Polska Muzyka 2015: Wovoka – Sevastopolis

 

Kto oglądał „High Fidelity” ten wie, że kolejne listy „pięć najlepszych płyt…” czy spory, kto powinien grać w rockowym Dream Teamie to dla prawdziwego niewolnika muzyki chleb powszedni. Wyobraźmy sobie przez chwilę i my taką sytuację: oto Jimi Hendrix, Ginger Baker, Ray Manzarek i Janis Joplin łączą siły, występują i nagrywają kolejne płyty. Otóż nie trzeba sobie wcale tego wyobrażać – taki zespół już powstał. Nazywa się Wovoka.

 

Nazwa zespołu pochodzi od imienia Indiańskiego szamana i twórcy ruchu Ghost Dance, który skupiał plemiona Ameryki Północnej uważając, że zjednoczenie pod patronatem szamańskiego tańca i śpiewu uchroni Indian przed unicestwieniem ze strony przybyszy z Europy. Podobną wspólnotę zdaje się tworzyć Raphael Rogiński, który pod jednym dachem umieszcza dawne kultury transowe, muzykę lat 60. i jazz, unikając sztucznej maniery „retro” i udowadnia, jak mocno i świeżo mogą brzmieć dziś. Kręgosłupem, podobnie jak na debiucie pozostaje blues i spirituals, zresztą teksty pochodzą z klasycznych nagrań delty Mississippi. Za to muzyka to już dzieło zespołowe. Muzyka porażająca, amalgamat Indiańskich pieśni, muzyki ludojadów z Papui Nowej Gwinei, afrykańskiego bluesa Tuaregów w rodzaju Tinariwen i psychodelii spod znaku jam bandów, wokalizy wzięte z Pink Floyd i klawiszowe zawijasy The Doors zlewają się w wielki psalm na cześć uniwersalnego Boga, jednocześnie skargę na zły los i hymn na cześć Jego potęgi. Każdy utwór narasta, potężnieje, powtarzając w nieskończoność jeden przeszywający powietrze motyw. Przekaz wzmacnia dodatkowo produkcja na zasadzie „nie przeszkadzać”, niczym fotograf, który obserwuje dzikie zwierzęta i próbuje pozostać niezauważony. Raz zarejestrowane dźwięki trafiły na płytę w praktycznie nieoszlifowanej, chropowato czystej postaci.

 

Dawno w Polskiej muzyce nie było formacji tak intensywnej, tak angażującej zmysły, o takiej sile rażenia. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Mewa Chabiera. Objawienie, prawdziwa postać, jakiej nie było od wczesnych lat 90. i początków Nosowskiej czy Bartosiewicz. Co z tego, że nie ma idealnej artykulacji ani nie zawsze idealnie trafia w dźwięki, skoro swoim mocarnym głosem i naturalnym sposobem śpiewania wbija w oparcia foteli od pierwszej do ostatniej sekundy.

„Sevastopolis”, podróż do źródeł muzyki jest jednocześnie podróżą do Jądra Ciemności i na Ciemną Stronę Księżyca. Wysłuchana w całości nigdy już pozwoli o sobie zapomnieć, zmieni słuchacza nieodwracalnie. I właśnie takich płyt nam trzeba.

 

karl

Komentarze

Odpowiedz na „KarolAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>