Zapełnić krajobraz po bitwie.

powroty1

 

Killing In The Name. Nóż. Black Hole Sun. Tata Dilera. W latach 90 grało się ciężko i konkretnie. Krótko i na temat. Grunge, wyrodne dziecko bluesa i punka wybuchł nagle gdzieś na amerykańskiej prowincji – w Seattle, mieście Hendrixa, żeby zabić w ustach nieprzyjemny smak po tandetnych i plastikowych latach 80. Szybko rozlał się po całym świecie i podarte jeansy, flanelowe koszule ew. rozciągnięte kobainowskie swetry i długie włosy, bez względu na płeć, przestały kogokolwiek dziwić.

Wkrótce grunge wraz z nowojorskim hardcorem dotarły do Polski i nic już nie było takie same. Punkowy Proletaryat czy rockendrolowy Golden Life nagrywają nagle grungowe płyty. Pojawiają się Gdziecikwiaty, Incrowd i Dynamind. W Gdańsku Tomek Lipnicki świeżo po rozwodzie z Grzegorzem Skawińskim zakłada Illusion. Powiadam wam, gdyby grali w Stanach, mieliby na koncie kilkadziesiąt milionów sprzedanych płyt. Przebojem na scenę wchodzą Sweet Noise z Glacą. Kazik Staszewski goli głowę, skrzykuje młodzież i  głosi dobrą nowinę jako Kazik Na Żywo. Litza i Ślimak dzielą czas między Acid Drinkers i Flapjacka, swoisty projekt poboczny z trójmiejskim wokalistą Guzikiem. Ale i tak wszystkich przebija szczeciński Hey z polskim Cobainem, czyli Kasią Nosowską, na wokalu. Kiedy pod koniec podstawówki i przez całe liceum chodziłem na szkolne imprezy, po usłyszeniu pierwszych taktów Give It Away, Killing In The Name, Bombtrack czy No Fronts wszyscy ruszali na parkiet, żeby wskoczyć w stare, dobre pogo. Tak, brzmienie lat 90 ma niepowtarzalny sznyt. Energię, brud i szczerość. Jednak po upływie dekady od wielkiego boomu na scenie pozostali nieliczni. Nieoczekiwane zamieszanie zebrało swoje żniwo w postaciach Cobaina i Lane’a Staley’a, inni zdążyli w porę się wycofać. Na scenie pozostaje jedynie Pearl Jam, konsekwentnie obniżając loty. Na krajowym podwórku dalej gra jedynie osamotniony Hey.

Wraz z nadejściem nowego wieku w muzyce nastaje pustka. Wielka, czarna dziura. Honoru gitarowego grania bronią Jack i Meg White, ale najpopularniejszymi rockowymi bandami stają się Coldplay, Travis i Keane. Ale to nie koniec: pojawiają się Mumford and Sons, Vampire Weekend i Foster The People. Powstaje nowy gatunek: Rock Metroseksualny. Przypomina to krajobraz po bitwie. Wszystkie Martensy świata przewracają się w grobach. I kiedy wydaje się, że to już koniec, świat z powrotem upomina się o porządne melodie, analogowe, surowe brzmienie i przede wszystkim odpowiedni poziom charyzmy. Bo świat nie znosi pustki. Jako pierwsze sygnał dało Alice In Chains. W 2006 następuje oficjalna reaktywacja z nowym wokalistą, Williamem DuVallem, który brzmi zupełnie jakby do zespołu powrócił Staley. Trzy lata później wydają płytę Black Gives Way to Blue. W 2007, po rozpadzie grupy Audioslave reaktywuje się kolejny gigant poprzedniej dekady, Rage Against The Machine. Od czasu powrotu regularnie koncertuje. Chris Cornell po rozpadzie Audioslave nagrywa niezłą płytę Carry On. Niestety, nagrywa również kolejną, we współpracy z Timbalandem. Wszyscy szybko mu wybaczają, kiedy w 2010 r. ogłasza reaktywację Soundgarden. W tym samym roku zespól wydaje Telephantasm – składankę z dwoma premierowymi numerami. W zeszłym roku ukazał się album z premierowym materiałem. Nie przebija poziomu starych płyt, niemniej wśród innych propozycji z tego roku nie znajduje konkurencji. W ostatnich latach powróciły również inne kapele, które największe sukcesy odnosiły w latach 90. No Doubt wydali w zeszłym roku Push and Shove, Skunk Anansie po powrocie w 2009 zdążyli wydać dwa albumy. Do listy możemy doliczyć też niemieckie Guano Apes, choć ich powrót trzeba rozpatrywać raczej w kategoriach falstartu. W Polsce odwilż przychodzi w roku 2008 wraz decyzją o reaktywacji Kazika Na Żywo. Nowy materiał ujrzał świtało dzienne po 3 latach. Po 10 latach nieoczekiwanie odżywa Illusion i na 13 grudnia 2009 r. zapowiada koncert w Hali Ludowej. Początkowo jednorazowe wydarzenie skutkuje jednak składanką, płytą koncertową i powrotem do regularnych, przyznajmy w miarę, koncertów. Flapjack, choć nigdy oficjalne nie przerwał działalności, z powodu nieustannego podkradania przez Acidów gitarzystów (kolejno Olass i Jankiel), wydali ostatnią płytę, Keep Your Heads Down, po 15 latach przerwy.

Możemy oczywiście łatwo stwierdzić, że każdy taki powrót to najprostszy skok na kasę. Reunion concerts, pierwsza płyta od 10 lat – to idealne chwyty marketingowe. Ale każdy z bohaterów tej opowieści występuje jako headliner na wszystkich festiwalach, na których gra. To ich woli oglądać nastoletnia publiczność zamiast współczesnych, plastikowych gwiazd. Kiedy oni byli na szczycie 15-20 lat temu, ich nastoletni wówczas fani o dinozaurach z lat 60 i 70 nie chcieli nawet słyszeć.

karl

Komentarze

  1. buarz

    Echa tego co wtedy powstało w Seattle słychać do dziś. Specyficzne riffy dziś wypełniają pustkę w utworach zespołów pojawiających się w głównym nurcie zwanym pop, w wydaniu mocniejszym, gitarowym, gdy nie wiadomo jak pociągnąć jakąś solówkę, lub trzeba zaakcentować jakieś emocje. To co kiedyś było w niszy, dziś okazuje się klasyką.
    Jak się okazało, połączenie czterech instrumentów dało możliwość tworzenia bez ograniczeń. W odpowiednich rękach gitara, bas, perka i charyzmatyczny wokalista tworzą medium z niespotykaną sił przekazu. Mimo postępu technologicznego, nowościom w inżynierii dźwięku, wciąż klasyczny zestaw wychodzi obronną ręką. Nie ma nic lepszego niż kapela, która potrafi wykrzyczeć i wygrać swoje frustracje i niepokoje. Niestety niełatwo trafić w gust odbiorców, którzy już przerobili bunt emocjonalny spod znaku Pearl Jam, czy wkurw na system Rage Againt The Machines. Wciąż jednak nowe kapele mają do dyspozycji broń, której nikt im nie odbierze. Można powiedzieć, że narzędzie zostało dane, a co z nim zrobią, to już kwestia osobna.

    Odpowiedz
  2. admin Autor wpisu

    Jednak jak się okazuje, nie tak łatwo stworzyć klasyczny zestaw, który wkurw na system i porąbane dzieciństwo zamieni na dobre kawałki. Żeby dzisiejsze nastolatki mogły zobaczyć, jak się gra z jajem musieli wrócić mężczyźni, podpiąć gitary do wzmacniaczy i dać lekcje chłopcom. Następców Cobaina, Cornella i Zacka de la Rochy ciągle brak.

    Odpowiedz
  3. buarz

    Takich osobowości muzycznych jak wymienieni prze Ciebie wyżej być może rzeczywiście ie brak, ale może to wynika z tego, że po prostu w czasach ich początku wógóle dopiero przecierało się szlaki i tych, którzy tego dokonywali wynosiło się na piedestał, Ale może to tylko tak mi się wydaje…
    Ale nie pisz, że nie ma już kapel z jajem. Wystarczy spojrzeć na scenę nu metalową, stoned metalową, progresywną. Wyrastają jak grzyby po deszczu monsterzy ciężkich brzmień: Torche, Kylesa, trochę starszy Mastodon, Nowości z Ukrainy jak Stoned Jesus i wiele innych.

    Odpowiedz
    1. admin Autor wpisu

      Są, grają, ale niestety pozostają w podziemiu. A 20 lat temu kapele rockowe były mainstreamem. Nie było niczego, co brzebijało ich wtedy popularnością. Ludzie po prostu jarali się gitarowym graniem. Dziś to niestety awangarda dla koneserów …

      Odpowiedz
  4. buarz

    Jak spojrzeć na mainstream muzyczny dziś, to niestety już nie tylko rockowe kapele, ale w ogóle jakiekolwiek wartościowe zespoły pozostają poza nim

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>