House of Cards: Superbohaterowie Ameryki à rebours.

 

house-of-cards

 

 

PONIŻSZY TEKST JEST JEDNYM WIELKIM SPOILEREM, CZYTAĆ PO OBEJRZENIU.

Przy okazji premiery trzeciej serii o tym, co nowego u Franka i Claire, generalnie jednak o serialu w ogóle. Nie mogłem odmówić sobie obejrzenia wszystkich 39 odcinków razem, i oto kilka nowych refleksji, które przyszły mi do głowy.

Większość filmów i seriali daje nam czas na oswojenie się z głównym bohaterem. W kolejnych scenach stopniowo odkrywamy prawdę na jego temat. „House of Cards” nie traci czasu na grę wstępną, w przeciwieństwie do większości produkcji to nie ostatnia, ale otwierająca scena jest  kluczowa. W kilku zdaniach wypowiadanych wprost do kamery odsłania motywacje głównego bohatera, jego wizję świata i swoją w nim rolę. Przy okazji dość mocno zawęża tematykę: nie będzie to serial rodzinny, historyczny ani policyjny. To opowieść o żądzy władzy.

Frank Underwood  pochyla się nad potrąconym psem, tłumacząc:

Są dwa rodzaje bólu. Ból, który czyni cię silniejszym lub bezużyteczny ból, ból, który powoduje tylko cierpienie. Nie mam cierpliwości do bezużytecznych rzeczy. W chwilach jak ta, potrzeba kogoś kto zajmie się tym co nieprzyjemne, ale niezbędne.

On znajduje w ludziach ten ból i usuwa jego źródło. To ciążąca odpowiedzialność. Jeśli tego bólu nie ma, on go wywoła, a następnie zajmie się jego usunięciem. Aż na szachowej planszy dokona się mat i przeciwnik przestanie odczuwać niepewność. Poczuje ulgę. Frank nie ma najmniejszego problemu z ponoszeniem ciężaru odpowiedzialności czy władzy. Ważniejsza jest jednak pierwsza część, ta o dwóch rodzajach bólu czy raczej o tym, co możemy z nim zrobić. Frank ból porażki i poczucia winy potrafi bezbłędnie przekuć w miecz, którym godzi w przeciwników stających mu na drodze.

Serial nie ma jednego protagonisty. Jeśli wierzyć przysłowiom, za każdym wielkim mężczyzną stoi wielka kobieta. Frank i Claire są w swoim stadzie najsilniejszą, najbardziej przebiegłą i bezwzględną parą wilków. Natura skojarzyła ich w coś na kształt pary idealnej. Współpracują, co nie znaczy że nie rzucają sobie do gardeł, zostawiając trwałe ślady, ale w drodze do ostatecznych celów zdaje się to nie mieć większego znaczenia. Nie są, przynajmniej  nie tylko, jak chcieliby niektórzy, parą na wzór Makbeta i Lady Makbet. Frank i Claire są nie tyle parą, co jednym organizmem, symbolizują raczej dualizm ludzkiej natury. Frank jest naturą, Claire kulturą, tą, której zdarzają się wątpliwości natury moralnej. Są niczym Doktor Jackyl i Mister Hyde, czy batmanowski Człowiek o Dwóch Twarzach.

Niektórzy piszący o serialu zorientowali się, że istnieje brytyjski oryginał, sprzed prawie ćwierć wieku. Mało kto natomiast zwrócił uwagę, że pewna mało zauważona produkcja sprzed kilku lat stanowi nie mniejszą inspirację do powstania HoC. „Stan Gry” Kevina Macdonalda (film również wzorowany na brytyjskim serialu) zawiera wiele motywów, które możemy odnaleźć w naszej produkcji. Młoda blogerka, która stara się wyrobić nazwisko, konflikt między dziennikarstwem drukowanym a twitterowym (jeśli takie istnieje). Mamy romans polityka z asystentką, ukrywaną relację między kongresmanem a światem dziennikarstwa, a żonę kongresmana gra Robin Wright. Brzmi znajomo? Macdonlad opowiada historię z punktu widzenia dziennikarza, Beau Willimon odwraca szachownicę i zamiast oglądać ruchy białych, emocjonujemy się ruchami czarnych pionków. Ale robi coś jeszcze. „Stan Gry” trzyma w napięciu, jest dobrze zrobiony, ale postaci są tu szare, nie zapadające w pamięć. Forma wizualna „House of Cards” jest być może najmocniejszym punktem, Underwood to nie tylko najlepiej zagrany, ale z pewnością najlepiej ubrany prezydent USA. To nie tylko świetnie skrojone garnitury, nawet w sytuacjach prywatnych ma na sobie stroje, które aż krzyczą jakością i dobrym smakiem. Mógłby konkurować z samym Clooneyem z  „Id marcowych” , kolejnej pozycji którą możemy uznać za mniejszą lub większą inspirację. Scenarzystą był tam nie kto inny jak Willimon, to jego pomysłem była Ida Horowicz, dziennikarka  o polskim nazwisku grana przez Marisę Tomei, asystent romansujący z młodą blondynką postawiony w sytuacji jak z antycznego dramatu, ukrywana aborcja  czy rozmowy w wielkim, czarnym służbowym SUV-ie schowanym w bocznej uliczce. Ogądając „House of Cards” widać, że Beau Willimon wyciągnął wnioski, to opowieść o wiele bardziej emocjonująca niż dość schematyczne w gruncie rzeczy „Idy Marcowe”.

 

W trzeciej serii Frank wygląda jakby postarzał się o kilkanaście lat. Natomiast Claire wciąż zachwyca, nigdy jej sex appeal nie był wystawiony na pierwszy plan tak wyraźnie. Nie będę się rozpisywać o jej strojach, zrobiły to już wszystkie portale plotkarskie. Kostiumy dopasowują się do przepychu wnętrz, zachowawcze i pretensjonalne, robią jednak wrażenie. W połączeniu z nastrojowymi zdjęciami wszystko tworzy wizualny majstersztyk. Siłą tego serialu jest jednak precyzja, na papierze (scenariusz) i na ekranie (realizacja). Jej emanacją jest precyzja ruchów Franka, dzięki doświadczeniu i determinacji porusza się on po politycznym polu minowym Waszyngtonu niczym najlepszy saper. To zdaje się być celem Willimona, który świadomy jest czasów, w których przyszło mu tworzyć. W dobie postmodernizmu i dominującej popkultury wracamy powoli do komunikacji obrazowej, dlatego każdy kadr tego serialu musi działać na naszą wyobraźnię. Chodziło o stworzenie charakterystycznej formy wizualnej, do tego garści chwytliwych cytatów powtarzanych przez lata, przede wszystkim jednak ikonicznej postaci zepsutego polityka, najbardziej złego ze wszystkich złych polityków w historii. Jego synonim, wzorzec z Sèvres, tak jak synonimem miłego głupka jest Forrest Gump, synonimem kowboja John Wayne, tak jak największym komikiem w historii jest Charlie Chaplin. Frank Underwood miał zostać ikoną i nią został. Celem było nie tyle przedstawienie świetnej opowieści, ale cytowanej i naśladowanej marki, za co zasługi przypadną ich twórcom. Zbudowany z tak charakterystycznych elementów (czołówka, mówienie do kamery z charakterystycznym akcentem, stukanie pierścieniem w stół, liczne bon moty o charakterze władzy czy forma wyświetlania treści sms-ów), że już przeszedł do historii nie tylko serialu, ale też kina, wkrótce z pewnością zobaczymy aluzje do postaci Uderwooda. Frank i Claire są tak jednowymiarowi, pomnikowi, tak doskonali we wszystkim, co robią – wręcz sztuczni, że nie sposób traktować ich inaczej jak figury, które Willimon i David Fincher wykorzystują do

przedstawiania problemów wspołeczesnego świata. Paradoksalnie to doskonałość tej dwójki, Amerykańskich Superbohaterów à rebours, świadczy o atrakcyjności serialu.

 

To nie tyle opowieść o polityce, co generalnie traktat o stosunkach we współczesnym społeczeństwie. W korporacji, szkole czy nawet w rodzinie. W wymownej, jednej z bardziej przejmujących scen Frank spotyka bezdomnego, który przypomina jaskiniowca. Cały miota się i krzyczy, aż Frank spokojnym głosem zwraca się do niego: Nikt cię nie słyszy, nikomu na tobie nie zależy, nic ci z tego nie przyjdzie. Bezdomny uspokaja się, widzimy jego zrezygnowaną twarz. Dziś też, jak w epoce kamienia łupanego wygrywają najsilniejsi. Ale to ci, którzy noszą garnitury. Jeśli nie urodziłeś się w dobrej rodzinie, nie skończyłeś odpowiedniej szkoły i nie masz za sobą wielu lat doświadczenia w poznawaniu nowych przyjaciół, którzy mogą ci pomóc, nie masz najmniejszych szans. Serial ma jednak szerszą, nieoczywistą tonację. Mieszanka political fiction, thrillera i dramatu obyczajowego staje się  bardzo subtelnym pastiszem. Bezbłędnie wyśmiewa współczesne formy komunikacji, choćby sformatowany, sztuczny korporacyjny język komunikatów medialnych i oficjalnych wystąpień, precyzyjnie ćwiczonych i odgrywanych na scenie z całym sztafażem wizualno-dźwiękowym. Kiedy Frank, Claire czy inni bohaterowie wygłaszają płomienne przemowy, za chwilę w tle pojawia się podniosła, absurdalnie patetyczna muzyka i całość zaczyna przypominać reklamę, spot wyborczy czy scenę z hollywodzkiego blockbustera. Same postaci Franka i Claire są zresztą tak idealne, wręcz pomnikowe że aż nierealne. On to James Bond po pięćdziesiątce, ona – połączenie Hillary Clinton i supermodelki. Przypominają figury z muzeum Madame Tussaud poruszane rękami wszechmocnego reżysera, Nie różnią się od kukiełek z Ulicy Sezamkowej, gdzie zresztą, jako House of Bricks, serial zdążył już trafić:

 

 

Trzecia seria nie spełnia nie tylko moich oczekiwań. Zamiast kilkunastogodzinnego smakowitego spektaklu otrzymujemy serię sztucznych ogni, niczym 4 lipca. Widowiskowe, trwają zaledwie parę sekund. Frank sikający na grób ojca, plujący na figurę Jezusa i zrzucający go na ziemię, niczym w „Złym poruczniku”, Claire rozmawiająca z ambasadorem Rosji podczas sikania, nieudany aktorsko występ dziewczyn z Pussy Riot i w końcu kuriozalny pomysł  umieszczenia ich teledysku na końcu odcinka, transakcja wiązana – niedługo premiera nowej płyty „Pusiek”. To kroki mocno desperackie, szukające popularności poza głównym polem, na którym do tej pory poruszał się serial.

 

Nie znaczy to, że „House of Cards” nie dostarczył żadnych przyjemności. Pierwszą był Paul Sparks czyli Mieczysław Kuzik z ”Zakazanego Imperium”. Tam był jedną z gwiazd, wielokrotnie nominowany i nagradzany za tamtą rolę, tu jedynie dowodzi swojej klasy. Gra postać niejednoznaczną, tajemniczą, nie do końca wiemy, jaka jest dokładnie jego rola. Zbliża się do prezydenta na odległość, na jaką udało sie podejść niewielu przed nim. Ze swoim zarostem, luźnym ubraniem i torbą przewieszoną przez ramię wprowadza do zuniformizowanego waszyngtońskiego stylu sporo luzu. Kilka dni po premierze w prasie pojawiły się informacje, które okazały się przyjemnością nie mniejszą – ponownie zostaliśmy mistrzami Europy w ściąganiu serialu z internetu. W ciągu pierwszej doby pobraliśmy z sieci 37 tys. razy. W przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców daje to wynik 102. Lepsi okazali się tylko Australijczycy z wynikiem 173 pobrania na 10 000 mieszkańców. Oto kolejny dowód na to, że Polak potrafi. Zaraz po Agnieszce Holland, reżyserce dwóch odcinków „House of Cards” rzecz jasna.

 

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>