1989 – 2014: rachunek sumienia.

19891

 

„Obłęd polega na powtarzaniu w kółko tej samej czynności, oczekując innych rezultatów”

 

~ Albert Einstein

 

 

Krajobraz Polski AD 2014 przypomina abstrakcyjną mozaikę, amplituda naszych możliwości i marzeń rozciąga się między poczuciem dumy a powodem do wstydu. Możemy poszczycić się jednym z najniższych wskaźników przestępczości w Europie, pomimo światowego kryzysu wciąż rosnącym PKB, Polacy deklarują coraz większe zadowolenie z życia. Jednak ogromna lista miejsc, w których polskie państwo zawiodło wciąż nie pozwala na odtrąbienie sukcesu.

Ciężko jednoznacznie wskazywać winnych. W pierwszym odruchu przychodzą nam do głowy politycy, dziennikarze, biznesmeni i wszyscy ci, którzy brali udział w nadawaniu kształtu nowej Polsce ćwierć wieku temu. Słusznie, w końcu to oni podejmowali najważniejsze decyzje, kształtowali ustrój i prawa, wskazywali cele, a następnie z lepszym lub gorszym skutkiem je realizowali. Podjęli się tego zadania i nie ma powodu, dla którego nie powinni być ze swoich czynów rozliczeni. Polacy jednak od tych rozliczeń z niewyjaśnionych powodów odstąpili. Wciąż wybierają tych samych polityków, choć przepaść pomiędzy ich pustym gadaniem a niezrealizowanymi obietnicami osiąga coraz bardziej przerażające rozmiary. Donald Tusk, Jarosław Kaczyński, Leszek Miller i Waldemar Pawlak od 1991 roku (dwaj z nich nawet od 1989) nieprzerwanie decydują o polskiej polityce. Chociaż obarczamy ich za całe zło tego świata, od kilkunastu lat formacje, którym przewodzą zgarniają 90% głosów. Jeśli mówimy o jakichkolwiek patologiach dzisiejszej Polski, politycy odpowiadają za nie w równym stopniu jak wyborcy. Dlaczego nie dostrzegamy tej prostej zależności? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, przyjrzyjmy się, kim naprawdę jesteśmy.

 

Z 23 milionów Polaków, którzy przeżyli II wojnę światową, tylko 120 tysięcy miało maturę. W przeciwieństwie do krajów zachodnich nie mieliśmy w zasadzie nikogo, kto mogłyby kształtować przyszłe elity. Prze kolejne dekady edukacja, nawet jeśli rozwijała się w szybkim tempie, nie wpływała znacząco na rozwój samoświadomości. Rosły zastępy wykonawców poleceń, ciągle trwał ten sam chocholi taniec, który znamy od wieków. Szlachcic kontra chłop pańszczyźniany, Polak kontra zaborca, obywatel kontra okupant a potem urzędnik PZPR. Horyzont myślowy był określony jednym słowem: przetrwanie. „Niemcy ponad wszystko” śpiewają nasi zachodni sąsiedzi, tymczasem u nas „Jeszcze Polska nie zginęła”. Jeszcze nie, ale co będzie za chwilę? Perspektywa jest u nas skrócona do granic możliwości, kiedy tylko nadarzy się okazja, trzeba napchać kieszenie bo nie wiadomo, kiedy pojawi się kolejna. Od stuleci, od czasu pańszczyzny, przez rozbiory, wojny i komunę, dla Polaków umęczonych i wiecznie poniżonych czasem nadarzała się okazja do chwycenia resztek z pańskiego stołu. W mentalności dzisiejszych Polaków ta groźba kolejnej wojny, ciosu z ręki pana ciągle wisiała nad głową, wszelkie zasady moralne zawsze przegrywały z prawem wojny. Doskonale ujmuje to Andrzej Bobkowski w „Szkicach piórkiem”, dzienniku cytowanym przez Donalda Tuska w swoim tekście z 1987 roku, odkurzonym przez słynną Marysię z Gorzowa.

 

”Czym jest nasze życie? Nawijaniem na kawałki tekturki krótkich kawałków nitki bez możności powiązania ich ze sobą. Gdzie mam szukać metryki urodzenia mojego dziadka? Gdzie odnaleźć ślad prababki? Do czego przyczepić cofającą się wstecz myśl? Do niczego – do opowiadań, prawie do legend tego kraju, który wynajął sobie w Europie pokój przechodni i przez dziesięć wieków usiłuje urządzić się w nim z wszelkimi wygodami i ze złudzeniem pokoju z osobnym wejściem, wyczerpując całą swą energię w kłótniach i walkach z przechodzącymi. Jak myśleć o urządzeniu tego pokoju ładnymi meblami, bibelotami, serwantkami, gdy ciągle błocą podłogę, rozbijają i obtłukują przedmioty? To nie jest życie, to ciągła tymczasowość życia motyla i dlatego w charakterze naszym jest może tyle cech przypominających tego owada. Jakim cudem mamy być mrówkami? ”.

 

Polski katolicyzm noszony na sztandarach, pusty i bezrefleksyjny, niczego tu nie wnosi. Przeciętny Polak wciąż ma z tyłu głowy świadomość, że za chwilę dobrobyt może się skończyć, więc trzeba zagarnąć do siebie ile tylko się da. Perspektywa dekad, nie wspominając o stuleciach nie istnieje. Polak, który w końcu wyrwał się na wolność, postanowił odbić sobie lata niewoli. Taką masę zastał przełom roku 89.

 

Rozpoczęło się wówczas projektowanie nowego kształtu Polski, a projektanci mieli w głowie tylko jedno hasło: wolny rynek. Fetyszem stały się pieniądz i kariera, jedynym wyznacznikiem sukcesu był od tej pory stan konta. Dobre maniery i praca na rzecz wspólnoty stawały się z dnia na dzień wstydliwymi hasłami, które w dodatku przeszkadzają w karierze. Model gospodarczy mógł być tylko jeden: zachodni neoliberalizm. Usłyszeliśmy gong, ring wolny. Od tej chwili wszystkie chwyty dozwolone. Rozpoczął się wyścig spoconych bezwładnych ciał w drodze na skróty. W euforii zmian nikt nie zadawał pytań. Jak pisał korespondent ”The Nation” Daniel Singer, dla Polaków rynek jest nową religią.

 

Jak mówią dziś ci, którzy wtedy znajdowali się w samym centrum tych wydarzeń w ogniu codziennej walki nie dało się wszystkiego upilnować, zawsze były ważniejsze sprawy. Ten sam ton możemy znaleźć w relacjach Jacka Żakowskiego, Michała Boni, Marcina Króla czy w końcu zyskującego ostatnio coraz większą popularność Witolda Kierżuna. Rak korupcji i moralnego relatywizmu panoszył się coraz pewniej. Szalony pęd, wiecznie zmieniające się przepisy, ludzie i stanowiska, zachłyśnięcie się władzą sprawiały, że podszepty w rodzaju „Panu się należy” wydawały się całkiem słuszne. W końcu wszyscy uznali to za normalne. Dziś ten relatywizm moralny zapuścił tak głębokie korzenie, że pozbycie się ich wymagać będzie więcej wysiłku niż w wierszu Brzechwy.

Leszek Balcerowicz zafascynowany ówczesnym guru ekonomii neoliberalnej, Jeffreyem Sachsem, uznał że można zaadaptować u nas zachodnioeuropejski model gospodarki w skali 1:1. Zupełnie nie brał pod uwagę faktu, że gospodarka to nie tyle system ekonomiczny, co społeczny. To, co powstało w duchu protestantyzmu i głęboko zakorzenionej demokracji, gdzie zarówno każda jednostka jak i instytucja działają zgodnie z prawem, próbowano odtworzyć wśród homo sovieticus, ludzi zarażonych nieufnością, wygłodniałych nie tyle wolności, co mercedesów i Coca Coli, którym z dnia na dzień obiecano drugą Japonię. Z dzisiejszego punktu widzenia była to czysta szarlataneria.

 

Pierwszą klęską, jaką poniosła budowa nowej ojczyzny był fakt, że z całego dorobku zachodu postanowiliśmy skopiować jedynie wyścig szczurów, model skrajnego, neoliberalnego kapitalizmu, który szybko okazał się być w swojej schyłkowej fazie, zdegenerowany, kierujący się ku upadkowi. Zupełnie pominęliśmy tamtejszy etos pracy, otwartość i zaangażowanie w organizacje pozarządowe, nałogowe korzystanie z kultury i dotowanie tejże. Kolejne rządy i ich tuby propagandowe zaszczepiały jedynie dziki kapitalizm jako najwyższe osiągnięcie człowieka.

 

Drugą było wpuszczenie bez jakichkolwiek ograniczeń obcego kapitału, który nie płaci podatków, a jednocześnie armię kilkuset tysięcy pracowników traktuje jak niewolników, zatrudniając ich na umowy jednodniowe i przez agencje pracy. Kiedy polskie przedsiębiorstwa zmagają się z jednymi z największych obciążeń fiskalnych w UE, zagraniczne koncerny są zwalniane z płacenia podatków na kilkadziesiąt lat (vide FIAT). I nawet już nieszczególnie ukrywają swoje prawdziwe intencje. W raporcie amerykańskiej izby handlowej eksperci chwalą Polskę za niskie koszty pracy, elastyczne prawo pracy i wysoko wykwalifikowanych pracowników. Międzynarodowe korporacje sprzedają w Polsce i Anglii te same produkty w tej samej cenie (często na zachodzie są nawet tańsze). Jednak odział brytyjski płaci swoim pracownikom 5 tysięcy zł miesięcznie. W Polsce 1200 zł. Jak to możliwe, że firma płaci swoim pracownikom cztery razy więcej, zarabia na sprzedaży tyle samo albo mniej, a mimo to wciąż na siebie zarabia? Idąc angielską ulicą, w zdecydowanej większości widzę brytyjskie szyldy. W Polsce najwyżej co dziesiąty zachęca polsko brzmiącą nazwą. Dla całej rzeszy światowych koncernów to prawdziwe eldorado.

 

Trzecią klęską, a w zasadzie grzechem pierworodnym kolejnych rządów było dopuszczenie do władzy ludzi przypadkowych. Nikt nie weryfikował nowych urzędników, polityków, biznesmenów robiących geszefty z władzą. Pierwszy etap wygrali ci, którzy mieli najsilniejsze łokcie, kolejne ich krewni i znajomi. Przez lata zasiedlili newralgiczne punkty nowej Polski, urzędy, instytucje, posady i stanowiska które mają na cokolwiek wpływ. Powstała nieliczna rzesza panów i masa niewolników pracujących na ich zarobki. Administracja stała się narzędziem opresji, załatwienie prozaicznej sprawy to droga przez mękę, natomiast w przypadku najmniejszej wątpliwości obywatel traktowany jest jak pospolity przestępca. Pomyłka rzędu kilkudziesięciu groszy jest ścigana z pełną stanowczością, czasem wystarczy aby komornik się pomylił i zabrał rencistce oszczędności życia. Odkręcenie pomyłki to walka z wiatrakami. Tymczasem Adam Gessler, którego należności wobec państwa przekroczyły 33 miliony złotych, nie dość że pozostaje na wolności, to otwiera kolejne restauracje. Płaciliśmy mu nawet poprzez abonament, miał swój program w publicznej tv. Marcin Plichta, skazany za przestępstwa gospodarze był przez kilka lat kryty przez wysoko postawionych urzędników i prokuratorów. Złowrogo  przypomina to słynny eksperyment profesora Zimbardo. Czy rzeczywiście tak miała wyglądać nowa, lepsza Polska? Czy Pasikowski, którego Psy wchodzą ponownie do kin, zdawał sobie sprawę, że tworzy dzieło aż tak brutalnie prawdziwe, niestety również dziś?

 

 

Euforia tamtych czerwcowych dni przesłoniła zupełnie zdroworozsądkowe myślenie na wiele kolejnych lat. Bierna postawa kształtowana przez setki lat wciąż tkwi w nas bardzo mocno. Dawni przywódcy Solidarności załatwią wszystko za nas. Skoro „oni” obalili komunę, „oni” też zbudują nam drugą Japonię, drugą Norwegię, drugie Niemcy. Polacy oddali swoje głosy i przestali się martwić. Nie wzięli, nie wzięliśmy pod uwagę tego, że nawet najszlachetniejsi z ludzi pod wpływem władzy będą się zmieniać, a bezwzględni polityczno-biznesowi gangsterzy będą mieli na nich tak przemożny wpływ. Kiedyś rezygnowali z karier, ryzykowali zdrowie i życie, na szali kładli los swoich rodzin. Donald Tusk w walce o lepszą Polskę, mając żonę i dwójkę dzieci potrafił trwać kosztem braku możliwości legalnej pracy. Pracował na wysokościach, czyszcząc kominy. Co się stało z tamtym Donaldem? Co stało się z setkami, tysiącami styropianowych bohaterów, którzy tuż po zdobyciu władzy z miejsca zamienili się w tych, przeciw którym jeszcze nie tak dawno występowali? Jakaż to potężna siła złamała kręgosłup tych, którzy od przeszło dwóch dekad decydują o naszym losie. Coś w Polsce pękło, coś się skończyło, jak pisał dwadzieścia lat temu Jacek Żakowski. Czesi mieli swojego Havla, my niestety mieliśmy Wałęsę. Ćwierć wieku później z przykrością konstatujemy, że uczciwość i przyzwoitość zostały w tym czasie odłożone na bok, do głęboko ukrytego sejfu. Dla większości z nich jedynym, czego brakowało im w czasach komuny to Marksowski Kapitał. Cała ta romantyczna walka o wolność była motywowana jedynie możliwością obracania milionami dolarów. J. K. Bielecki w opozycji brał czynny udział w zwalczaniu komuny, organizował nielegalne spotkania, kolportował ulotki, ukrywał sie przed milicją, po 89. roku szybko zaczął pokonywać kolejne stopnie nowej demokracji, aż do posady prezesa PKO. Dziś pytany, czy w trakcie reform ktoś zastanawiał się nad losem pracowników upadających PGR-ów, odpowiada: nie pamiętam. Etos, praca na rzecz poprawy życia Polaków zeszły na plan dalszy. Dziś politycy w trudzie i znoju ciężko pracują nad poprawą życia. Polityków. Kiedy Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje nad ustawą o zmianach w deklaracjach majątkowych, które mają zwiększyć swój zakres i dotyczyć większej grupy osób, Senat podąża w zupełnie przeciwnym kierunku. Według ich projektu senator nie musiałby już deklarować wartości nieruchomości ani zarobków jakie otrzymuje jako senator. Dodatkowo parlamentarzystów, którzy na czas sprawowania urzędu wzięli urlop bezpłatny,  pracodawca ma obowiązek przyjąć z powrotem, nie może ich zwolnić przez dwa lata ani obniżyć pensji. Ktoś wspominał o bezrobociu, o tym że Polakom źle się żyje?

 

 

Najmniejszego uzasadnienia nie znajduje też gorliwa polityka klękania przed Kościołem. Według powszechnej opinii tylko dzięki chrześcijaństwu zawdzięczamy to, że jesteśmy gdzie jesteśmy, to korzeń naszej tożsamości. CI sami bogobojni Polacy, którzy zasiadają w pierwszych ławach kościołów, bez wahania łamią bez przerwy wszelkie istniejące przykazania. W dodatku tak nieudolnie, że media piszą o tym bez przerwy. Kiedy tylko nadarzy się okazja, okazują przerażającą nienawiść do wszystkich, którzy myślą inaczej niż oni. Nauka Kościoła nie ma dla nich żadnego odbicia w życiu. Tymczasem Kościół, który i tak wysysa miliardy złotych rocznie z budżetu państwa, steruje politykami i jak tylko może stara się wpływać na edukację młodzieży, świadom słabnącej popularności desperacko próbuje zgarniać ostatnie łupy. Najpierw pojawił się pomysł deklaracji wiary lekarzy – mają oni postępować zgodnie z wytycznymi Kościoła, wbrew procedurom medycznym, a najnowszym pomysłem jest Konkurs wiedzy o Biblii, który zwycięzcom ma otwierać drogę do najlepszych uniwersytetów w kraju. Świeckie, oświecone państwo Polska wesoło podśpiewując i trzymając się za ręce, podąża szybkim krokiem w kierunku średniowiecza.

 

Wciąż rosną między nami podziały. Wschód kontra zachód, PiS kontra PO, szef kontra pracownik, kobiety kontra mężczyźni, urzędnik kontra obywatel, przedsiębiorca kontra inspektor, uczeń kontra uczeń, sąsiad kontra sąsiad. Od ćwierć wieku, kiedy jedyną Sprawą, o jaką należy się bić stało się zarabianie pieniędzy, trwa nieustanna walka wygłodniałych psów. Ambicję pomyliliśmy z agresją, rzetelną pracę z podkopywaniem dołków. Doskonale obrazuje to przykład firmy sprzedającej przez internet koszulki z nadrukiem. Wychodząc naprzeciw swoim klientom, zaoferowała kolejną darmową koszulkę w przypadku, gdy pierwsza nie do końca odpowiadała zamówieniu. W głowie przeciętnego Polaka natychmiast zapaliła się lampka: dają za darmo! Skrzynkę pocztową zalała lawina wniosków o dodatkową darmową koszulkę. Na forum nazwano właścicieli debilami i umieszczono dokładną instrukcję, jak wyłudzać darmowy towar.

 

 

 

Kiedy kilka miesięcy temu Donald Sterling zabronił swojej kochance przyprowadzać czarnych na mecze jego LA Clippers, władze klubu w ciągu trzech dni nałożyły karę 2,5 miliona dolarów, wydały dożywotni zakaz wstępu na tereny związane z NBA i udział w jakichkolwiek przedsięwzięciach z nią związanych, ale najdotkliwszą karą był nakaz odsprzedaży klubu. Zupełnie surrealistyczna sytuacja z punktu widzenia kraju, gdzie od lat rasistowskie transparenty i okrzyki kwitowane są przez ligę i prokuraturę uśmiechem politowania.

 

 

 

Nasze chłopskie pochodzenie i brak właściwej edukacji, w połączeniu z bezrefleksyjnym wyścigiem szczurów skutkuje też zubożeniem estetyki przestrzeni publicznej. Kilka dekad temu na polskich ulicach mogliśmy podziwiać fantazyjne neony tworzone przez najlepszych projektantów, unikalne murale, których treść musiała być zgodna z linią partii, ale forma była w awangardzie światowego designu, czy przemyślane i całościowe koncepcje architektoniczne, choćby autorstwa Oskara Hansena. Dziś dla człowieka o zmyśle estetycznym polskie miasto jest jednym wielkim koszmarem.

 

 

Koniec komunizmu nie okazał się żadną cezurą. Tamci i dzisiejsi Polacy to wciąż ci sami ludzie. Z tym samym genomem tworzonym prze setki lat życia pod naciskiem który zmuszał do wykoślawionych postaw. Jedyną więc receptą jest edukacja. I perspektywa 20-30 lat. Nie zmienimy kraju w trzy czy pięć lat. To wymaga zmiany mentalności. Szkoła nie musi uczyć nas zawiłości biologii, chemii, zmuszać do niechcianych lektur i zakuwania historycznych dat a przede wszystkim od małego stawać do wyścigu szczurów, uczyć się nie po to, żeby się nauczyć, ale żeby wygrać w rozwiązywaniu testów, musi przestać wbijać do głów, że jedynym celem jest zrobienie kariery, i tylko to jest wyznacznikiem szczęśliwego życia. Szkoła powinna uczyć, jak być dobrym obywatelem, jak rozwijać swoje talenty, a na samym końcu jak osiągnąć sukces. Sukces jako efekt finalny, a nie jako cele sam w sobie.

Ale żeby w ogóle szkoły miałby rację bytu, muszą rodzić się dzieci. A z tym w Polsce krucho. Przy zarobkach pomiędzy pensją minimalną a średnią krajową wychowanie dziecka stanowi wyzwanie nie mniejsze, niż w latach 80. Państwo, które wciąż przypomina o konieczności walki z niżem demograficznym odwraca się od rodziców w momencie narodzin dziecka. Symboliczne becikowe, symboliczne zasiłki, które starczają na przysłowiowe waciki, nic dziwnego że Polki rodzą dzieci, dopiero gdy wyjadą za granicę.

A skoro o wyjazdach już mowa, masowa emigracja, często młodych zdolnych ludzi to może największa porażka ostatniego ćwierćwiecza. Kiedy jednym z najtrudniejszych zadań jest zbudować nowe, światłe elity, my lekką ręką pozbywamy się ich bez zmrużenia oka, bo trzeba zrobić miejsce dla krewnych i znajomych królika, czyli Platformy i PSL. Bierny, mierny ale wierny z PO w większości przypadków wygrywa ze zdolniejszym, ale bezpartyjnym. Dzięki emigracji na zmywak bezrobocie sięga jedynie 13 procent. Co, gdyby doliczyć 2 miliony Polaków na obczyźnie? Ale i tak nasz udział w UE okazał się błogosławieństwem. W każdej chwili można wyjechać i zacząć zarabiać porządne pieniądze. Co, gdyby wszyscy ci, którzy wyjechali za chlebem musieli zostać w kraju?

 

 

 

Musimy się nauczyć, że postępowanie zgodnie z zasadami przyniesie korzyść nam i wszystkim innym w najbliższym czasie. Zmiana przepisów, ale przede wszystkim bezwzględne ich przestrzeganie. Chcesz być urzędnikiem, musisz wykazać się kompetencjami i uczciwością. Chcesz być policjantem, lekarzem, nauczycielem – kompetencje i etyka. To jest właśnie praca do wykonania. Zmienić perspektywę. Wbić do głów młodego pokolenia, że droga na skróty do niczego nie prowadzi, bo wszyscy jesteśmy członkami tego samego społeczeństwa, i nie tylko od siebie, ale od wszystkich wokół jesteśmy zależni w ten sam sposób. Wbić do głów, że Polska będzie zawsze, a systematyczna praca w zgodzie z zasadami zawsze przyniesie skutek. Że nie rozpychanie się łokciami, ale uśmiech i zaufanie zawsze przyniesie lepsze skutki. Dziś dominuje przyzwolenie na ciągłe chodzenie na skróty. Tatko załatwi, wujek załatwi, mąż załatwi, kolega załatwi, i w ten sposób setki tysięcy najbardziej odpowiedzialnych posad zajmowanych jest przez nieudaczników, którzy psują zarówno prawo, jak i obyczaj. Tak, patrzysz pan panie Tusk i jest ci wszystko jedno. Patrzyliście Kaczyński Miller, Pawlak jak wszelkie synekury zasiedlane są przez bandę nieudaczników, sprzedawczyków i malwersantów z kolesiowskiego nadania i szerzyliście uśmiechy od kamer. A wy wyborcy, szliście do urn i przez ćwierć wieku ciągle wybieraliście ich na swoich panów. Kto tu jest bardziej chory? Czemu Kazik, po tylu latach ciągle musi być tak aktualny?

 

 

 

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>