Pearl Jam – Lightning Bolt

PJ

Bycie fanem Pearl Jam to nie jest łatwy kawałek chleba. Na kilku ostatnich płytach obniżyli niestety loty, studnia z pomysłami wyschła, konto w banku nieśmiertelnych riffów świeci pustkami, ktoś spuścił im powietrze z kół i jadą teraz chłopaki na czterech kapciach. Jednak za każdym razem, kiedy zespół wydaje komunikat o wejściu do studia, w armię wyznawców jeszcze raz wstępuje nowy duch. Tym razem to będzie to! Po kilku miesiącach materiał jest gotowy, pojawia się data premiery. Tygodnie, dni, godziny… Miliony ludzi wkładają płytę do odtwarzacza i niestety kolejne utwory przekonują, że kryzys wciąż trwa. Tak jak kiedyś byli wyjątkowo twórczy, dziś są zaskakująco odtwórczy. Jeśli kiedyś wymyślali na nowo gitarowe granie, dziś próbują na nowo wymyślać koło. To musi być mimo wszystko dosyć frustrujące. Mam na myśli fanów. Ale nie powinny te oczekiwania w ogóle dziwić. W końcu mówimy o zespole, który dwie dekady temu dokonał światowej rewolucji. Dwadzieścia lat temu Pearl Jam wraz z bratnimi zespołami z amerykańskiej prowincji zasiadając na Olimpie spoglądał z góry na muzyczny świat.

Powiedzieć że w latach osiemdziesiątych Seattle było kulturalną prowincją to nic nie powiedzieć. Stolica stanu Waszyngton, miasto Boeinga i Microsoftu, z klimatem który zniechęcał do odwiedzin było oddalone tysiące mil od Nowego Jorku i Los Angeles i nikt nie traktował go poważnie. Nie znaczy to jednak, że nikt nie grał tam rocka. Całe mnóstwo kapel inspirowanych nowo powstałym punkiem, metalem i każdą inną rebeliancką muzyką grywało od końca lat siedemdziesiątych w lokalnych klubach dla swoich kumpli i ich kumpli. Nikt absolutnie nie myślał w kategoriach kariery, dziewczyny i chłopaki grali przede wszystkim dla zabicia czasu, dlatego brzmienie wszystkich tych garażowych kapel istniejących najwyżej kilka miesięcy było dosyć ortodoksyjne. Chodziło o to, żeby narobić hałasu i zagrać coś swojego. Pierwszymi zespołami, które wyróżniały się na tle konkurencji, były Mudhoney, Tad i Green River. Lokalne sławy zaczęła wydawać wytwórnia Sub Pop Bruce’a Pavitta i Jonatana Ponemana, przedłużenie Subterranean Pop – fanzinu wydawanego w Seattle od 1980 roku. W ramach działań marketingowych do miasta zaproszono Everetta True, dziennikarza brytyjskiego Melody Makera. Artykuł o scenie Seattle narobił trochę szumu, co z kolei wywołało zainteresowanie ze strony fanów niezależnego grania. Coś wisiało w powietrzu, nikt jednak nie spodziewał się tego, co nastąpiło kilkanaście miesięcy później. Nevermind było bombą atomową, którą nieświadoma niczego Nirvana zrzuciła na przemysł muzyczny. Nagle oczy całego świata skierowały się w jeden punkt na mapie – Seattle. Kolejne kapele stawały się gwiazdami. Przyznajmy, zupełnie zasłużenie. Po plastikowych i dosyć nijakich latach osiemdziesiątych grunge wywrócił do góry nogami wyobrażenie o muzyce popularnej. Powstały na gruzach Green River Pearl Jam od samego początku dotrzymywał kroku Nirvanie jeśli chodzi o popularność. Debiutancki album Ten, wydany dwa tygodnie przed Nevermind mógł się poszczycić podobnymi do konkurencji liczbami sprzedaży. Wkrótce pojawiły się komentarze, jakoby Kobain i Vedder nie przepadali za sobą i prowadzili wojnę o prymat w Seattle, które pomimo wielokrotnych dementi ze strony obu panów były powtarzane aż do śmierci Kurta w 1994 roku. Wracając do Pearl Jam, ich debiut i nagrany po dwóch latach Vs był doskonałym koktajlem intensywności grania, zabójczych kompozycji, feelingu i hołdu dla starej szkoły, zmieszanego w idealnych dawkach bluesa i punka. Wszystko, co wówczas nagrywali z miejsca stawało się klasyką, liczba fanów, a w zasadzie wyznawców rosła nieustannie.

Od początku odstawali od reszty. Milczący, wycofani, z muzyką nie tak agresywną jak konkurencja. Zawsze bardziej w ich muzyce pobrzmiewała amerykańska tradycja, echa  Dylana i Springsteena. Może i Eddie wykazywał na początku kariery oznaki niepoczytalności, wdrapując się na kratownice i skacząc z kilkunastu metrów, ale nie było to nic wielkiego w porównaniu do gestów, które zakończyły kariery Nirvany i Alice In Chains.

 

 

Oni grali dalej. I zdarzało się im nagrywać świetne kawałki. Szukali, kombinowali, próbowali nowego. Takie np. Aye Davanita otwierające Vitology to próba, z której wyszli zwycięsko. Bugs zdecydowanie nie. Kilka lat po debiucie worek z hitami wciąż był jednak pełny. Jeszcze pod koniec lat 90-tych wydali świetny Yield. W 2002 roku na Riot Act można już jednak było zauważyć spadek formy. Zespół zrezygnował z brudnego, grunge’owego brzmienia, utwory przybrały prostszą, piosenkową formę. Zwalniali powoli tempo, skupiając się na balladach i tempach średnich. Coraz bardziej brakowało tego ostatniego składnika, dzięki któremu Pearl Jam stał się jednym z najważniejszych zjawisk ostatnich trzydziestu lat. Na ostatniej płycie tendencja niestety się pogłębia.

Nie ma tu nic z energii uderzającego w ziemię pioruna. Nic z tych rzeczy. Brakuje energii,  dobrych kompozycji, soczystego brzmienia. Otwierający „Getaway” to bardziej pop rock niż rasowy grunge. Stonowane brzmienie, ugrzeczniona melodia, rytmika na dwa, pozbawiona ciekawego groove’u. Bas dublujący wokal to raczej objaw desperacji niż ciekawy zabieg stylistyczny. Przy okazji „Mind your manners” już się trochę wysilili, jest ciekawy riff na otwarcie a i później sporo kombinują. W „My father’s son” próbują przywołać ducha dawnych czasów i grają coś co ma przypominać „Even flow” czy „Once”. Niestety, bez powodzenia. Podrywają się jeszcze na chwilę w „Let the records play”, gdzie do motywu z Personal Jesus Mike Mcready dogrywa swoją rozedrganą gitarę. Płytę kończą balladą country, co dla niektórych może stanowić wystarczającą recenzję.

Przysłuchując się tekstom nie ma się wątpliwości, że to stary, dobry Ed. Oskarża rodziców o złe wychowanie swoich dzieci, fałszywych proroków o mącenie w głowach zwykłych ludzi. Tylko że to wszystko znamy od lat. Pytanie więc, po co nagrywają kolejne płyty, nie mając pomysłu ani na porządne granie ani na przekaz który wnosi coś nowego do listy tematów. Jakkolwiek byśmy nie żywili sentymentu do Eda, Mike’a, Stone’a i Jeffa, nic tego nie zmieni. Niebezpiecznie zbliżają się do ligi przynudzających dziadków strawnych już tylko dla najwierniejszych fanów.

It’s better burn then fade away – miał powiedzieć Kurt Kobain. Lepiej spłonąć niż wyblaknąć. Pearl Jam wybrało inną drogę. Nie nagrywają już wybitnych płyt. W latach świetności żaden z nowych utworów nie zasłużyłby nawet na miano B-side’a. Ale jako jedyni z wielkiej czwórki grają nieprzerwanie od prawie ćwierćwiecza. W przyszłym roku w Gdyni znów będzie  można się przekonać, dlaczego dwadzieścia lat temu zasiadali na Olimpie.

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>