Jak Fryderyk z popiołów.

fryd

 

Amerykanie potrafią robić show. Podczas niedawnej, wyjątkowej dla nas gali oskarowej nic poza Barneyem Stinsonem w bieliźnie i przeciekającym dachem nie było, i nie mogło być, niespodzianką. To może najbardziej dopracowane logistycznie widowisko na świecie, wymyślone prawie sto lat temu okazało się strzałem w dziesiątkę. Dziś każda gala wręczania nagród jest po prostu kopią oskarowej nocy. Czerwony dywan, zalakowana koperta czy mniej lub bardziej oryginalne podziękowania – powtarzane przez kilka dekad rytuały nigdy się nie nudzą. Równie długa jest tradycja oskarowych nominacji. Pięć najważniejszych kategorii pozostaje niezmienne od 1929 roku. Dlatego nagroda, którą otrzymywali wcześniej John Ford, Frank Capra, Katherine Hepburn czy Jack Nicholson jest marzeniem większości nie tylko amerykańskich filmowców (akurat Pawlikowski wypowiadał się dość sceptycznie). Tymczasem nominacje do Fryderyków to doskonały sposób żeby przypomnieć nam, że polski szołbiznes, podobnie jak wszystko inne w tym kraju to jeden wielki… powiedzmy, sen wariata.

O nominacjach decydują szefowie wytwórni płytowych (Chojnacki z Lipińskim robią za kwiatki do kożucha), ale nawet nie o konflikt interesów tu chodzi, ale fakt, że światli zarządzający przy kolejnej zmianie kategorii znów zadziwili świat. Może to po prostu ich happening, którego nikt zdaje się nie rozumieć. Może puszczają do nas oko i próbują pokazać, że Polska po 25 latach przypomina folwark zarządzany przez szaleńca. Fryderyki z tą tezą nie polemizują.

Nagroda od dwudziestu lat wymyślana jest na nowo. Co roku pojawia się coraz to nowa koncepcja, kategorie co roku przechodzą rewolucyjne zmiany, często tylko po to, żeby wypromować  swojego nazwijmy to, artystę. Były nawet nagrody za płytę zagraniczną, tak jakby psa z kulawą nogą w Stanach czy UK obchodziły jakieś Fryderyki. Ale jeśli można w najlepszym czasie antenowym wrzucić trochę darmowej reklamy, to czemu tego nie zrobić? W rezultacie na kilka lat gala zniknęła z telewizji, gorzej niż mierne widowisko  przestało obchodzić kogokolwiek. W 2007  w ogóle nie przyznano nagród, od tamtej pory organizatorzy jak mantrę powtarzają zdanie o przywracaniu prestiżu, ten jednak pozostaje w sferze oczekiwań, a wśród nominowanych byli min. Feel, Natalia Lesz, Pectus, Borys Szyc czy Ewa Farna. Prawdziwa awangarda polskiej muzyki.

Kilka lat temu Fryderyk zdawał się odnaleźć właściwe proporcje, mieliśmy nagrodę za produkcję, kompozycję, tekst, teledysk i kilka gatunków muzycznych. Po kolejnym trzęsieniu ziemi pozostały cztery kategorie: artysta, płyta, utwór i debiut. W zasadzie nie wiadomo, czemu nie wręczano po prostu jednego Fryderyka. Być może bardziej właściwą nazwą byłby Feniks, bo kilka tygodni temu znów powstał z popiołów. Namnożyło się kategorii, zabrakło zdrowego rozsądku. Jest kategoria rock (z dopiskiem: hard, metal i punk), gdzie z Behemothem czy Luxtorpedą rywalizują Curly Heads i Natalia Przybysz. W kategorii Pop niby wszystko się zgadza poza faktem, że zabrakło kilku najlepszych płyt w tej kategorii. Julia Marcell nagrała najlepszą może płytę w karierze, Kraków Street Band (zasłużyli na kilka nominacji) gra najlepszą być może w tym kraju americanę. Że to zawleczona muzyka? Każda muzyka w Polsce jest zawleczona. A oni mają feeling, muzykalność i rękę do kompozycji. Przede wszystkim jednak „Heartwash” Pauli i Karola, zespół, który jest synonimem dobrego popu, pisze zabójczo przebojowe  kawałki, a poza tym jest po prostu bandą pozytywnych freaków. „Tylko” Pablopavo i „Kup sobie psa” Bukartyka nie zostały nominowane chyba tylko dlatego, że ich nieoczywista muzyka nie zmieściła się w ciasnych kategoriach Rady. Swoją drogą jeśli Grzegorz Turnau śpiewa pop, którego nazwa pochodzi od słowa popular, to kiedy można go usłyszeć w radiu?

Nie jestem specjalistą od hip hopu, ale też nie potrzeba specjalisty żeby zauważyć, że „HV/Noon” i „Nokturny&Demony” Czarnego HIFI to były wydarzenia. Tymczasem Radzie bardziej do gustu przypadli rymujący prymitywne przechwalanki Peja (łap tę rozkminę) i mistrz bluzgu Tede (weź sprawdź to).

 

Tradycyjnie też pominięte zostało trójmiasto w nominacjach jazzowych. Być może Olo Walicki nagrał płytę zbyt trudną dla mainstreamowej nagrody, ale „Polka” Mazolewskiego to przykład muzycznej erudycji i smaku. Zdaje się, pojęcia radzie obce.

 

Nazwa ostatniej kategorii składa się z takich składników jak elektronika, kraj w Azji i alternatywa. Jeśli Rada ma problemy z ustaleniem właściwego gatunku, wystarczy stworzyć kategorię Inne. A tak Fisz i Emade zamiast być faworytem w Hip Hopie będą startować w kategorii geograficznej. Pustki i Skubas zmieściliby się w Popie, Pierogi raczej nadają się do jedzenia, jeśli pasuje do nich jakaś kategoria, to raczej Ślepa Uliczka Muzyki.

 

Może kiedyś doczekamy się muzycznej nagrody z prawdziwego zdarzenia. Na razie towarzystwo wzajemnej adoracji próbuje bawić się kosztem słuchaczy. Bawicie się, koledzy, kto bogatemu zabroni. Jak chcecie promować swoje firmy – proszę bardzo. Tylko po nazywać to nagrodami muzycznymi i mieszać do tego Chopina?

 

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>