Pablopavo i Ludziki – Polor

Pablo

Paweł Sołtys, zwany dalej Pablopavo powoli staje się weteranem polskiej kultury alternatywnej. Od kilkunastu lat nagrywa z najróżniejszymi zespołami, kolektywami i soundsystemami. Grał i śpiewał min. w zespołach Saduba, Madara, Zjednoczenie Sound System czy Sedativa. Jest współzałożycielem Vavamuffin, poza tym lista artystów z którymi nagrywał jest tak długa, że przekroczyłaby ramy tego artykułu. Prowadzi swoją audycję radiową. Warto jednak wspomnieć nie tylko o muzyce, ale również o warstwie literackiej jego twórczości. Bo bywa Pablopavo autorem opowiadań, które z większą lub mniejszą częstotliwością są publikowane przez warszawskie czasopismo literackie Lampa, krakowskie Studium czy wrocławskie Rita Baum. Pochodną tego są teksty, które pisze na kolejne płyty. Właśnie wydana czwarta z nich (na przełomie pięciu lat) każe się zastanawiać, czy Pablopavo wkroczył już do Top 10 najważniejszych artystów tego kraju.

Motywem przewodnim nie tylko najnowszej płyty, ale całej twórczości Pablopavo jest sentyment. Sentyment do miejsc i minionych czasów. Słychać go nie tylko w tekstach, ale coraz częściej również w tym, jak brzmią jego nowe nagrania. To z jednej strony hołd dla złotej ery polskiej piosenki, lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, Fogga, Osieckiej, Komedy czy Młynarskiego. Artyści nie ograniczani liczbą sprzedaży i słuchalnością na playlistach pisali i komponowali wówczas rzeczy godne ich talentu i wrażliwości, nie bali się ze swoją twórczością zbaczać choćby w rejony okołojazzowe, a mimo to były one słuchane przez masy, a cenione pozostały do dziś. Z muzyką rozrywkową ostatnich dziesięciu lat nie ma nawet co porównywać.  Z drugiej strony Paweł to umysł otwarty, poszukujący i nie zamyka się na artystów zagranicznych. Wysocki, Cash, Waits, Ledbelly piszący swoje piosenki jeszcze przed wojną, czy bardziej współcześni Joe Strummer i The Clash wywarli na niego nie mniejsze wrażenie. Podobnie jak ten ostatni po rozstaniu z zespołem mógł w końcu pozwolić sobie na granie bardziej różnorodnej, piosenkowej muzyki, tak Pablopavo stara się lekko dystansować od przypiętej mu łatki warszawskiego barda. Nie to, żeby wstydził się Warszawy. Wychowany między Stegnami, mitycznym Grochowem a Saską Kępą opisuje to, co zna i ceni najbardziej, to co mu w duszy gra. Postanowił jednak rozszerzyć trochę pole rażenia na tematy inne niż tylko warszawski folk. Tak jak kiedyś uciekał ze swojego najważniejszego zespołu Vavamuffin od szufladki raga/dancehall, tak teraz zaczęła go uwierać etykietka nowego Grzesiuka. To ucieczka do przodu, w rejony nie do końca jeszcze znane, ale jak zwykle radzi sobie świetnie.

Zaczyna się jeszcze utworem, który spokojnie mógłby trafić na poprzednie płyty. Kolejna opowieść o tragicznym bohaterze, z wielkomiejskim folkowym brzmieniem i bujającą sekcją rytmiczną. Ale już kolejny „Bulaj” łączy dancehall z funkiem i w metaforycznym portrecie opisuje nonsensy Warszawy, ale jednocześnie Polski. W „Dancingowej piosence miłosnej” do głosu dochodzą na przemian splecione niczym w argentyńskim tangu uczucie wobec ukochanej i uwielbienie dla muzycznych mistrzów. W „Patrz jak się staram” czy „Piątku” zapuszcza się w rejony penetrowane ostatnio przez Waglewskich – psychodeliczny rock lat 60-tych. Trochę Breakout, trochę The Doors. Są też elektroniczne eksperymenty przypominające najnowsze dokonania Lykke Li czy The Knife („Mikołaj”). Zainteresowani znajdą ich więcej na poprzedniej płycie z Praczasem, Głodne Kawałki. Funkujący acid jazz w „Eleganckich pesymistach” to echa muzycznych zainteresowań sprzed lat (sentyment niejedno ma imię).

Mówiąc o dołączeniu do najlepszych artystów w tym kraju, mam na myśli głównie tych pokroju Kazika, Muńka czy Grabaża. Bezcenni komentatorzy polskiej codzienności nagrali już swoje najlepsze dzieła i w naturalny sposób robi się powoli miejsce dla młodszych. Na swojego następcę oficjalnie namaścił go już zresztą Świetlicki. Liryzm, dar wciągającego opowiadania zwykłych z pozoru historii wraz z oryginalnymi melodiami, aranżami, porządnym groovem – jednym słowem brzmieniem Pablopavo chcąc nie chcąc przejmuje dziś rolę barda dla alternatywnej, nieco bardziej refleksyjnej, wymagającej części naszego kraju. W świecie coraz bardziej syntetycznej muzyki on pozwala nam wciąż delektować się analogowym, organicznym brzmieniem.

Nie umiem śpiewać jak Leadbelly, oddałbym za to oprócz ciebie wszystko – śpiewa w „Dancingowej piosence miłosnej”.  Możemy to uznać za artystyczne credo Pabopavo ale też artysty w ogóle. Niczym Robert Johnson o północy na rozstajach dróg jest w stanie oddać duszę za talent. Daleko bardziej niż pieniądze i zaszczyty liczy się dla niego obcowanie z wielką sztuką i dar mówienia językiem bliskim ideału. Którego jeszcze ze współczesnych występowaczy moglibyśmy posądzić o podobne wyrzeczenie? Zamiast oceniać i szukać dziury w całym pozostaje jedynie słuchać i delektować się relaksującą muzyką i błyskotliwymi, głębokimi tekstami. Pięć na pięć.

 

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>