Dylan.pl – Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru

dyl

 

Nobody sings Dylan like Dylan” to było ulubione powiedzenie Roberta Leszczyńskiego, wielkiego fana. Trafnie definiuje fenomen Dylana, który przecież nie wyróżniał się ani wybitną grą na gitarze, ani aksamitnym głosem, a mimo to nieustannie obdarowuje się go wszelkimi możliwymi nagrodami, co ważniejsze jest dla milionów słuchaczy najważniejszym muzycznym punktem odniesienia. Dowodem choćby strona internetowa, która zbiera wszelkie możliwe multimedia z całego świata stanowiące hołd dla Mistrza pod tytułem… Nobody sings Dylan like Dylan. Fanom czasem nie wystarcza tylko słuchać, muszą uwielbienie udowodnić własnymi próbami wykonania songów Dylana. Zazwyczaj kończy się nie najlepiej.

Co sprawiło, że Zimmerman stał się Dylanem? Głónie fakt, że urodził się w Ameryce. Od najmłodszych lat nasiąkał amerykańską tradycją, głównie folkiem, także country, jazzem czy w końcu rockiem. Muzyka amerykańska, głównie w swoim czarnym korzeniu charakteryzuje się jednym – naturalnym, hipnotycznym pulsem. Trudno się go nauczyć, trzeba go wchłonąć całym sobą, przejąć od otoczenia. Tego przede wszystkim zabrakło na płycie Filipa Łobodzińskiego.

 

 

 

Żeby nie było że to jakaś osobista wycieczka, bardzo cenię Filipa, za jego erudycję, przemyślane komentarze, wreszcie świetny gust w doborze kultury, a więc i za miłość do Dylana. Ale na tej płycie coś nie wyszło, myślę że za bardzo się panowie starali oddać magię Dylana 1:1 przy okrojonych bądź co bądź możliwościach. Brakuje tu zarówno wspomnianego pulsu, amerykańskiego swingu, jak i gładkiej produkcji. Oryginalne produkcje brzmią tak potoczyście i gładko, że mogą służyć zamiast szala jesienna porą, zamiast kominka zimą. Tu wszystko brzmi kwadratowo, po polsku, na dwa, a produkcja bije po głowie, twardo i zupełnie nie po dylanowsku,  a’la americana.

Przeszkodziła nadmierna czołobitność, to bardziej hołd niż płyta z muzyką. Zdarzało się, że nasi artyści grali po dylanowsku z większą finezją, czasem nawet nie nazywając tego po imieniu. W 2005 roku Martyna Jakubowicz do spółki z mężem Andrzejem stworzyli kilkanaście coverów, które dało się słuchać z większą przyjemnością. Duch Dylana naturalnie wybrzmiewa też w solowej twórczości Pablopavo, im dalej tym bardziej jest dostrzegalny. Wystarczy choćby posłuchać „Dancingowej Piosenki miłosnej”, „Nie wiesz nic” czy „Soboty”.

 

Dylanów ci u nas dostatek, ale i tego przyjmiemy, jako że cały on ze szczerego serca i prawdy. po prostu następnym razem warto pamiętać, że „nobody sings Dylan like Dylan”.

 

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>