Oczy Mlody, czyli jak Polska oplata świat pajęczyną

wayne

 

Można by pomyśleć, że Wayne Coyne urodził się albo za późno – koncerty Flaming Lips wyglądają jak nieustanna rekonstrukcja Lata Miłości, albo za wcześnie, patrząc na futurystyczną, odjechaną muzykę z roku 3451. Ale on trafił dokładnie tam, gdzie powinien.

Flaming Lips to ani żadna wielka gwiazda, ani kapela niszowa, typowi średniacy. Stanowią jednak na muzycznej mapie świata wyraźny punkt odniesienia. Choć długo pracowali na swoją pozycję (zespół istnieje ponad 30 lat), zespół stał się idolem współczesnej może najbardziej wpływowej, choć nie największej grupy – międzynarodówki hipsterów. Za co tak cenią zespół? W pierwszej kolejności należałoby wymienić brak stylistycznych zahamowań. Co i rusz udowadniają, że inspiracji szukać można absolutnie wszędzie, tym razem lider Wayne Coyne, choć nie zna słowa po polsku, odnalazł ją w polskim tłumaczeniu powieści Erskine Caldwella (ciekawostki – Erskine uczęszczał do Erskine College i napisał  „All-Out on the Road to Smolensk” – Cała naprzód w stronę Smoleńska).

Skąd nagle polska książka w rękach amerykańskiego muzyka? Niezbadane są ścieżki, którymi poruszają się myśli pana Coyne, tropem powinny być nazwiska muzyków Flaming Lips, jednym z założycieli był perkusista Dave Kostka, dziś na gitarze gra Steven Drozd. Sam Coyne opowiadał w wywiadach, jak to kilka lat temu znalazł w antykwariacie książkę w języku polskim, miał ją przy sobie przez cały czas, i nie rozumiejąc ani słowa studiował na wyrywki. Przypadkowe zbitki słów przyciągały jego uwagę i tak na płycie, która ma ukazać się 13 stycznia znajdą się takie utwory jak: „Nigdy Nie”, „Do Glowy” czy „Bliski Domu” (tytuł książki to „Blisko Domu”), a sama płyta nosić będzie tytuł „Oczy Mlody”. Wayne nie do końca radzi sobie z gramatyką, i „Oczy Mlody” rozumie jako oczy młodego. Ale niech tam, pierwsze śliwki robaczywki.

To nie pierwszy wykonawca, który sięga po język polski, ale wiadomo: polska język, trudna język i same z nim kłopoty. Najpierw zespół z Minneapolis szukał czegoś co oddawałoby ideę umowy wewnątrz zespołu i wybrali polskie ich zdaniem słowo Poliça. Trochę lepiej z topografią naszego kraju poradzili sobie Bowie („Warszawa”) i Gilmour („Live in Gdańsk”), Jim Goodwin nagrał trzy lata temu płytę „Odludek”, o piosenkach sławiących Kazimierza Pułaskiego pisałem jakiś czas temu.

Choć trudno się w zawartości płyty doszukać większego sensu, każda metoda odmiany wizerunku Polski choć o parę metrów, choć o tyci, tyci jest mile widziana. Na dżentelmenów w szalikach Legii ani niesławnych wybrańców ministra Glińskiego nie ma co liczyć.

 

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>