Josh Klinghoffer – człowiek z muzycznym ADHD.

#JOSH

Ciężko znaleźć drugiego muzyka, który pozostając w zasadzie anonimowy spotkałby na swojej drodze tyle gwiazd, co Josh Klinghoffer. Wpływał już w swoim życiu do największych portów, więc nawet dołączenie do Red Hotów nie zrobiło na nim większego wrażenia. W ostatnich miesiącach ukazały się płyty dwóch formacji, z którymi miał przyjemność pracować. Trzecią podpisał własnym nazwiskiem.

Byłem muzycznym świrem, który mieszkał za rogiem, całe dnie po prostu grając na gitarze – mówi o sobie. Zrezygnował z formalnej edukacji mając kilkanaście lat (przypadki takie jak Klinghoffer, King Krule czy Kubica powinny dać do myślenia specjalistom od edukacji na całym świecie), by rozpocząć kształtowanie swojego unikalnego stylu. Pierwszego partnera, mistrza i przyjaciela znalazł w osobie Boba Forresta (ex – Thelonius Monster), z którym w roku 1997 zakładają formację The Bicycle Thief (swoją drogą czy powoływanie się na słynny film De Siki nie jest najwyższym stopniem intelektualnego snobizmu? Nie oparli mu się nawet Woody Allen czy Grabaż). Bob jednak wyrażał wówczas większe zainteresowanie narkotykami niż graniem i projekt nie zdołał nabrać rozmachu. Współpraca miała jednak przynieść Klinghofferowi nieoczekiwane konsekwencje. W trakcie nagrywania debiutanckiej płyty Thiefsów do studia wpadł na chwilę, aby nagrać krótkie solo John Frusciante. Obaj nadwrażliwi introwertycy z emocjonalnymi problemami przypadli sobie do gustu i zaczęli nagrywać kolejne płyty, które zdawały się doskonale oddawać ich stan ducha. Z początku większość materiału pochodziła od Frusciante i płyty były sygnowane jego nazwiskiem. W jednym tylko 2004 roku wydali pięć płyt pod szyldami Frusciante, Frusciante/Klinghoffer aż w końcu powołali do życia twór o nazwie Ataxia. Formacja, której skład dopełnił Joe Lally, basista Fugazi to chyba najkrócej istniejący zespół w historii – wszystko trwało zaledwie dwa tygodnie. Jednak o tym, jak intensywnie został on wykorzystany świadczy fakt, że nagrany wówczas materiał zapełnił dwie regularne płyty. Co ciekawe, daty ich wydania dzielą aż trzy lata. To dwa zbiory długich, monotonnych, niespecjalnie wesołych motywów gitary, basu, perkusji w którą walił Klinghoffer i opętańczego zawodzenia Frusciante z okazjonalnym dodatkiem elektroniki. Brzmi to mniej więcej tak, jakby chcieli wejść w głowę Jezusa ciągnącego swój krzyż na Golgotę.

Zdecydowanie jednym z ciekawszych epizodów była współpraca z grupą Warpaint, dziś gwiazdą indie pierwszej wielkości, która wydała niedawno drugą płytę. W 2008 roku Frusciante spotykał się z początkującą wokalistką i gitarzystką Emily Kokal, dzięki czemu Josh trafił na pierwszą sesję kalifornijskiego kwartetu. Debiutujące dziewczyny potrzebowały kogoś doświadczonego, kto przy okazji potrafi zagrać na basie, gitarze, perkusji czy klawiszach. Efektem współpracy była EPka „Exquisite Corpse”, na kilku nagraniach na Youtube możemy zobaczyć Josha wspierającego zespół za perkusją. Nie przeszkadzało mu wcale pozostawanie w cieniu, nie należy raczej do muzyków z wielkim ego, którzy rysują w głowie wielki masterplan, przez całe życie dopisując kolejne rozdziały do dzieła swojego życia. On wolał spotykać kolejnych przyjaciół, za każdym razem zaczynać od zera, nie kalkulując i nie licząc przyszłych zysków. Zdaje się, że karma doceniała jego postawę. Kilka lat wcześniej wystąpił na solowym debiucie Perry’ego Farrella a także na „Blowback” Tricky’ego, co kilka lat później niechybnie zaowocowało współpracą z Martiną Topley-Bird. Oprócz siedzenia w studiach jeździł też namiętnie w trasy z najróżniejszymi dziwakami. Jednym z pierwszych był Vincent Gallo, aktor, reżyser, malarz, okazjonalnie również muzyk grywający już w latach 70-tych, min. z Jeanem-Michelem Basquiatem. Nasz bohater wspierał też na trasie Becka, Butthole Surfers czy PJ Harvey. Zdarzały się  również kolaboracje z gwiazdami gatunkowo lżejszymi. Była więc country-popowa Gemma Hayes, poprockowa Charlotte Hatherley czy elektroniczny Neon Neon a nawet Paul Okenfold i zespół Gnarls Barkley, z którym zetknął się bliżej grając swoją pierwszą trasę z RHCP. Ta ostatnia współpraca okazała się dość istotna dla jego przyszłej kariery. Muzycy Gnarlsa weszli w skład pierwszego zespołu, którego szefem jest Klinghoffer. Dot Haker powołany do życia w 2008 roku musiał jednak szybko zejść na dalszy plan, kiedy Josh dostaje propozycję nie do odrzucenia.

Wybór wydawał się oczywisty, to w końcu najlepszy kumpel Johna, dzielił scenę z Red Hotami już w 2000 roku, grając w Bicycle Thief, w tym samym roku grywał już koncerty w składzie Flea-Frusciante-Klinghoffer. Wspierał zespół w trasie od 2007, można go było zobaczyć chociażby podczas koncertu  w Chorzowie. Na jego korzyść przemawiał też fakt, że jest rodowitym Angeleno (Red Hoci znani są ze swojego lokalnego patriotyzmu). Jednak dla większości postronnych widzów był raczej sporym zaskoczeniem. W teledysku do „Adventures of Raindance Maggie” promującego „I’m with you” widzimy fanów zachwyconych spontanicznym koncertem na dachu a’la Bitelsi. Gromadzą się wokół budynku, oblegają okoliczne dachy. Ale widzimy też całe mnóstwo osób przechodzących obojętnie. Tak też było z nową odsłoną zespołu i nową płytą. Fani nie mogący pogodzić się z odejściem Johna raczej zbojkotowali następcę. Podobnie było dwadzieścia lat temu, gdy do składu dołączył Navarro. Też nie został przyjęty zbyt ciepło, wprowadził jednak do zespołu sporo nowych brzmień, Red Hoci nagrali zdecydowanie najcięższą płytę w dorobku. Tym razem postawili na piosenkowość i taneczną rytmikę, co przypominać może trochę Bicycle Thief. Brzmi może trochę inaczej niż poprzednie kilka albumów, ale nie można odmówić jej oryginalności. I nie jest to gwałtowna zmiana stylu. W końcu Klinghoffer i Frusciante to prawie jeden organizm. Na płycie, która ma ukazać się w tym roku, ma być bardziej gitarowo. Od ostatniej płyty minęło jednak pięć lat, zespół przestał też jeździć w całoroczne trasy. A Josh nie może usiedzieć na miejscu. Powrócił więc do Dot Hakera i dwa lata temu wydali debiut. To nieco hermetyczna, ale obfitująca w ciekawe alternatywne melodie muzyka, pomiędzy Radiohead a Buckleyem, momentami niczym  supergrupa ze Seattle, Brad. A kiedy tylko nacieszył się liderowaniem, zadzwonili z Tinariwen.

W związku z niespokojną sytuacją w rodzinnym Mali postanowili po raz pierwszy nagrać płytę na emigracji, nie zmieniając jednocześnie pejzażu, który towarzyszy im na co dzień. Wybór padł na Park Narodowy Joshua Tree pośrodku kalifornijskiej pustyni. Wraz z kilkoma innymi amerykańskimi muzykami Josh dołączył do zespołu i zaczęli grać improwizowane kompozycje. Jak sam wspomina było to trochę dziwne, jedni mówili tylko po angielsku, drudzy po francusku i w zasadzie pozostawała im komunikacja przy pomocy instrumentów. Josh zagrał w dwóch utworach, otwierającym „Toumast Tincha” oraz „Timadrit in Sahara” i jak sam twierdzi wyszło to dosyć naturalnie, brzmi to po prostu jak Tinariwen. Transowe, monotonne, gitarowe granie. Kolejna z wielu twarzy jednego z bardziej niedocenianych muzyków ostatnich lat.

Zaledwie kilka miesięcy wcześniej ukazała się płyta z muzyką do filmu „Bob and the Monster”. To historia Forresta, jego walki z nałogiem i odrodzenia jako jednego z najważniejszych dziś amerykańskich doradców w sprawie narkotyków. Autorem większości utworów jest Klinghoffer, pojawiają się też pozostałe formacje, w których działał Bob. Osobiste, w większości akustyczne utwory mocno kontrastują z tym, co prezentuje w RHCP, o Ataxii nie wspominając. Niczym pogański Światowid, zamiast podążać utartą ścieżką spogląda we wszystkie strony świata. Szuka wciąż nowych inspiracji, za każdym razem zaskakuje czymś nowym. Ten muzyczny świr po prostu lubi grać na gitarze.

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>