Manic Street Preachers – Rewind The Film

00

 

Jeden z najlepszych brytyjskich zespołów lat dziewięćdziesiątych doznał kryzysu wieku średniego. Kiedy zaczynali dwie dekady temu, wizytówką brytyjskiego grania był britpop hołdujący raczej bitelsowskim harmoniom. Tymczasem Manic Street Preachers byli wierni raczej duchowi The Clash i The Jam. Z gówniarską bezczelnością piętnowali konsumpcjonizm i otępienie telewizją w rytm czujnych, ciętych riffów. Dlatego kiedy kilka miesięcy temu zapowiadali, że pierwsza z dwóch płyt które nagrywają, będzie prawie w całości akustyczna można było mieć wątpliwości. Może ostatnie płyty nie miały już żaru z początku kariery, wciąż jednak grali porządne rockowe kawałki. Ale płyta akustyczna? Fani nie dowierzali. Typowo akustyczne granie to na szczęście tylko fragment płyty i jest jej słabszym punktem. Nie jest z pewnością Bradfield Walijskim Bobem Dylanem. To raczej Joe Strummer z Blackwood.

Jest tu cała paleta brzmień, może bez dużej ilości distortion, ale świetnych kompozycji z pewnością nie brakuje. Świetnie wypada singlowy „Show me the Wonder”. Słychać charakterystyczny dla Manic Street Preachers drive. Jak przyznaje w wywiadzie dla magazynu „Digital Spy” Nicky Wire w głównej mierze był on zainspirowany występami Elvisa w Las Vegas, które namiętnie oglądali w trakcie nagrywania płyty. Wyróżnia się też „(I Miss The) Tokyo Skyline” z subtelną elektroniką w tle, spokojnie mógłby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej „Między słowami”. Robi też wrażenie moment, gdy w tytułowym utworze po posępnym wokalu Howleya wchodzi skoczny gitarowy motyw i śpiew Jamesa Deana. Albo motyw z „Manobier” – narastający aż do stadionowego wspólnego śpiewania. Jeśli jednak miałbym stworzyć ranking najlepszych płyt, Rewind The Film nie znalazłoby się w czołówce. Ale tez siła tego albumu leży gdzie indziej. I inną miarą należy ten album oceniać.

Manics postanowili zatrzymać się i spojrzeć wstecz. Nagrali nostalgiczną, refleksyjną płytę, przepełnioną ostatecznymi pytaniami o sens życia i śmierci.

Cofnijcie jeszcze raz film,

Chcę zobaczyć swoją radość,

Cofnijcie jeszcze raz film,

Abym mógł zasnąć spokojnie          

śpiewa w utworze tytułowym Richard Hawley, jeden z gości na płycie. Dramatyczna ballada z dęciakami w tle, zaaranżowana w stylu Sinatry czy Shirley Bassey wyraża nostalgię nie tylko w warstwie tekstowej. To muzyczny hołd dla dawnych produkcji, ich maestrii, szlachetności.

Nie chcę, aby moje dzieci dorastały w taki sposób

To zbyt wyniszczające duszę

To choroba, które ze mnie drwi

To choroba, która może zniszczyć

 

Płyń z nurtem,

idź do domu

 

‘Akt stworzenia ratuje nas przed rozpaczą’

Te słowa kołaczą mi się w głowie

w otwierającym płytę „This Sullen Welsh Heart”  stwierdza James Dean Bradfield w duecie z Lucy Rose. Manics wznoszą białą flagę i ogłaszają koniec wojny, której nie da się wygrać i która kosztuje zbyt wiele. Trzeba zaakceptować świat, jaki jest i skupić się na tym, co naprawdę ważne. Nie byliby jednak sobą, gdyby nie znalazły się na płycie utwory polityczne. W zamykającym album „30-Year War” Dostaje się thatcherystom i dzisiejszym wychowankom Eaton, najważniejszym dziś brytyjskim politykom podróżującym prywatnymi odrzutowcami, nie mającym pojęcia o realnych problemach większości Brytyjczyków. Nicky Wire, autor tekstu wymienia tu wszystkie nieszczęścia, jakie przydarzyły się Wielkiej Brytanii od czasu, gdy konserwatyści objęli rządy pod koniec lat 70-tych:

Kłamstwa Hillsborough, 

Krew Oregrave,

Cała ich wizja w BBC, 

Sitwa starców znów wygrała wojnę

W innym utworze pojawia się inny z idoli zespołu, John Lennon.

Przesłanie płyty idealnie wyrażają dwa teledyski uzupełniające się niczym Yin i Yang. Oba dzieją się w tej samej, niezmienionej na przestrzeni 30 lat, tanecznej salce. W pierwszym oglądamy dzisiejszą Walię, ponurą i opuszczoną (z wielu powodów, głównym zdaniem zespołu były reformy Thatcher i chłopców z Eaton):

 

 

Mocno naruszone zębem czasu miejsca, które dawno temu tętniły życiem. Ale czasem jeszcze zapala się światło w dolinie i przy partyjce bingo można pozwolić sobie na odrobinę uśmiechu, choć do domu trzeba wrócić wcześniej niż kiedyś.

Drugi z nich to nostalgiczna podróż w czasie na wyidealizowaną sobotnią potańcówkę z lat 70-tych, w czasy, gdy ludzie żyli beztrosko bez pogoni konsumpcji i ogłupienia telewizją. Pokazuje, za czym tęsknią chłopaki, gdzie ulokowali swoje sentymenty.

 

 

Nie są w swoim spoglądaniu wstecz odosobnieni. Coraz częściej filmy wracają do lat ubiegłych, hipsterzy w swojej dekadencji odwołują się do lat 50-tych i 60-tych, w muzyce króluje retro – Winehouse, Adele, Lana Del Rey czy masowe powroty gwiazd z lat 90-tych to dowód na to, że nie czujemy się w nowym wieku zbyt dobrze. Nostalgia to  dziś dochodowa gałęź przemysłu. Z drugiej jednak strony Wojciech Gąsowski już trzydzieści lat temu pytał, gdzie się podziały tamte prywatki.

Czy to płyta wybitna? Należałoby raczej zadać pytanie czy to płyta dojrzała? Z całą pewnością, i raczej dla dojrzałego słuchacza. Takiego, który przygodę z muzyką zaczynał dwadzieścia lat temu razem z ich pierwszą płytą, dziś zadając sobie podobne pytania. Mnie nie zachwyciła za pierwszym razem, to w końcu MSP, więc poprzeczka zawieszona była wysoko. Ale po kilkukrotnym przesłuchaniu uważam, że całkiem udana. Pokazująca zespół w miejscu, w którym jest teraz. Choć po cichu liczę, że stanie się odskocznią do nagrania jeszcze jednego szczeniackiego albumu z hałaśliwymi riffami. Że pokażą jeszcze raz, w czym są najlepsi. W końcu jeśli Paul MacCartney ciągle potrafi porządnie pohałasować mając siódmy krzyżyk na karku tak jak przy okazji filmu Sound City, to Manics też mogą się jeszcze szarpnąć. Czemu państwu i sobie życzę.

karl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>