Stąd do wieczności 02/2015

# 02

Kopalnie

Przyjęty w środę program restrukturyzacji Kompanii Węglowej znów postawił na nogi Śląsk. Górnicy z przeznaczonych do zamknięcia kopalń rozpoczęli strajk i domagają się wycofania programu. Od czasu Ursusa, Stoczni w Gdańsku i Szczecinie nikt w Polsce nie protestował tak intensywnie, jak górnicy. Strajki i uliczne zamieszki przyniosły efekt, dziś górnicy otrzymują trzynastki, czternastki, barbórkowe, ich pensje są kilkukrotnie wyższe od pensji przeciętnego robotnika. Jednocześnie cała branża jest wysoce niewydajna, przypomina XIX-wieczny relikt. Nie przeszkadza to prezesom, członkom zarządów i rad nadzorczych, w końcu licznym działaczom związkowym pobierać co miesiąc horrendalnie wysokich pensji. Pod koniec zeszłego roku szef Kompanii uznał, że już mu wystarczy i postanowił odejść. Miesięczne pobory w wysokości 80 tys. zł nie były wystarczającą gratyfikacją, więc prezes przyznał sobie jeszcze odprawę o równowartości 12 pensji. A więc w nagrodę za fatalne zarządzanie spółką odebrał jeszcze prawie milion nagrody. Protestujący górnicy jakoś nigdy nie szukali winnych wśród tych, którzy w pierwszej kolejności odpowiadają za bałagan i fatalną sytuację polskich kopalni. Nie zapukali do biur menedżerów Kompani Węglowej, związkowców zajętych przed wszystkim swoimi interesami, czy posła PO Tomasza Tomczykiewicza reprezentującego region śląski, który teoretycznie od kilku lat zajmuje się restrukturyzacją branży górniczej. Efekty jego pracy są mniej niż skromne. Plan rządu to może jedyny sposób, żeby branża wydobywcza zaczęła przynosić jakiekolwiek zyski. Jeśli rząd w roku wyborczym bierze się za taką reformę, to nie znaczy że jest głupi, tylko nie ma wyjścia – powiedział w programie „Loża Prasowa” Andrzej Stankiewicz. Nic dodać, nic ująć.

Kiedy górnicy wychodzili na ulice, domagając się lepszych warunków pracy i podwyżek wynagrodzeń, kiedy protestowali przeciwko zwolnieniom, długo przyznawałem im rację. Polski rynek pracy jest skrajnie nieprzyjazny, jeśli nie masz znajomości albo specjalistycznego wykształcenia. Tyle tylko, że gdyby taki zadłużony zakład pracy jak jednaj ze śląskich kopalni znajdowałby się gdziekolwiek poza Śląskiem, zostałby dawno zamknięty, ludzie straciliby pracę bez widoków na  odprawy, a po budynkach hulałby wiatr. Polska jednak opiera się na gospodarce zasilanej węglem, i wciąż pozostajemy zakładnikami górników. A ci dawno przestali być ofiarami polityki kolejnych rządów. Są spośród pracowników fizycznych w Polsce z pewnością najbardziej uprzywilejowani. To pozostali pracownicy Lidli, Biedronek, Carrefourów, wszystkich małych hurtowni i fabryczek zasługują na to żeby ich pensje zbliżały się do wynagrodzeń górniczych. Zamykać!

Charlie Hebdo

Wkrótce przekonamy się, czy dwa dni terroru, który zapanował w całej Francji, będzie oznaczał koniec pewnej epoki. W sobotę na ulice miast wyszło ponad 700 tysięcy ludzi, by pokazać, że nie ugną się przed terrorem ze strony islamskich radykałów. Wczoraj w marszu w stolicy Francji przeszło półtora miliona osób, duńska premier uczciła to nawet efektownym fikołkiem. Prezydent Hollande stwierdzil jednak, że ataki nie miały związku z islamem. Napastnicy krzyczeli „Allahu Akbar!” dla zmylenia przeciwnika. Oczywiście, że miały, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie z tym polemizował. Trudno jednak odpowiedzialność zrzucać na każdego wyznawcę islamu we Francji.  Ahmed Merabet, wyznawca islamu jest jedną z ofiar ataku na redakcję Charlie Hebdo. Inny muzułmanin, Lassana Bathily uratował 15 osób podczas ataku na żydowski sklep, ukrywając ich w chłodni. Nie każdy wyznawca islamu jest potencjalnym terrorystą, nie każdy też popiera ataki takie, jak ten. Nie zmienia to jednak faktu, że Europa stanęła przed największym problemem od zakończenia II wojny światowej. Jeśli do tej pory odwracała głowę od problemów, dziś już nie ma wyjścia i musi podjąć zdecydowane kroki. Marsze pod sztandarami Pegidy raczej nie stracą na popularności. Polityka multi-kulti jeśli własnie się nie zawaliła, to mocno zadrżała w posadach. A dla Brytyjczyków, którzy zwykli wrzucać nas do jednego worka z emigrantami z krajów islamskich, małe memento autorstwa ich rodaków.

Na koniec Ewa Kopacz na konferencji w Centrum Antyterrorystycznym zapytana o właściwą reakcję na wydarzenie w Paryżu odpowiedziała tak:

Pamiętajcie państwo, że to jest też powód do tego, żeby rozpocząć tą dyskusje, która miała miejsce bardzo zresztą krótkiej dyskusji, która miała miejsce ostatnio w Europie, mówiliśmy o tym, żeby jednak udostępnić listy pasażerów poruszających się po terenie Unii Europejskiej samolotem. Dzisiaj nie mamy granic, więc nie ma odnotowania kto przez ta granicę przejeżdża. Ale jeśli ktoś wsiadał do samolotu, wysiada z tego samolotu, można znaleźć jego ślad wędrowania w ciągu ostatnich dni. Jest to bardzo ważne.

Po wizytach u stylistów i w redakcji Vivy może czas na spotkanie z Bralczykiem albo Miodkiem?

Odchodzą autorytety

Wszyscy dziś wspominają francuskich karykaturzystów znanych z łam Charlie Hebdo. Ale w ostatnich miesiącach sporo innych Wielkich odeszło z tego świata. Świat muzyki opuścił Jack Bruce, basista i wokalista Cream, pierwszej Supergrupy w historii, w chwilę po nim Joe Cocker, kino straciło Robina Williamsa, Philipa Seymoura Hoffmana, Anię Przybylską (choć w jej przypadku to nie kino stanowiło o jej wielkości), Stanisława Mikulskiego, niedocenianego, ale nieocenionego Krzysztofa Krauze, wczoraj odeszła Anita Ekberg, niezapomniana Silvia kąpiąca się w fontannie di Trevi w słynnej scenie ze „Słodkiego Życia”. Nie tak dawno z honorami pożegnana została Jadwiga Piłsudska, podobnie jak Marian Jurczyk, przywódca strajków w Stoczni Szczecińskiej, a w tym tygodniu zmarł Józef Oleksy, jeden z najbardziej inteligentnych i wyważonych polityków w Polsce po 89. roku, oraz Edmund Wnuk-Lipiński, wybitny polski socjolog, wnikliwy obserwator polskich przemian. Najbardziej dotkliwą stratę poniosła jednak polska literatura. W przeciągu tygodnia odeszli Stanisław Barańczak, poeta i aktywny opozycjonista antykomunistyczny, przede wszystkim jednak nie tyle ważny i wspaniały, co prawdziwy gigant polskiej kultury, Tadeusz Konwicki. Obok  Gombrowicza i Mrożka może najwybitniejszy pisarz XX wieku. Także wybitny reżyser i scenarzysta filmowy – był autorem scenariuszy min. do „Faraona”, „Matki Joanny od Aniołów”,  „Austerii”.

Biologia, można powiedzieć, ze śmiercią człowiek mierzy się od momentu narodzin. Tyle tylko, że dramatycznie brakuje ich następców. Odchodzą ludzie ważni, wielcy, czy wreszcie tacy, jak Konwicki czy Oleksy. Kto zamiast nich? Nie widać. Gdzie nie spojrzeć, ludzie zbudowani z pustki intelektualnej, także moralnej. Korporacyjne szczury skupione na mechanicznej konsumpcji bezrefleksyjnie powtarzające w nieskończoność kilka wyuczonych frazesów zaludniają dziś kulturę, media i politykę. Narzekacie na komunę? Ci wychowani po 89. roku swoim pustym, chocholim tańcem są w stanie zawstydzić samego Wyspiańskiego. Jedźmy, nikt nie woła.

Nie popadajmy jednak w niski ton, katastrofa wciąż daleko. Dziś jeszcze czas na zabawę. Przynajmniej tak uważa Leszek Miller i wyciąga królika z kapelusza. Króliczek jest całkiem milusi, trzeba przyznać, i nazywa się Magdalena Ogórek. W końcu kandydat, a w zasadzie kandydatka, na którą czekałem! To nie to co ociężały Komorowski, Duda bez właściwości, nie to co… No coż, na razie jest Ich Troje. Nie było jeszcze kandydata z tak bogatym, a przede wszystkim różnorodnym  doświadczeniem. Ukończyła studia w Maastricht oraz na Uniwersytecie Warszawskim, namaszczona przez samego Aleksandra Kwaśniewskiego, historyk kościoła, co nie przeszkadza jej stawać obok Leszka Millera, miała własny program w TVN Biznes i Świat, była aktorką w tak znamienitych produkcjach jak „Lokatorzy”, „Na dobre u na złe”, „Los Chłopacos” czy „Pokaż kotku, co masz w środku”. Ten ostatni tytuł podoba mi się najbardziej. Na plakatach kopiuje gesty Obamy, a ostatnio wdała się nawet w romans z grubym Węglarczykiem! Jeśli jeszcze dodamy, że reprezentuje wybitny rocznik 1979, wszystko układa nam się w logiczną całość: Magda Ogórek na prezydenta! Mój głos już ma.

 

Sport

 

Ten rok nie zaczął się może dla naszych sportowców zbyt pomyślnie. Bogowie nart przestali wygrywać, Wizards z Marcinem Gortatem przegrywają mecz za meczem, Szczęsny stracił miejsce w składzie po tym, jak pokazał, że nie dorósł jeszcze do wielkiej piłki ani jako sportowiec, ani człowiek. Dakar okazał się nieprzychylny dla Małysza i trójki naszych motocyklistów, a Michał Hernik za swoją pasję zapłacił najwyższą cenę. Jednak w drugim tygodniu kart zaczęła się odwracać. Dla polskiego tenisa ten rok zaczął się najlepiej, jak tylko mógł. Dzęki Janowiczowi i Radwańskiej po raz pierwszy w historii zostaliśmy mistrzami świata w grze mieszanej! To był prawdziwy rollercoaster emocji, po przegranych meczach natychmiast pojawiał się renesans formy, aż do finałowego meczu par. Wygrana w dwóch setach po kilku fenomenalnych zagraniach z naszej strony była jak najbardziej zasłużona. Szczególnie cenna dla Radwańskiej, która w przeciągu kilku godzin dwukrotnie pokonała Serenę Williams, po raz pierwszy w karierze. Polacy okazali się wygranymi tego turnieju, przegraną z pewnością trzeba nazwać Williams. Po raz kolejny udowodniła, że nie nadaje się do profesjonalnego sportu, co najwyżej na pomywaczkę w tanim barze. Pomijam już niszczenie rakiet, to przydaje nieco nudnawemu sportowi dla dżentelmenów odrobinę pikanterii. Ale już krzyczenie w stronę sędzi:  „jesteś kłamczuchą” pokazuje absolutny brak klasy, maniery przekupki dyskwalifikują jej aspiracje do miana wielkiego sportowca. Przez półtorej dekady kariery jedyne czym zasłynęła, to koszmarne, kiczowate stroje, dąsy i fochy. Jej styl zupełnie zdegradował jakość w tenisie, nie mając zupełnie umiejętności czysto tenisowych, oparła swoją grę jedynie na sile, zmuszając przeciwniczki do stosowania podobnej taktyki. Moment zakończenia przez nią kariery będzie dla tenisa wielką ulgą.

Antybohaterem okazał się też Lionel Messi, który postanowił zostać drugim Maradoną, ale nie Maradoną – piłkarzem, raczej Maradoną – skandalistą. W meczu na szczycie przeciw Atletico Madryt najpierw przeprowadził akcję bramkową, w której przerzucił sobie piłkę ręką nad obrońcą, a kiedy sędzia nie zauważył tego zagrania, nie przyznał się do błędu. W drugiej połowie jego cios kung-fu wyprowadzony wyprostowaną nogą minął twarz bramkarza Moyi o centymetry. Kiedyś to był dobry piłkarz, zmienił się jednak w boiskowego gangstera. Za wczorajszy „występ” powinien stracić co najmniej jedną Złotą Piłkę.

 

karl  

Komentarze

  1. Karol Autor wpisu

    Neuer to tylko bramkarz, nigdy Ballon D’or nie dostanie. A nurkowanie do próby pozbawienia Moyi połowy twarzy ma się tak, jak Mikke policzkujący Boniego do Muhammadów strzelających w paryskiej redakcji.

    Odpowiedz
  2. scholl

    Przecież wiesz, ze dla mnie i tak lepszy od tych dwoch jest boski Franck- poslaniec niebios. A dziś zobaczysz jak Neuerek odbiera główną nagrodę. Czas złamać stereotypy. Zasłużyl najbardziej.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>