List do Boga

Touched_by_His_Noodly_Appendage_HD

 

Internet jest jak ława przysięgłych z „Dwunastu gniewnych ludzi” Sindneya Lumeta, gdzie głupota walczy z cynizmem, a jaskiniowiec i profesor mają po jednym głosie. Twórcy internetu nie mogli podejrzewać, że ich wynalazek stanie się tubą propagandową światowego stowarzyszenia idiotów, Lem mi świadkiem. Na szczęście jest Youtube, niczym ratujący dobre imię człowieczeństwa Henry Fonda. Jeśli duża tuba zjada codziennie nasze mózgi, mała Youtuba naprawia choć w niewielkim stopniu jej błędy. W tej multimedialnej bibliotece znajdziemy działy, o jakich bibliotekarzom się nie śniło, jest tu całe mydło i powidło świata, historia świata od wielkiego wybuchu po plany lotu na Plutona. W dodatku nie jest zamkniętym klubem nerdów, jeśli tylko poczujesz potrzebę, możesz dołożyć się do światowego zasobu spamu i  wrzucić nieśmiałe próby krojenia cebuli, jazdy na wrotkach czy popisów wokalnych na tle meblościanki. W ten sposób niezauważenie dotarliśmy do sedna, czyli niezależnego obiegu kultury.

 

 

Na pewno też tak mieliście, włączacie piosenkę Michała Szpaka, a trzy godziny później zastanawiacie się czemu właściwie oglądacie dokument o kochankach Hitlera. Zdarzyło mi się bardziej z ciekawości niż nudów trafić na typowego polskiego tatę i jego rozbrykaną córkę. Dramatyczny wykon niespecjalnie rzucił mnie na kolana, ale wykonawcy nieznanej piosenki zaczęli się mnożyć i nagle trafiłem do równoległej rzeczywistości, gdzie co prawda nie znane jest pojęcie songwritingu, za to często będziemy natrafiać na słowa „ładny” i „spoko nutka”. „List do Boga” nagrał parafialny chór i szybko stracił nad nim kontrolę. Nie dociera on do odbiorców w żaden znany nam sposób, nie jest grany w radiu, na koncertach, nikt nie odtwarza go z kaset ani płyt. Jak drzewiej bywało żyje w przekazie ustnym, słuchacz staje się nadawcą i przekazuje piosenkę dalej. Niezależny obieg kultury w stanie czystym.

 

 

Polska ma w tym względzie sporą tradycję, w latach minionych tysiące młodych Polek i Polaków nosiło bibułę, paryską Kulturę, ledwo słyszalne kopie utworów Gintrowskiego i Kaczmarskiego. Kto miał to wszystko gdzieś, słuchał Dezertera, Kryzysu czy Xenny. Lata 90. nie stały się końcem drugiego obiegu, kasety Taktu z klasykami z zachodu, muzyka chodnikowa i odbijane na ksero katalogi QQryku czy Anteny Krzyku zapełniały rynek bez udziału Babilonu. Kiedy już myślałem, że te czasy minęły bezpowrotnie „List do Boga” uświadomił mi, że nawet jeśli hasła typu „globalna wioska” czy „świat się kurczy” mówią jakąś prawdę, to wciąż istnieją plemiona które nie wiedzą o sobie nic nawzajem.

 

 

Cała ta niezbyt mądra historia mogłaby być trafić do szuflady guilty pleasures, gdyby nie niepokojące drugie dno. Instytucjom kultury w Polsce stopniowo odcinany jest tlen, a mimo dostępu do nowoczesnych technologii Polacy sami z siebie raczej nie garną się do darmowych zasobów teatru, opery czy muzyki poważnej. Rośnie za to pozycja kościoła, który tworzy własną narrację, także narrację kultury. Właśnie stąd pochodzi „List do Boga”, który cofa nas do średniowiecza, gdzie można było malować, pisać i śpiewać jedynie na chwałę Boga. Wielu marzy się powrót do tamtych czasów, „niezależny” obieg kultury w postaci naszej piosenki pokazuje że są na dobrej drodze.

 

 

Na koniec mały bonus, skoro już odkrywamy nieznane oblicze polskiej kultury. prawdziwek. Wyjęty prosto z polish joke Leszek Stadnik, polski patriota z Podkarpacia, który jednak bardziej niż szumiące wierzby kocha dolary i jeżdżąc swoją wielką ciężarówą po USA a to zaśpiewa „Dałabyś mi, dała” a to „Barkę”, bo akurat jest niedziela.

 

 

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>