Wojciech Młynarski. Róbmy swoje

wm1

 

Pisanie w hołdzie Młynarskiemu to jak wspinanie się na Mount Everest ku czci Kukuczki. Niech mi jednak bezczelność pomoże choćby spróbować wyrazić to, co na temat pana Wojciecha zawsze miałem do powiedzenia.

 

Ubożejemy z każdym rokiem. Jeśli powojenną pustkę wypełniali nam ludzie wybitni, po 89. roku karta się odwróciła, dramatycznie brakuje Młynarskich, Holoubków, Kieślowskich czy Konwickich. Dziś coraz mniej w przestrzeni publicznej tych, którzy przyzwoicie wykonują swoją robotę, którzy nie odejdą od biurka, póki nie będą mieli przekonania, że po prostu lepiej się nie da.

W jednym z ostatnich wywiadów jakich udzielił Gazecie Wyborczej tak opowiadał o sobie:

Mam taką zasadę, że piosenkę piszę od końca. To znaczy wiem, jak się powinna rozpocząć, nie wiem, co będzie w środku, i wiem, że końcówka powinna wyskoczyć jak diabeł z pudełka. A sama robota jest żmudna i długa, o czym nie każdy dziś pamięta. Teksty różnych najmłodszych autorów nie sprawiają wrażenia, jakby były specjalnie domyślane, raczej nie są.

 

Tu wyjątkowo pozwolę się z Mistrzem nie zgodzić, myślę że zmieniłby zdanie gdyby wysłuchał co lepszych kawałków autorstwa Adama Zielińskiego, Pawła Sołtysa czy Katarzyny Nosowskiej. Zgodzić się jednak trzeba z tym, jakie miejsce w społeczeństwie dziś im przypisuje, nazywając malejącą grupkę ludzi podobnych do siebie marginesem.

A pan jakiej wolności chciał?

- Rozumnej.

To myślenie życzeniowe. Pan wymaga inteligencji.

- A czego ja mam wymagać, na litość boską?!

Ja się opieram na autorytetach, myślę o takich ludziach jak Stefan Kisielewski, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń… Na tym opieram moją tradycję.

 

Ale wyróżniał go nie tylko rozum, ale też serce:

 

 

- Zawsze starałem się w swoich tekstach nikogo nie chłostać, nikomu nie dokopywać, tylko próbowałem zrozumieć. Najwyżej czasem zażartować, po prostu tak mam rękę ułożoną.

 

Jak wytrawny giełdowy makler nie stawiał na jedną inwestycję, dywersyfikował swój koszyk na ile to było możliwe. Zaczęło się od kabaretu, ale wkrótce pojawił się teatr, telewizyjne seriale, zamówienia od największych polskich piosenkarzy, aż zatrzymał się Młynarski na operach i musicalach. Sam również lubił wyśpiewywać swoje teksty, nagrał 16 autorskich albumów. Dziś człowiek nigdy nie wie, kiedy w rozmowie wtrąci coś z Młynarskiego.

Skąd wziął się Młynarski? Otóż takiego jakiego znamy go dziś stworzyła go ciekawość świata, w którym odnalazł podobnych do siebie, którzy władali słowem zręczniej niż muszkieterowie z powieści Dumasa. Co na ten temat mówił w wywiadzie?

 

- Miałem szczęście mieć do czynienia z rzeczywiście ważnymi poetami piosenki, jakimi byli Brassens i Brel z terenu francuskiego czy Okudżawa i Wysocki z rosyjskiego. Piękne teksty pisali też Dylan i Cohen. 

 

 

 

Wrodzony optymizm kazał mu również odpowiednio przygotować się na to, co nieuchronne:

 

- Napisałem niedawno wierszyk, w którym poruszam te sprawy, o których mówimy, a ma on sens mniej więcej taki: wiem świetnie, że mam jeszcze do zagrania skecz z partnerką. Ona wie, jak ja wyglądam, ja nie mam pojęcia, jak wygląda ona. Ale wiem dokładnie, jak ona zagra swoją rolę, natomiast nie wiem, jak ja zagram. Wiem tylko jedno, że chciałbym bardzo, żeby z jakichś powodów ona tej roli nie dograła. Wtedy krzyknę za nią na klatce: „Zapomniała pani kosy!”.

 

Puenta więc może być tylko jedna, bo choć go już nie ma, to jednak wciąż jest:

 

Do przodu żyj, żyj kolorowo! Czego i państwu życzę.

 

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>