polaka, „Mówił, jak jest”, zanim stało się to modne, nie pytał „Co z tą Polską”, od razu przechodził do odpowiedzi. Gorzko trafnej i przerażająco przytłaczającej. Robił to jednak z taką klasą, że nikomu nie przyszło do głowy się na nie go gniewać. Może z wyjątkiem paru tych, którym poderwał dziewczynę albo opisał tu i ówdzie tak, że nie było wątpliwości o kogo chodzi. Jego nie interesowała polska gorączka, niekończące się dyskusje za czy przeciw, żyć czy umierać. Bardziej interesowało go życie, najwspanialsza przygoda rozumiana pod każdą szerokością geograficzną niż wchodzenie po raz tysięczny do tej samej rzeki, czy może raczej kanału. Najlepiej było to można dostrzec w potyczkach z archetypem męczennika pamięci, ambasadorem polskiej narodowej traumy, Andrzejem Wajdą przy pracy nad scenariuszem filmu o Wałęsie. Kiedy Wajda myślał raczej i Iliadzie i Odeysei, Głowacki kombinował w stronę „Wściekłego Byka”. Reżyser widział Konrada na Mount Blanc, autor zaś spracowane ręce elektryka dobierające się do kuszącego ciała małżonki. Nie interesowały go legendy i mity, interesowało go życie.

Głowacki urodził się, by być obywatelem świata i osiągnął to pomimo panujących u nas mroków komunizmu. A być może paradoksalnie dzięki nim, żelazna kurtyna pobudzała wyobraźnię i wyostrzała zmysły, po naszej stronie chciało się po prostu bardziej. Nie miało jednak dla niego znaczenia po której stronie akurat się znajdował, bez wielkich planów na przyszłość, zawsze jednak pełen nadziei najpierw awansował z anonimowego polskiego felietonisty na jednego z najważniejszych piór młodego pokolenia, autora choćby „Rejsu” czy „Polowania na Muchy”, by za chwilę wykładać na Columbia University i zdobywać kolejne stopnie wtajemniczenia w nowojorskiej society. Pisał felietony dla New York Timesa i sztuki wystawiane w Stanach i Europie, ale na zawsze pozostał Januszem z Polski, od polskiego DNA nie udało się uciec nawet jemu.

 

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>