Stąd do wieczności 09/2015

09

 

Informacje dostarczane przez media w zeszłym tygodniu nie przynosiły raczej otuchy. Ciosy nadchodziły z każdej strony, najgłośniejszy padł kilka kroków od Kremla. I był jasnym sygnałem. To świadectwo wielkiej desperacji Putina, który zdaje się mówić wszystkim wokół, że nie warto z nim zadzierać. Jeśli posuwa się do takich kroków, oznacza to, że jest już mocno przyparty do muru. Jego otoczenie, grupa oligarchów oddająca spory procent swoich przychodów prezydentowi, traci z tygodnia na tydzień coraz więcej, co ważniejsze traci być może cierpliwość. Ich zupełnie nie intertesuje wielka, imperialna Rosja. Ich interesują miliony dolarów na koncie, jeden kontrakt z Mercedesem  nie załatwia sprawy. Tymczasem Putin w imię umacniania swojej pozycji wewnątrz kraju wywołuje kolejne konflikty, by budować markę silnego cara.Tracą na tym wszyscy, ta gra nie będzie miała zwycięzców. Miliardowe kontrakty tracą europejskie spółki, polscy rolnicy, pasażerowie Malaysia Airlines, tysiące Ukraińców i Rosjan walczących w Donbasie straciło życie. Ale tracą też sami Rosjanie, którzy muszą mierzyć się z rosnącym kryzysem ekonomicznym, tracą oligarchowie i traci sam Putin. Koniec końców to nie opinia ulicy zdecyduje o jego być albo nie być, ale jego otoczenie, które w pewnym momencie postanowi minimalizować straty.

Tymczasem lista ofiar Putina rośnie. W trakcie pracy w Donbasie zastrzelony został fotoreporter Serhij Nikołajew, Putin nie zdecydował się na uwolnienie ukraińskiej pilotki Nadii Sawczenko, która od trzech miesięcy prowadzi głodówkę, i prawdopodobnie nie zostało jej wiele czasu. Od 1995 do 2009 roku w Rosji zginęło 32 dziennikarzy, z czego za rządów Putina 19, w tym słynna Anna Politkowska. Faktów kompromitujących Kreml nie zdążył przekazać też Aleksander Litwinienko, otruty w Londynie. Podobnie jak teraz, jego zabójstwo było określane przez Kreml jako międzynarodowa prowokacja.

Czym różni się Rosja od Stanów? Tym, że prasa, czwarta władza była tam niezwykle silna. Władza w Rosji upadała kilka razy, bo była wszechwładna i zbytnio pogardzała swoimi obywatelami. Ci w końcu sprzeciwiali sie władzy. W Stanach prasa nie pozwalała władzy poczuć się zbyt pewnie, śledząc i bezwzględnie wytykając każde potknięcie i nadużycie władzy. To paradoksalnie zapewniało im siłę. Działanie zgodne z prawem to budowanie domu na solidnym fundamencie.

Uważamy Rosjan za mieszkańców wschodu, oni jednak nie korzystają ze wschodniej mądrości. Wciąż nie mogą zrozumieć, że najważniejszą zasadą we wszechświecie jest zasada równowagi. W polityce to równowaga między tym, co chciałby się zrobić, a tym co zrobić można. Tymczasem każdy rosyjski polityk marzy, żeby zostać carem, zapominając jaki los spotkał cara.

 

 

W piątek Polskę obiegła wieść o śmierci Bohdana Tomaszewskiego. Strata dla polskiego dziennikarstwa nie tylko sportowego może być wyrażona dwunastoma Igrzyskami Olimpijskimi, które komentował, kilkunastoma napisanymi książkami, przede wszystkim jednak peanami, które mógł usłyszeć od swoich uczniów, innych mistrzów dziennikarskiego pióra.

Urodzony w 1921 roku, od najmłodszych lat zafascynowany tenisem, był wicemistrzem Polski juniorów, trenował ze słynną już wówczas Jadwigą Jędrzejowską. Jak na pokolenie Kolumbów przystało, walczył w Powstaniu Warszawskim. Zaraz po wojnie zaczęła się jego kilkudziesięcioletnia przygoda z dziennikarstwem, choć zaczynał od pracy w sopockim Grand Hotelu. Powodem, dla którego piszę dziś o Bohdanie Tomaszewskim, jest jego język. Posługiwał się nim w sposób zdumiewający, potrafił z każdego pojedynku uczynić antyczną tragedię, a atleci w jego ustach zmieniali się w mitycznych herosów. Oddawał wszystko co widzi tak plastycznym i barwnym językiem, że czasem lepiej było słuchać jego relacji niż oglądać mecz na żywo. Dorównać mu mógł jedynie Zdzisław Ambroziak, którego pożegnaliśmy na długo przed Panem Bohdanem. Dziś komentarz stosczył się do rynsztoku, tak samo jak do rynsztoku stoczył się sport. Jest wyżej, szybciej i dalej, tylko że ma to coraz mniej wspólnego z samym sportem.

 

Człowiek przedwojennej kindersztuby, przede wszystkim jednak nienagannego języka. Wielka kultura nie przeszkadzała mu wygłaszać osobistych, często kontrowersyjnych sądów. Zawsze jednak one były uzasadnione nie tylko doświadczeniem, ale też namysłem. Mogliśmy być pewni, że wszystko co mówił, dokładnie wcześniej przemyślał i był w stanie rzetelnie udowodnić.

Sport

Umarły też nadzieje kibiców Legii. Pytanie tylko, skąd brały się te głosy o zawojowaniu Europy? Polska piłka jest od kilkudziesięciu lat dziełem co najwyżej piłkopodobnym, ani drobne sukcesy w 2014 roku, ani medal olimpijski, ani dobra gra w kilku eliminacjach tego nie zmieni. Jesteśmy narodem futbolowych analfabetów z nielicznymi wyjątkami, które jednak nie rzutują na całokształt, czytaj: nie podnoszą poziomu klubów ani reprezentacji, raczej są przez nie dołowani. W dwumeczu z Ajaxem było to widoczne jak na dłoni. Od kilku lat hegemon na polskim boisku, z budżetem czterokrotnie wyższym od drugiego Lecha przegrywa jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Lider drużyny usiadł na trybunach, a jego koledzy potwierdzili wszystkie zarzuty stawiane polskim piłkarzom od lat. Trenowani przez słabych trenerów, którym żaden klub nie jest skłonny płacić porządnych pieniędzy, w konfrontacji z produktami szkolenia z Hiszpanii, Francji czy Holandii pokazują aż nadto różnice w przygotowaniu kondycyjnym, elementarnych zagraniach – przyjęciu i podaniu, brakuje myśli taktycznej, pokutuje też brak zaangażowania, który jest codziennością podczas grania w „Ekstraklasie”. Kiedy nagle raz w roku, do tego tuż po zimowej przerwie przychodzi zagrać na 110%, trudno zwalczyć nawyki z ligowej kopaniny, nogi się plączą a piłka nie chce słuchać. Po raz kolejny staliśmy się pośmiewiskiem Europy, strzeleckie próby Żiru i Kucharczyka pomińmy milczeniem,  podobnie jak genialne ustawienie się w obronie Juniora i Rzeźniczaka. Osobną sprawą są wydarzenia pozaboiskowe. Trzeci raz w ostatnich kilku latach gra przy pustych trybunach nie wzięła sie z niczego. Tzw. kibice przynoszą klubowi milionowe straty, Polsce straty wizerunkowe, wciąż jednak przez prezesa uznawani i wychwalani. Przypomnijmy, że znani z kwiecistego języka imbecyle podczas meczu z Den Haag krzyczeli „Milik Co? Ty Kurwo!”, a już w Warszawie rozwinęli komentarz do: „Chuj ci na imię, hej Milik, chuj ci na imię!”

Sam prezes po meczu ogłosił, że wszystko trzeba zacząć od początku. Co możemy powiedzieć zatem o pięciu latach jego pracy? Choć Legia po raz kolejny udowodniła, że każde pieniądze wydana na ten klub, podobnie zresztą jak na każdy inny są niemal zwyczajnie wyrzucane w błoto, Leśnodorski w swojej pysze postanowił złożyć wniosek do miasta o budowę boisk treningowych z budżetu obywatelskiego, choć wcześniej miasto zbudowało im już stadion. Następnym razem poproszą żeby im kupić Messiego i Ronaldo.

 

karl 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>