Rewolucja wewnątrz rewolucji

warpaint-theonepointeight-5

 

Suzi Quatro zobaczyła ją po raz pierwszy w Continental Hyatt House w zachodnim Hollywood. Swoją młodszą kopię, nosiła taką samą fryzurę, taką samą kurtkę, siedziała w hotelowym lobby i nie odzywała się do nikogo. To samo powtarzało w każdym hotelu na całej amerykańskiej trasie. Joan Jett zaczynała jako gorliwa psychofanka Suzie, żeby wkrótce stanąć na czele Runaways, jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej żeńskiej rockowej kapeli. Dwie filigranowe dziewczyny stały się ambasadorkami świata, w którym dziewczyny kruszą skały z większym animuszem niż chłopaki.

 

Jeśli rock buntował się przeciw autorytetom, żeński rock buntował się przeciw dokładnie temu samemu. Plus męskiemu szowinizmowi, kolesie w rockowych kapelach stawiali pod pręgierzem mieszczaństwo i pruderię ówczesnych czasów, laski musiały dodatkowo zmierzyć się ze stereotypowym postrzeganiem kobiet, toczyły dwie wojny, musiały obalać dwa mury zamiast jednego. W popkulturowym micie o rokendrolu przypadły im role drugoplanowe. Męski testosteron prężył się w światłach reflektorów, miejsce dziewczyn było pod sceną. Role zostały rozdane w drugiej połowie lat 50, kiedy rock zyskał twarz Elvisa, Chucka Berry, Eddie Cochrana, Little Richarda czy Jerry’ego Lee Lewisa. Stereotypy długo były bezwzględne na widok rokendrola w spódniczkach, podświadomość dostrzegała dysonans w fallicznych gitarach czy pałkach perkusyjnych trzymanych w rękach dziewczyn. W trakcie kilku dekad powstały tysiące żeńskich zespołów, wśród których było wiele wybitnych. Przy okazji każdego zestawienia najważniejszych zespołów czy płyt w historii muzyki kapele złożone z pań są brutalnie pomijane. Dlatego dziś drodzy czytelnicy otrzymają rodzaj istotnej erraty, zaproszenie do nieznanej krainy, w której rock and roll jest kobietą.

 

Zanim na scenie pojawiła się pierwsza rockowa kapela, która zamiast penisów dumnie prężyła piersi, dziewczyny grały jazz. Sto lat temu, jeśli ktoś miał szczęście, mógł trafić na występ The Schuster Sisters Saxophone Quartette albo The Darling Saxophone Four – jednego z żeńskich kwartetów, które do serca wzięły sobie słowa sufrażystek. Po wojnie, gdy nikt nie słyszał jeszcze o rock and rollu, Ameryka mogła się już poszczycić pierwszym gitarowym dziewczęcym zespołem z prawdziwego zdarzenia - Rhythm Ranch Gals. W składzie pojawiły się perkusja, bas, gitara akustyczna i prawdziwy telecaster. W tamie pojawiło się pierwsze pęknięcie, jednak prawdziwa fala uderzeniowa miała dopiero nadejść.

W kolejnej dekadzie zaroiło się od żeńskich zespołów, takich jak The Continental Co-ets, The Heart Beats, The Belles czy The Models. The Livebirds wyjechały z Liverpoolu do Hamburga, do słynnego Star Clubu, gdzie z miejsca stały się sporą atrakcją. Brzmi znajomo? Wypisz wymaluj historia bitelsów, z tą różnicą że dziewczyny zostały w Niemczech do końca lat 60. Był też zespół Pleasure Seekers, który przekształcił się w Quattro Sisters. Wkrótce basistka postanowiła występować na własny rachunek…

Kiedy Suzi zaczynała solową karierę, jej siostra Patti dołączyła do zespołu Fanny. Siostry Millington przybyły do stolicy Kalifornii z Filipin gdzie od najmłodszych lat grały rocka. Rozczarowane brakiem popularności grały pożegnalny koncert, kiedy zostały dostrzeżone przez wpływowego impresario, Richarda Perry. Zespół zmienił nazwę z Wlid Honey na Fanny i kariera ruszyła z kopyta. Grały ciężko, z niesamowitym groovem, jak mało kto w tamtych czasach. To był wciąż jednak zapowiedź nadchodzących zmian. Historię rocka pisały Nico, Grace Slick czy nieodżałowana Janis Joplin, Patti Smith przecierała szlaki punk rocka, ale śpiewanie to jednak jedno, z instrumentami radziły sobie gorzej. To Suzi Quattro, drobna dziewczyna w skórzanym kombinezonie wkroczyła na scenę z wielgachną gitarą basową w ręku i wszczęła prawdziwą rewolucję.

 

Joan Jett była zakochana w Suzi Quatro od pierwszego wejrzenia w TV, bycie stalkerką Suzi przestało jej jednak wystarczać i zaczęła rozglądać się za koleżankami z którymi mogłaby grać. Sekwencja zdarzeń, która doprowadziła do powstania The Runaways to gotowy scenariusz na film który zresztą wszedł do kin w 2010 roku. Produkcja nosiła zaskakujący tytuł „The Runaways”. Wszystko zaczęło się w klubie Rodney’s w Los Angeles, który w owym czasie był dość liberalny w podejściu do wieku swoich klientów. Kari Krome, lat 14 spotkała Joan, lat 15 i dziewczyny szybko znalazły wspólny język. W Rodney’s lubił się też pokazywać Kim Fowley, który od dawna planował zebranie do kupy paru dziewczyn grających rocka. Dzęki Krome, która była tekściarką poznał Joan Jett i machina ruszyła. Wkrótce Sandy West, lat 14 (nikogo nie zdziwił starszy pan otoczony wianuszkiem nastoletnich dziewczyn bez opieki rodziców) również spotkała Fowleya i napomknęła mu, że gra na perkusji. Lita Ford przyszła na przesłuchanie jako basistka, ale kiedy w przerwie chwyciła za swoją gitarę i razem z Sandy zaczęły grać „Highway Star” wystarczył jeden numer, żeby dwie fanki Deep Purple zakumplowały się na amen, a zespół zyskał nową gitarzystkę. Wkrótce dołączyły Cherrie Curie i Jackie Fuchs, a Fowley w szybkim tempie pokierował zespół na szerokie wody.

 

 

Dziewczyny szybko zyskały sporą sławę, głównie w Japonii gdzie spotykały się z objawami kultu, jednak rokendrolowe życie w trasie było ponad siły wciąż nastoletnich dziewczyn. Faceci wyzywali je, obrzucali, nie pozwalali zrobić soundchecku a to i tak nie były największe zagrożenia, jakie czekały w trasie. Basistka Runaways, Julie Fuchs została zgwałcona przez Fowleya po tym, jak podano jej sporą dawkę quaalude. Tajemnicą poliszynela był również fakt, że zespół był klubem lesbijek, Joan Jett i Cherrie Currie lubiły eksperymentować, przez co 16-letnia Lita Ford na początku była zbyt przerażona i uciekła z zespołu. The Runaways rozpadły się po zaledwie trzech latach, wkrótce pojawił się Joan Jett and The Blackhearts. 23 wytwórnie odrzuciły ich płytę, którą po koncertach sprzedawali prosto z bagażnika. To wszystko tylko nakręcało Joan Jett, która z całych sił starała się pokazać innym dziewczynom, że we wciąż patriarchalnej Ameryce mogą spełniać swoje marzenia, nawet jeśli oznacza to zdecydowane wkroczenie na męskie terytorium.

 

Joan Jett z zespołem często odwiedzały Wielką Brytanię i dziewczyny z Wysp nie chciały być gorsze. Chłopaki po prostu nie chcieli z nami grać – opowiadają członkinie Girlschool, granie w żeńskiej kapeli to był jedyny sposób żeby trafić do zespołu. Szybko wsadziły kij w oko krytykom, kiedy pojechały w trasę z Lemmym i Motörhead. Największą konkurencję robiły im Rock Godess, piękniejsza twarz NWOBHM. Z powodu wieku grającej na perkusji Julie Turner (debiutowała w zespole mając 9 lat!) zespół często miał problemy z występami. Mimo to zdarzało im się supportować Iron Maiden czy Def Leppard.

 

Podobnie jak Quatro za oceanem dziewczyny stojące na czele zespołów takie jak Siouxie Sioux i Poly Sterene były inspiracją dla jednej z najlepszych formacji pierwszej fali punku w UK. The Slits kumplowały się z The Clash, grały z nimi na trasie White Riot Tour. Spotykały się jednak z większą niechęcią niż Sex Pistols czy The Clash, w oczach Brytyjczyków w tamtych czasach bycie dziewczyną-punkiem było większym przestępstwem niż chłopakiem-punkiem. Ari Up dwukrotnie została dźgnięta nożem, gdy szła po ulicy.

Wkrótce punk przeobraził się w Nową Falę. Jednym z prominentnych przedstawicieli były The Raincoats, zespół który walnie przyczynił się do powstania puk rocka w Polsce. To pod wpływem koncertu Raincoats w Warszawie Robert Brylewski i Maciej Góralski postanowili założyć Kryzys. Lata później Kurt Cobain twierdził, że to jego ulubiona kapela, choć „ulubionych kapel” miał co najmniej kilka. Slits i Raincoat łączy postać Kate Korris, która stała na czele Mo-dettes, ska-punkowego bandu z lat 70. Te kumplowały się z Madnessami, Jane Crockford wyszła nawet za Daniela Woodgate. Inny ważny zespół tamtych czasów, The Deltones proponował eleganckie, mainstreamowe ska.

 

Wkrótce żeńskie granie rozlało się po świecie, w Szwajcarii furorę robiły dziewczyny z Kleenex/LiLiPUT, w 1979 w Düsseldorfie powstaje Östro 430, kobiecy wkład w ruch Neue Deutche Welle, w Japonii 5 6 7 8′s grały i wciąż grają surf rocka, Tarantino zaprosił je do występu w Kill Billu, gdzie grają siebie. Inny japoński ansambl, ex-Girl nie zdecydowały się na konkretną stylistykę i ich koncerty przypominają bliskie spotkania 3. stopnia. Hiszpanki z Viudas e Hijas del Roque Enroll grają mieszankę nowej fali, rock and rolla i popu, w Finlandii Mari Halonen, Katariina Haapalainen i Kristiina Haapalainen założyły Micragirls, grający psychodeliczny garage rock. Zapełniając mapę rockowej dominacji kobiet warto wspomnieć o Bitchcock, perwersyjnej trawestacji nazwisk Hitchocok z Holandii.

 

Nowa dekada mocno stępiła ostrze mainstreamowej muzyki. Dziewczyny nie były wyjątkiem, na okładkach muzycznych pisemek królowały żeńskie formacje które próbowały łączyć wodę z ogniem, pozując na buntowniczki, podczas gdy z głośników dochodził melodyjny pop. Gwiazdami były Bananarama, The Bangles, Vixen czy The Graces. Inaczej sprawa wyglądała z  The Go Go’s, obok B-52’s pionierów Nowej Fali w Stanach. Zespół zaczynał jako część punkowej sceny Los Angeles, Belinda Carlisle (wówczas znana jako Dottie Danger) była przez krótki moment wokalistką The Germs, dziewczyny często dzieliły scenę z inną legendą kalifornijskiej sceny, Fear. Najbardziej niedocenianą formacją tamtych czasów jest ESG, w ich muzyce słychać było hip hop, post-punk i elegancję Talking Heads. Kiedy na listach przebojów dominowały dziewczęce zespoły i ich cukierkowe przeboje, w zatęchłych salach prób i śmierdzących klubach podziemia kiełkowała druga fala dziewczyńskiej rewolucji.

 

 

Hardcore punk, Sonic Youth i Pixies, wreszcie grunge sprawiły, że niezależna scena USA przeżywała w latach 80. złote lata. Jednak nawet w lewicowym, domagającym się podmiotowego traktowania człowieka środowisku kobiety były spychane na bok, nikt nie traktował poważnie ich obecności na scenie. Paradoksalnie dzięki temu powstawało coraz więcej charyzmatycznych i oryginalnych dziewczyńskich zespołów w rodzaju kalifornijskiego L7 (nazwa oznaczała sztywniaka, nudziarza), noisowo-punkowego Babes in Toyland z Minneapolis, dziewczyn ubranych w lalkowe stroje kontrastujące co nieco z przekazem czy nowojorskiego Lunachicks. W 1990 roku dołączyły dziewczyny z 7 Year Bitch, kapela z Seattle, gdzie wówczas już mocno wrzało, wciąż jednak w męskim składzie. Nikki and the Corvettes  i The Pandoras doskonale symbolizują ewolucję lat 80. Corvettes tkwiły jedną nogą w latach 70. grając coś w rodzaju pop punku, tymczasem grające w tym samym czasie Pandoras prezentowały muzykę opartą na garage rocku lat 60., granym jednak z przesterowanym brzmieniem i wściekłością hardkoru. Ciekawie działo się też w Bostonie. W 1983 Kristin Hersh i Tanya Donelly zakładają Throwing Muses. Podczas trasy z Pixies Donelly kumpluje się z Kim Deal, która niezadowolona z pośledniej roli w zespole zamierza założyć własny ansambl. Kim wciąga do zespołu swoją bliźniaczkę Kelley, wówczas programistkę komputerową z którą kilka lat wcześniej założyła dla zabawy kapelę o nazwie Breeders (w gejowskim slangu heteroseksualiści – Rozpłodnicy). Odkurzyły dawną nazwę, uzupełniły skład o Carrie Bradley i wkrótce na trasę zaprasza je Nirvana. Całe te podziemne, w dużej mierze hobbystyczne granie w latach 80. było czerwonym dywanem rozłożonym przed nowym, już zinstytucjonalizowanym ruchem dziewczyn z gitarami – Riot grrrl. Panie z Girlchool powtarzały, że płeć nie ma dla niech znaczenia, grają w zespole, w którym tak się składa, są same dziewczyny. Dla Riot grrrl płeć miała znaczenie pierwszorzędne. Kobieta miała dzięki ich staraniom przestać być niewolnikiem świata. Dziewczyny walczyły na scenie o prawa dziewczyn.

 

Ruch łączył działalność muzyczną i polityczną, był w prostej linii efektem obywatelskiej aktywności tamtych czasów. Skumulował w jeden potężny ruch lokalne grupki aktywistów, tworząc pomost pomiędzy wschodnim i zachodnim wybrzeżem, ściślej mówiąc między Waszyngtonem i Olimpią. Wokół riot grrrl szybko wytworzyła się scena muzyczna. Wyróżniały się wśród niej zdecydowanie dwa zespoły – Bikini Kill i Bratmobile.

 

Kathleen Hanna miotała się wraz z rodzicami między wschodnim a zachodnim wybrzeżem, trafiając w końcu do college’u w Olimpii w stanie Waszyngton. Tam grała najpierw w Amy Carter (na cześć córki prezydenta), następnie w Viva Knivel który to zespól służył głównie jako atrakcja w czasie wystaw w jej własnej galerii Reko Muse. Hanna podejmowała się różnych zajęć podczas studiów, rozbierała się w klubie ze striptizem, gdzie szybko poznała męską opinię na swój temat. Występowała jako spoken word artist - wygłaszała przemówienia na spotkaniach organizacji feministycznych. Pod wpływem fanzinu Jigsaw (podtytuł angry grrrl zine) przyłączyła się do redagujących go Kathi Wilcox i Tobi Vail. Skutkiem ubocznym znajomości była punkowa kapela, Bikni Kill. Pierwszego singla wyprodukowała im sama Joan Jett, po czym przyłączyła się do procesu twórczego przy pisaniu materiału na pierwszy album, „Pussy Whipped”.

 

Kathleen Hanna opowiada o życiu w trasie i zabawach z Kurtem Cobainem:

 

Bikini Kill przestało istnieć po 6 latach, w 1998 roku Hanna rozpoczęła nowy etap działalności w ramach electroclashowego Le Tigre. W 2010 roku powróciła do punk rocka w ramach The Julie Ruin. Od 20 lat pozostaje w szczęśliwym związku z panem Adamem Horovitzem, czyli Ad Rockiem z Beastie Boys.

 

Początki Bratmobile sięgają Olimpii, jednak właściwy skład uformował się podczas kilkutygodniowego pobytu w Waszyngtonie podczas prac nad fanzinem riot grrrl, gdzie Allison Wolfe i Molly Neuman poznały gitarzystkę Erin Smith. Kiedy jeden ze znajomych doradził im, że powinny brzmieć jak The Ramones, wiedziały że należy zrobić wszystko, żeby brzmieć zupełnie inaczej. Postpunkowe granie zmieszane z surf rockiem i garage rockiem dało im najbardziej oryginalne brzmienie na scenie riot grrrl. W połowie lat 90. scena liczyła kilkadziesiąt zespołów, warto wspomnieć też choćby Heavens to Betsy, Excuse 17, Huggy Bear, Skinned Teen czy Emily’s Sassy Lime.

 

Finalnym ogniwem ewolucji Olimpijskiej sceny jest Sleater-Kinney. Dziewczyny przyszły niejako na gotowe, ugruntowana pozycja żeńskiej sceny niezależnej była podparta dodatkowo doświadczeniem wyniesionym z poprzednich formacji. Zespół założyły Corin Tucker, ex-Heavens To Betsy, Carrie Brownstein, ex-Excuse 17 i i Janet Weiss, wcześniej w składzie Quasi. Ta supergrupa prezentowała najdojrzalszą w całym ruchu riot grrrl muzykę i pozostaje jedyną istotną formacją grającą do dziś.

 

Jednocześnie działały formacje, które mówiły o tych samych problemach i na swój sposób walczyły o obecność kobiet na scenie współczesnego rock and rolla, nie utożsamiając się bezpośrednio z ruchem. Red Aunts z Long Beach powstały jako muzyczna emanacja zina Real Life in a Big City. W Toronto Fifth Column przy pomocy post punka walczyły o prawa środowisk gejowskich w Toronto. Grzechem byłoby nie wspomnieć choćby The Gits, Hole, Dickless czy Veruca Salt.

Obfitość świetnych kapel w latach 90., szczytowym momencie żeńskiego grania i muzyki w ogóle sprawiła, że niektóre pozostają dziś nieznane. Cake Like na przykład robiły świetną robotę, przez co zostały zauważone najpierw przez Johna Zorna, który szybko włączył je do swojej wytwórni, żeby szybko zostać przejęte przez Neila Younga. Zespół powstał na bazie znajomości wyniesionych ze szkoły teatralnej co słuchać w manierze wokalnej. Ale mimo to świetna kapela. Albo zupełnie nieznany u nas Luscious Jackson. Na perkusji miał Kate Schellenbach która dekadę wcześniej szlajała się po mieście z chłopakami z Bestie Boys, grała nawet na perkusji w pierwszym wcieleniu zespołu. Dziewcyna była naocznym światkiem historii rocka, Ramones, Talking Heads i Blondie ciągle grały na jej dzielnicy. Z początku miał to być cover band ESG z dawnymi kumpelami, Jill Cunliff i Gabby Glasser. Demo trafiło do Mike’a D i Beastie Boys pojawia się po raz drugi. Jeździły w trasę z chłopakami, Adam Horovitz pomagał im przy pisaniu materiału na ostatnią płytę. Grały niezwykle eklektyczną muzykę, kolaż wszystkiego, co można było usłyszeć w Nowym Jorku lat 90, duszność hardcore’u, hiphopowy beat i wokale w stylu Sheryl Crow. Ich styl porównywano do przełączania radia w latach 70. co niezwykle je śmieszyło.

Na koniec jeszcze wspomnienie jednej z najważniejszych formacji lat 90., czyli Elastiki. Bębniarzem był Justin Welsh, co nie zmieniało faktu że kapela była rządzona przez dziewczyny. Na czela stała Justine Freishmann, córka emigrantów z Rosji i Węgier, Żydów którzy ocaleli z Holocaustu. Stała się uosobieniem britpop girl, najpierw pojawiając się u boku Bretta Andersona, potem Damona Albarna. Dziewczyna rockmana, tyle wówczas dla mediów znaczyła liderka jednej z najlepszych kapel britpopu.

 

Druga fala żeńskich kapel rockowych sprawiła, że dziewczyny z gitarami nie musiały już z taką energią rozpychać się na scenie i bronić przed niedorzecznymi zarzutami, zamiast tego mogły skupić się na samej muzyce. Dziewczyńskie zespoły solidaryzowały się pod hasłem girl power, ale miały też własne sprawy do załatwienia, czasem z różnych parafii. Barlow Girls na przykład przy pomocy gitar chcą ewangelizować, zachowują wstrzemięźliwość seksualną, stronią od alkoholu i używek, nie chodżą nawet na randki, za to aktywnie walczą z aborcją. Natomiast artystyczna twórczość Rockbitch podąża w nieco innym kierunku, ale na pewno nie rozczarowuje tych, których przyciągnęła nazwa. Występy nago, zarówno w teledyskach jak i na scenie szły dalej i zdarzało się, że na scenie uprawiały seks z wciągniętymi z widowni fanami. Również pociągała je religia, tyle że wybór padł na pogaństwo, które bardzo mocno promowały. Zupełnie niewinnie wypadają przy nich The Ladybirds. Amerykanki w latach 60. zaczynały od występów klubach topless, jedynie udając grę na instrumentach, szybko jednak nauczyły się grać i ruszyły w trasę. Co ciekawe, w Danii istniała druga grupa, która lubiła chwalić się pięknymi kształtami podczas koncertów. Nazywały się … The Ladybirds.

Nie trzeba też wcale grać punka żeby zajmować stanowisko w kwestiach politycznych, artystki country, Dixie Chicks przez cały czas kadencji George’a Busha wygłaszały antyprezydenckie przemówienia w czasie koncertów. Folkowy duet Indigo Girls też nie zamierzał wdzięczyć się do odbiorcy, opowiadał historie które można było usłyszeć w pubie po kilku głębszych. Jeśli muzyka nie była wystarczająco ekstremalna, The Devotchkas wzbudzały sensację samym wyglądem, przygotowanie różowych czubów zajmowało więcej czasu niż próba dźwięku przed koncertem.

 

devotch

 

Nervosa z Brazylii agresją nie ustępuje Sepulturze z najlepszych lat, podobnie Broadzilla z Detroit, kolebki garażowego łojenia. Greckie boginie metalu z Astarte czy Black Widows z Portugalii eksplorują goth metal w 100% żeńskiej obsadzie. Australijski Skulker łączy brzmienie punkowe i metalowe. Kanadyjska KIttie podobnie jak szwedzka Drain S.T.H. reprezentują nu metal, exist†trace czy Aldious pozwala zrozumieć, jak metal rozumie Japonia.

 

Dziewczyny nie udowadniają już że potrafią obsługiwać gitary i perkusje, ale że w muzyce chcą i potrafią odkrywać nowe lądy. Grają, bo granie w dziewczyńskiej kapeli jest po prostu cool. Erase Errata działa w obrębie estetyk new vawe, noise’u i eksperymentu w rodzaju Captain Beefharta czy Zappy. Kay Odyssey łączy indie rocka z psychodelią Woodstocku. Francuzki z Plasticines zaadoptowały rocka w stylu Chanel no 5, a ich hasłem jest Baguette, champagne et rock nad roll! Rosyjska IWA NOWA łączy rock z rosyjskim folkiem, The Trashwomen zafascynowane garażowym bandem z lat 60. The Trashmen zaczynały od grania ich coverów. W pewnym momencie przestało im to wystarczać i sięgnęły po własny repertuar. Młodzieżowy kwartet z Hastings, Maid of Ace gra potężniej niż indierockowi rurkowcy, Stonefield, pomimo aparycji harcerek potrafią oczarować feelingiem. Bleached przechodząc od mrocznego garage rocka do popu w stylu Beach Boys nie tracą zupełnie własnego stylu, ale to przede wszystkim świetne kompozytorki z wielkim wyczuciem tego, co najlepsze w niezależnej muzyce ostatnich trzech dekad. Na wokalu w Habibi udziela się amerykanka o irańskich korzeniach Rahill Jamalifard, więc w naturalny sposób łączy garage rock z wpływami z Bliskiego Wschodu. Żeńskie formacje zazwyczaj nie pozują na gwiazdy, podkreślając kluczowe znaczenie muzyki w swojej działalności i kolektywne podejście, Grass Widow, czyli słomiana wdowa z San Francisco łącząca lo-fi z post punkiem graj w trio i dzieli się obowiązkami wokalnymi, wszystkie kompozycje opisuje jako efekt wspólnej pracy w sali prób.

 

Normalizacja postępuje, dziewczyny coraz rzadziej muszą usprawiedliwiać swoje miejsce wśród rockowej arystokracji. Julia Cumming z Sunflower Bean: bycie kobietą w świecie muzyki niesie dodatkowe obowiązki, czy tego chcesz czy nie. Zawsze staram się być najlepszym muzykiem jak to tylko możliwe, tak żeby nikt nie mógł mi niczego zarzucić. Cumming i tak jest szczęściarą. W pewnych rejonach świata granie punk rocka wiąże się z większymi problemami, niż krzywe spojrzenia i kąśliwe uwagi. Dziewczyny z  Pussy Riot za publiczną krytykę polityki Putina trafiły do koloni karnej o zaostrzonym rygorze. To czym dziś w Stanach zajmuje się Nadieżda Tołokonnikowa pomińmy natomiast milczeniem.

 

Kobiecy rock z uciśnionej mniejszości stał się atrakcją więcej niż jednego sezonu, co nie pozostało niezauważone przez wiele dziewczyn szukających sposobu na zdobycie popularności. Haim, Dum Dum Girls, Vivian Girls albo The Like to grupy czysto komercyjne, nie mając muzycznie wiele do powiedzenia wykorzystują modę na gitarowe granie, przede wszystkim jednak własny niekwestionowany seksapil. Jeśli jednak zaliczający się do tej kategorii Black Belles to zwykła artystyczna kreacja mająca zadowolić ego stojącego za nią Jack White’a, to już projekt innego giganta amerykańskiego niezalu Omara Rodrigueza-Lopeza, The Butcherettes, to rasowa rock and rollowa lokomotywa.  Sceniczny image dziewczyn w zakrwawionych rzeźnickich fartuchach kręci się głownie wokół seksu, fakt, nie jest jednak głównym powodem wychodzenia dziewczyn na scenę. Prawdziwą gwiazdą w kategorii sex, drugs and rock n roll jest Thunderpussy, wraz ze wspomagającymi tancerkami wykonuje na scenie prawdziwy erotyczny show, doskonale współgrający z muzyką budzącą proste skojarzenia z Led Zeppelin. Niemniej elektryzujący jest duet Deap Vally, który po obejrzeniu zmysłowych teledysków nie rozczarowuje pod tym względem na żywo. The Donnas to Runaways XXI wieku, ten sam drive i ta sama skoczna melodyka, Allison Robertson dzierży białego Gibsona Melody Makera, a na basie mamy pannę Ford. W Szwecji ponad ćwierć wieku temu karierę rozpoczął zespół o niezbyt szwedzko brzmiącej nazwie Sahara Hotnights, inne współczesne wcielenie Runaways, nie mniej dobre. Riot grrrl lata 90 doskonale przypominają The Coathangers, nawet przy pomocy nazwy, podczas punkowych, grunge’owych i harcore’owych koncertów dziewczyny zazwyczaj stały z tyłu, trzymając w rękach kurtki chłopaków. Nazywano je wieszakami – coathangers. Podobnie Tacoat, meandrujące pomiędzy pop punkiem, garage i surf rockiem potrafią narobić sporo porządnego hałasu w stylu Bratmobile. Wszystkie powyższe zespoły nie są może Chrystusami rocka, trudno mówić o nich w kategorii kamieni milowych gitarowego grania. Są natomiast żywym dowodem na to, że ciężką robota jaką wykonały Quatro, Jett i Hanna nie poszła na marne, dziewczyna z gitarą to dziś na szczęście nie to samo co kobieta z brodą, grają prze wielotysięcznymi widowniami na największych festiwalach i nikt nie zadaje głupich pytań. Job done. Można oczywiście narzekać że to zwykłe sprzedawanie się za kasę. W rzeczywistości to całkiem sprytne odwrócenie ról. Skoro do niedawna półnagie dziewczyny wiły się niedwuznacznie w teledyskach ZZ Top, Aerosmith, Motley Crue czy Gun ‚N’ Roses w charakterze męskich zabawek a do niedawna seks był do cna cynicznie wykorzystywany przy promowaniu gwiazdek pop, to dziś dziewczyny same zawiadują swoim losem, a przy okazji seks trafił tam, gdzie od zawsze pasował najlepiej, do starego dobrego rock and rolla.

 

Swoje otrzymała widownia, ale żeńskie granie w ostatnich latach musiało też zachwycić wybredne podniebienia krytyków. Kilka zespołów pokazało, że dziewczyny na rockowych arenach to nie tylko potrzeba barwnej różnorodności i zachwycającego show, ale też broniący się czysty talent.

 

Kiedy Sleater-Kinney na kilka lat zawiesiły działalność Brownstein i Weiss nie zamierzały zalegać na kanapie przed telewizorem. Skleciły na boku mały projekt, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Debiutancki, i jak się okazało jedyny album WILD FLAG to jedna z najlepszych gitarowych płyt tej dekady. Soczyste riffy napędzają kolejne utwory, które przywołują wszystko, co najlepsze w połowie lat 90., jednocześnie grzeszą bezczelnie chwytliwymi refrenami. Rodzima formacja szybko upomniała się o swoje i zespól zakończył działalność. Może kiedyś nastąpi jakiś niespodziewany reunion... Kanadyjska Magneta Lane na scenie występuje już niemal 15 lat. W trzyosobowym składzie potrafią zagrać prawdziwą ścianę dźwięku, ich melodyjny post-punk z nieznanych powodów do tej pory nie przebił się do szerszej publiczności. Jeszcze lepiej wyglądają ich młodsze koleżanki z Ex Hex, które w najprostszych słowach można określić jako hybrydę Sleater-KInney i Go Go’s.

Dwie pozostałe formacje zdołały osiągnąć taką pozycję, że nikomu nie przychodzi do głowy umieszczać je w przegródce: laski z gitarami. Warpaint na początku dostało mocne wsparcie ze strony Red Hot Chili Peppers, Frusciante zajął się produkcją, Klinghoffer zagrał na perkusji i gitarze w paru numerach, ale to autorska propozycja dziewczyn. Kalifornijska melancholia tonąca w ocenie efektów i pogłosów to jedna z najciekawszych formacji XXI wieku. A po piętach depczą im już Savages. Wydana w ubiegłym roku druga płyta umocniła tylko ich pozycję. „Nowe wcielenie Joy Divison” wcale nie powinno być traktowane jako obelga.

Zjawisko ominęło w dużej mierze Polskę. Chlubne wyjątki to Andy z uroczą Anią Dziewit-Meller na froncie, jeśli mówimy o mainstreamie i dwie absolutnie undergroundowe formacje, Pussy Terror i The Wilettes. Obie czekają na debiut płytowy.

W 2015 odszedł Lemmy i wielu odtrąbiło śmierć rock and rolla, co bardziej rozsądni wiedzą że to nieprawda, są z nami jeszcze Keith Richards i Iggy Pop. Te trzy postaci uosabiają etos rockowego zabijaki, który wchodząc na scenę i tryskając charyzmą zamienia się w Boga. Czy aby na pewno? Tak się składa, że jest też kilka pań, które przerażają i wzbudzają podziw jednocześnie nie gorzej niż Wielka Trójka. Pierwszym diabłem wcielonym w zgrabne kobiece ciało była Wendy O. Williams. Z wielkim blond irokezem na głowie i ledwo dostrzegalnym bikini przy użyciu piły mechanicznej przecinała gitary na pół, wysadzała w powietrze samochody i bawiła się swoim ciałem, za co nie raz trafiała do aresztu. Jeśli słynny rockowy skandalista GG Alin miał jakąkolwiek konkurencję, to z pewnością w osobie Wendy. Jej działalność to nie był tylko sceniczny wygłup, nagrywała z Lemmym i KISS, występowała przed Ramones. Trzecia próba samobójcza w 1998 roku okazała się udana.

Już bez takich fajerwerków, ale ciągle z charyzmą Iggy Popa i Micka Jaggera od lat występują Brody Dalle, Juliette Lewis czy Biff Naked. Dziewczyny od pierwszej chwili na scenie kasują zdecydowaną większość męskiej konkurencji. Miał być artykuł o kapelach? Rewolucja nie miałaby szans gdyby nie te wspaniałe, mądre panie. Więc morda w kubeł.

 

Niewielki akapit warto na koniec poświęcić pewnej akcji, która pokazuje dzisiejsze myślenie dziewczyn o swojej roli w rokendrolowym świecie. Kilka lat temu powstał konkurs dla młodych perkusistek. Jaką dostał nazwę? „Hit like a girl” – uderz jak dziewczyna. Dziś to nie naśladowanie chłopaków ale robienie wszystkiego po dziewczyńsku jest marzeniem dziewczyn. Go girl!

 

Rosa Parks odmówiła miejsca białym, Walentina Tierieszkowa  poleciała w kosmos a Suzie Quatro wyszła na scenę i grała rocka. Zrobiły to, bo było to dla nich zupełnie naturalne, nie było powodu, czemu miałyby tego nie robić. Żadne krzyki i wrzaski nie przekonały ich, że czarne jest czarne, a białe jest białe. W końcu wszyscy przyznali im rację.

 

karl 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>