Archiwa kategorii: MEDIA

Janusz Głowacki. Antypolak w Nowym Jorku

głowa

 

Żaden sztylet nie wchodzi tak głęboko i brutalnie w ciało, jak dobrze postawiona kropka.

Janusz Głowacki

 

Niedawno zrobił nam kolejnego psikusa, jak to on. Tym razem jednak nikt się nie śmiał, bo odszedł człowiek z gatunku tych, których brakuje dziś bardziej.

Hedonista z krwi i kości, diablo inteligentny, od zawsze posługiwał się celną ripostą i ostrym piórem. Wszystkie te przymioty wykorzystywał z premedytacją, kiedy jednak spływały na niego zasłużone pochwały, lub równie często spadały gromy, głównie ze strony tych którzy zazdrościli przenikliwości oceny, lekkości frazy (powodzenia u płci przeciwnej nie wspominając), Głowacki do jednych i drugich podchodził za stoickim spokojem. Był zaprzeczeniem typowego polaka, „Mówił, jak jest”, zanim stało się to modne, nie pytał „Co z tą Polską”, od razu przechodził do odpowiedzi. Gorzko trafnej i przerażająco przytłaczającej. Robił to jednak z taką klasą, że nikomu nie przyszło do głowy się na nie go gniewać. Może z wyjątkiem paru tych, którym poderwał dziewczynę albo opisał tu i ówdzie tak, że nie było wątpliwości o kogo chodzi. Jego nie interesowała polska gorączka, niekończące się dyskusje za czy przeciw, żyć czy umierać. Bardziej interesowało go życie, najwspanialsza przygoda rozumiana pod każdą szerokością geograficzną niż wchodzenie po raz tysięczny do tej samej rzeki, czy może raczej kanału. Najlepiej było to można dostrzec w potyczkach z archetypem męczennika pamięci, ambasadorem polskiej narodowej traumy, Andrzejem Wajdą przy pracy nad scenariuszem filmu o Wałęsie. Kiedy Wajda myślał raczej i Iliadzie i Odeysei, Głowacki kombinował w stronę „Wściekłego Byka”. Reżyser widział Konrada na Mount Blanc, autor zaś spracowane ręce elektryka dobierające się do kuszącego ciała małżonki. Nie interesowały go legendy i mity, interesowało go życie.

Głowacki urodził się, by być obywatelem świata i osiągnął to pomimo panujących u nas mroków komunizmu. A być może paradoksalnie dzięki nim, żelazna kurtyna pobudzała wyobraźnię i wyostrzała zmysły, po naszej stronie chciało się po prostu bardziej. Nie miało jednak dla niego znaczenia po której stronie akurat się znajdował, bez wielkich planów na przyszłość, zawsze jednak pełen nadziei najpierw awansował z anonimowego polskiego felietonisty na jednego z najważniejszych piór młodego pokolenia, autora choćby „Rejsu” czy „Polowania na Muchy”, by za chwilę wykładać na Columbia University i zdobywać kolejne stopnie wtajemniczenia w nowojorskiej society. Pisał felietony dla New York Timesa i sztuki wystawiane w Stanach i Europie, ale na zawsze pozostał Januszem z Polski, od polskiego DNA nie udało się uciec nawet jemu.

 

karl

Media kłamią, niestety

ritapax

 

Może się zakręcić w głowie od ostatnich sukcesów polskiej muzyki. Nie dość, że dojrzała, zyskała swój głos oraz miliony odbiorców stęsknionych za polskimi przebojami, to jeszcze zupełnie zasłużenie doceniono ją za granicą. Dobrze poinformowane media nie mają wątpliwości – polska muzyka wstała z kolan. Co chwila napotykam teksty o tym, jak to żyjemy w złotej epoce polskiej piosenki, czytam relacje na żywo z terenów nowego eldorado rodzimej muzyki. Niestety o całej akcji nie powiadomiono samych artystów, którzy mieli za całą sytuację odpowiadać. Przyjrzyjmy się, co próbują sprzedawać nam fachowi redaktorzy. Czy istnieje polski szołbiznes? O tym będzie ta piosenka.

 

Jedno środowisko, nazwijmy je roboczo „Dwutygodnik” dowód boomu na polską muzykę widzi w kumulacji artystów rzeczywiście wyróżniających się oryginalnym językiem, jednak wciąż zrozumiałych dla kilku setek słuchaczy w tym kraju. Nie ustają zachwyty nad Starą Rzeką czy działalnością Kuby Ziołka w ogóle, Kwadrofonikiem i Małymi Instrumentami. Koronnym dowodem ma być urodzaj małych, niezależnych wytwórni, które nakłady liczą w dziesiątkach. Sztuk, nie tysięcy. Środowisko drugie, roboczo zwane „Onet” dowód renesansu polskiej piosenki widzi w sumach, które krążą w krwiobiegu polskiego szołbizu (a więc jednak istnieje!). Zarabiać ma grupa szturmowa złożona z wtórnych, ale za to manierycznych „wybawców”, sztuczne twory ledwo dychających mejdżersów i komercyjnych programów w tefauenie. Jest sztandarowy przykład  – Dawid Podsiadło, jest polska młodzież w osobach duetu The Dumplings, jest nasz człowiek w Europie, Donatan czy w końcu najnowszy geniusz rapu, Taco Hemingway. W dodatku koncerty czy festiwale, które wyludniają całe miasta – Opener i Męskie Granie, żeby nie sięgać daleko. Ufff, dzieje się!

 

 

Oba środowiska skrawkami muzycznej intuicji wyczuły żyłę złota, ale żadne nie wie, gdzie kopać. A prawda jak zwykle leży po środku, można wymienić całą masę artystów oryginalnych, z własnym muzycznym DNA, jednocześnie piszących piosenki, które aż proszą się o granie ich w radiu dzień i noc. Polska muzyka w sensie autorskim ma się świetnie. W sensie promocyjnym jest w podobnym miejscu, co Izrael i Dezerter w latach 80. W kulturalnym kraju radio i telewizja zacierałyby ręce obserwując rozkwit rodzimej sceny muzycznej. Słuchacze czują o wiele większy sentyment do bliskich im kulturowo lokalnych gwiazd, łatwiej nawiązać z nimi współpracę. W kulturalnym kraju redaktorzy i krytycy nie zmuszani przez nikogo starają się pomagać debiutantom, tak by nie traciła na znaczeniu kultura w której sami się wychowywali. Tymczasem polskie radia i telewizje karmią słuchaczy otłuszczonym, śmierdzącym muzycznym GMO, ślepe na świeże, rumiane i pachnące polskie piosenki.

 

Pierwszym wyrzutem sumienia polskich mediów i wszelkiej maści impresariów za państwowe pieniądze było genialne Pogodno. Jaki inny ansambl w XXI wieku miał taką łatwość w pisaniu radio-friendly przebojów? I co ? I nic, cisza w eterze. Chwilę później decydenci podobnie obeszli się z The Car Is On Fire, Muzyką Końca Lata czy Afro Kolektywem. Zamiast nich uszy gwałcili na przemian Doda, Feel i Golec uOrkiestra.

 

 

Oddając sprawiedliwość naszej koślawej popkulturze, czasem gust krytyka spotka się z gustem ludu, są takie przypadki, mają na imię Anna, Natalia i Malwina. Jeśli gdzieś dopatrywać się sukcesów polskiej muzyki w ostatnim czasie to przede wszystkim należy wspomnieć Anię Rusowicz, Natalię Przybysz i Melę Koteluk, które zostały dostrzeżone przez media, dostają nagrody, a na koncertach witają je tłumy. Chcemy jednak więcej. Co takiego by się stało, gdyby radio nagle zagrało Ritę Pax? Piszą przebój za przebojem, podbite nieco jazzem, nu soulem, o wyjątkowo wysokiej zawartości muzyki w muzyce. I wciąż mogą pochwalić się ogromną anonimowością. Nieustannie zdumiewa mnie niesłychana popularność jednej z sióstr Przybysz i zupełna nieobecność drugiej.

 

 

Lecz ludzi dobrej muzyki jest więcej, i mocno wierzę w to, że ten świa-aaa-aat usłyszy jeszcze o przesympatycznym duecie Paula i Karol czy ich bardziej alternatywnym wcieleniu – Domowych Melodiach. Następny musi być refleksyjny, równie świetny The Fuse. Majstersztykami były dwie ostatnie płyty Tymon & The Transistors. „Bigos Heart” i „Rock’n’Roll” w kulturalnym kraju nie schodziłyby z playlist radiowych przez lata, w Polsce zostają ciasne kluby w piwnicach i na poddaszach. Wśród bardziej wymagającej publiczności Pustki są już klasą samą w sobie. A kandydatów na kolejne odkrycia nie brakuje. Polskie Mano Negra czyli freaki z Kazimierza, Dziady Kazimierskie, zapomniany Hurt z całą masą numerów wprost skrojonych do grania w radiu, następcy TCIOF – Crab Invasion czy choćby trójmiejskie Kobiety. Kilka lat temu objawieniem był zespół Tres.B, wciąż nieodkryty, choć dla wielu ważny pozostaje polski Dylan, poeta Piotr Bukartyk, następcą może być młodszy kolega, Piotr Zioła. W końcu w kulturalnym kraju megagwiazdą byłby Wojtek Mazolewski z prezencją, prze wszystkim jednak ze wszystkimi przedsięwzięciami, w których macza palce. W Polsce może się zajmować muzyką co najwyżej hobbystycznie.

 

 

Renesans przeżywa też polska muzyka gitarowa. Kiedy ostatnio świetne debiuty przybywały całymi stadami, mieliśmy połowę lat 90. i gitarowe kapele sprzedawały setki tysięcy płyt. Piękne czasy… Wracając do 2016, radio zupełnie straciło sens istnienia, w telewizji zabrakło miejsca na muzykę i granie rocka przypomina trochę powrót do czasów stanu wojennego. Ale może tak właśnie trzeba? Gdzieś ten etos niezalu trzeba wykuwać. Jeśli chcecie posłuchać świeżej muzy z Polski do wyboru macie Hokei (Ziołek!), Magnificent Muttley, Wild Books, Turnip Farm, The Stubs, Fertile Hump, Little White Lies, zespół o niemądrej nazwie Eric Shoves Them In His Pockets czy panią Agyness B. Marry. Niestety nie wytrwali w wierze prekursorzy, The Black Tapes i Elvis Deluxe. Jest za to Wovoka, Shy Albatross, RUTA, Dick 4 Dick czy Mitch & Mitch którzy zostali odkryci, i to też raczej przez melomanów, nieco przypadkowo, przy okazji renesansu Wodeckiego.

 

Stosunek do kultury jest łatwym sposobem oceny społeczeństwa. Nasze mieszka w jaskiniach i posługuje się maczugami. Media mają tu sporą pracę do wykonania, ale zamiast uspokajać powinny alarmować. Jak na razie relacja mediów z odcinka sztuki przypomina Dziennik Telewizyjny i Kronikę Filmową razem wzięte.

 

Jednym słowem jest boom, nic się nie zmienia.

 

karl

Zderzenie gigantów

PRZEMYSLAW GULDA FOT. RENATA DABROWSKA / AGENCJA GAZETA

 

Trudno wyjaśnić, czemu spotykają się dopiero teraz. W oceanie (raczej kałuży, hłe hłe) polskiego szołbizu dwie owe postaci pasują do siebie, jak nie przymierzając Doda i Majdan. Jak Karnowski i Karnowski, jak Duda i Kacperek. Mówiąc w skrócie Yin I Yang. Przed państwem pierwszy grafoman polskiego rocka i pierwszy grafoman polskich mediów w wywiadzie roku. A co tam, z okazji premiery nowej płyty, przepraszam Nowego Projektu Comy Przemek Gulda i Piotrek Rogucki w rozmowie dekady.

 

Pierwszy bohater to przypadek zdumiewający. Jedną z tajemnic Strefy 11 pozostanie, czym przekonał przyszłego szefa żeby ten dał mu pracę. Egzaltacja i emfaza, jaką ocieka każdy tekst popełniony przez „redaktora” Guldę przypomina styl dwunastolatki, która walczy o kolejną piątkę u pani, pisząc o słodkich pieskach i kotkach. Co gorsza, ma Przemek swoisty gust muzyczny. Nieustanne hołdy składa artystom produkującym muzykę absolutnie nieznośną, czy to pogrobowcom shoegaze’u zawodzącym na jednym dźwięku w otoczeniu zgrzytów i sprzężeń zwrotnych, czy to elektropopu – dziewczętom piszczącym do plumkania plastikowych syntezatorów nieutulonych w tęsknocie za jakąkolwiek melodią.

 

Drugi to jego mentalny bliźniak. Kiedy jeszcze zaczynał, można było zapamiętać chociaż strzępy jego lirycznych wynurzeń. Takie frazy jak „Spadam, co się wyprawia” czy „Zbyszek Zbyszek, kolega z wojska”   swego czasu rozbrzmiewały o trzeciej nad ranem na korytarzu do drugiego akademika w Polsce. Z upływem czasu jednak stawały się zrozumiałe już tylko dla autora, ciekaw jestem czy dziś koledzy z zespołu wiedzą dokładnie, pod czym się podpisują.

 

Zderzenie Wyrwidęba z Waligórą uwolniło energię równą rozszczepieniu atomu. Kuriozalne pytania spotykają się ze zdumiewającymi odpowiedziami. Na zachętę mała próbka:

- Nowa płyta jest czymś, czego w Polsce na taką skalę nie zrobił nikt, a i na świecie nie często zdarzają się dzieła przygotowane z takim rozmachem – rozpoczyna swoje ciut przydługie pytanie G.

- Główne i najgłębsze motywy prowadzące do powstania tej płyty to hołd jaki składam literaturze pięknej i filozofii pierwszej, a głównie Platonowi (…) Chciałem te inspiracje wpleść w obraz szarej i nudnej wręcz codzienności, z którą każdy przeciętny Polak mógł by się zidentyfikować bez wahania odpowiada R. Czyż nie urocze? Mnie przekonało od razu.

No dobra, jeszcze jeden klejnocik:

- Temu projektowi wyraźnie patronuje przekonanie, że muzyka rockowa powinna mówić ważne rzeczy o miejscu i czasie, w którym powstajewyciąga rękę pytający. Wywiadowanemu nie trzeba dwa razy powtarzaćTak było zawsze, zobacz nagrodę Nobla dla Boba Dylana, chyba nie muszę tego bardziej argumentować. Grunt to ustawić się do zdjęcia w odpowiednim tle.

Daleki jestem od stwierdzenia, że ta rozmowa jest niewiele warta. Wręcz przeciwnie, w niewesołej rzeczywistości dostarczył sporo radości. Innymi słowy, dawno się tak nie uśmiałem.

 

karl 

Teatr, czyli Polska. O serialu Artyści

 

art

 

Po raz pierwszy od wielu lat oglądam serial jak Pan Bóg przykazał, z tygodnia na tydzień. Zdaje się, że ostatnim dziełem które zasłużyło sobie na taki zaszczyt był Pitbull, od tamtej pory oddawałem się słodkiemu binge watchingowi. Innymi słowy mamy do czynienia ze zjawiskiem niezwykłym.

 

Nierozłączni niczym Przybora i Wasowski, Mann i Materna czy Tom i Jerry, duet Strzępka i Demirski od lat w swoich głośnych sztukach bezwzględnie ukazywali szorstkość naszej młodej wciąż demokracji, rzucali światło na ostro sterczące naokoło krawędzie powstałe w trakcie budowy nowego państwa. Przez wielu wynoszeni na sztandary, zupełnie jednak nie znani w przestrzeni publicznej.

 

9411719-artysci-643-428

 

I oto w krainie paradoksu objawił się kolejny paradoks – idole polski lewackiej otrzymali dostęp do masowej publiczności z rąk Jacka Kurskiego. Co prawda serial zamówił jeszcze poprzednik, Janusz Daszczyński, ale choć pan Nowy Prezes otwarcie stwierdził, że serialu nie lubi, postanowił dać mu szansę, po długotrwałym nagabywaniu ze strony Moniki nawet własnoręcznie przesunął go z poniedziałku i 23.15 na piątek. Masowej publiczności emisja o 22.20 nie zapewnia, ale nic to.

 

uid_b11e451ce85b56551c7b4b8b4a53d58a1449850198664_width_700_play_0_pos_525_gs_0

 

Paweł i Monika znają polski teatr od podszewki i stąd pomysł, by w zaskakującej w naszym kraju manierze zająć się tym, na czym się znają i stworzyć serial o teatrze. Nie są jednak na tyle szaleni, żeby portretować środowisko, które oprócz psa z kulawą nogą obchodzi może 1% społeczeństwa. Szybko zdajemy sobie sprawę, że to jedynie pretekst do przedstawienia przeciętnie radosnego portretu współczesnej Polski. Głównym bohaterem jest wrażliwiec, który chciałby wokół siebie odrobiny normalności, tak by móc normalnie, zgodnie ze swoim sumieniem działać i otwarcie rozmawiać z innymi ludźmi. Niestety szybko okazuje się to niemożliwe. Ten serial to w pewnym sensie polska odpowiedź na modne za oceanem seriale o zombie i wampirach. Nieustanne napięcie, zagrożenie z każdej strony czyni go niemal thrillerem czy nawet horrorem, i nie chodzi nawet o wszechobecne duchy dawnych czasów. Te akurat wcale mnie nie dziwią, możecie wierzyć lub nie, ale sam kiedyś spotkałem ducha w starym szekspirowskim teatrze w Anglii. Przesadnie potraktowane niebieskim filtrem zdjęcia, gra aktorska i sam scenariusz ukazują Pałac Kultury i jego okolice jako najeżone minami pole bitwy, z każdego kąta czyha zagrożenie, każdy jest tu potencjalnym wrogiem.

 

artysci

 

 

Dziś hasło serial TVP można uznać za synonim tego, co najgorsze we współczesnych mediach. Idylliczna opowieść o Nibylandii na wzór Niewolnicy Izaury, którą polska publiczność wciąż zdaje się kochać. Z przyklejonymi uśmiechami tzw. aktorzy serialowi wygłaszają drewniane kwestie w zasadzie nie wiadomo po co. „Artyści” to lustro zwrócone w stronę widzów. Być może krzywe, zaśniedziałe i z dorysowanymi wąsami, mimo to zmuszające przynajmniej niektórych do zadania sobie pytania: gdzie my właściwie żyjemy? Co to za potworna kraina nad Wisłą? Nieliczni tym stanem rzeczy przejęci są od dawna. Może dzięki „Artystom” świadomych obywateli przybędzie.

 

karl

Lucy Dacus, czyli dwa oblicza telewizji

lucydacus

 

 

Lucy Dacus wystąpiła po raz pierwszy w karierze w ogólnokrajowej telewizji, w programie CBS This Morning, czyli po naszemu Dzień Dobry CBS. W sumie żadne wielkie wydarzenie, chociaż to jedno z muzycznych odkryć tego roku za oceanem, w amerykańskiej telewizji można natknąć się na każdy gatunek muzyki, również formacje alternatywne. Nabiera ów występ jednak innego sensu, kiedy spojrzymy na to, co proponują telewizje w Polsce. Trudno ująć słowami, jaką kichę walą nam za nasze piniondze w publicznej, o tandecie lejącej się z kanałów Solorza i Waltera wspominać nie ma co. Całą sprawę najłatwiej będzie przedstawić na przykładach:

 

 

 

 

i mój ulubiony przykład, Pectus śpiewa poezję Karola Wojtyły. Trudno o większe kurwy:

 

 

O podsumowanie poprosimy zespół muzyczno-wokalny Drużyna Problem:

 

 

 

karl

Stąd do wieczności 19/2015

åwieci sie filharmonia

Ale to był weekend! Przez dwa dni można było spokojnie włączyć telewizor i nie wyskakiwały ujadające oblicza Kempy, Czarneckiego, Bronka ani Janusza. Telewizja na chwilę stała się ciekawa, mądra i w ogóle jakaś taka radośniejsza. Piękny sen przerwany został w niedzielę wieczorem, kiedy na scenę wkroczył Kraśko.

 

Krasko 9

 

Tuż po 21 rozpoczęła się transmisja sprzed siedziby TVP, która zastępowała plac Świętego Piotra. Papież telewizji, Piotr Kraśko w towarzystwie księżniczki Beaty i delfina Michała dojrzał biały dym wydobywający się z PKW, po czym miastu i światu ogłosił: ja, Piotr Kraśko I mam wyniki. Proszę państwa, sensacja! Alleluja! Giacomo Battiato zatrudnił nie tego Piotra do roli Karola, który został papieżem. Nikt tak jak Kraśko nie czuł, tego co czuł ON, nie wiedział tego co ON, nie będzie przesadą, jeśli powiemy, że byli niczym bracia bliźniacy, Bolek i Lolek, Lech, Czech i Jarosław. Kiedy Największy z Polaków umierał, według słynnej anegdoty oglądał program Piotra Kraśki. Złośliwi dodają, ze mogło to być bezpośrednią przyczyną śmierci, ale wiadomo, każdy geniusz musi liczyć się z nienawiścią plebsu (którym tak na marginesie Kraśko brzydzi się bardziej niż zakupami w Lidlu).

 

Krasko 8

 

Błąd naprawiono w tym roku, w filmie „Apartament” Kraśko zza kadru ze słynnym wzruszeniem, w którym się specjalizuje, opowiada o Papieżu. Gdyby Kraśko urodził się w renesansie, Michał Anioł nie marnowałby czasu na rzeźbienie Dawida, Mona Lisa miałaby twarz wiecie-kogo, a Szekspir odwiedzałby go co tydzień, żeby skonsultować szczegóły swojego dzieła życia, jedynej powieści „Kraśko -  Żywota Świętego”.

 

Kraśko 2

 

Jego portrety wiszą w gabinetach Teda Turnera i Ruperta Murdocha, którzy od lat bezskutecznie zabiegają o jego zatrudnienie. On podjął się trudu przekazywania nam codziennych sukcesów, jakie spływają na nas podczas rządów Platformy i Peezelu. Niedługo ma się odbyć referendum o uznanie miasteczka Wilanów jako terytorium niezależnego, którego jednogłośnie cesarzem ogłoszony będzie Kraśko. Obok powstanie krulestwo Korwin Mikkego.

 

Kraśko 1

 

„I have a dream!” zakrzyknął cztery miesiące temu Kraśko i nie bacząc na budżet rozpoczął projekt życia. Centrum dowodzenia lotów kosmicznych NASA ma przejść gruntowne zmiany, tak by upodobnić się do tego zaprojektowanego osobiście przez Kraśkę przez gmachem Telewizji Polskiej, perłą światowej architektury. Powstał największy na świecie ekran, tak by cały świat mógł podziwiać szlachetną twarz Kraśki. Nic to, że goście siedzieli w płaszczach i kurtkach, wiatr zwiewał wszystko ze stołów a rozmowy zagłuszał szum nagrzewnic –wizjonerstwo Kraśki nie pozostało niezauważone. To dopiero pierwszy krok, mamy 300 mld w budżecie, jest z czego czerpać. Jeśli Cezar mógł dla zabawy palić Rzym, Stalin zaprojektować jednym pociągnięciem ołówka kolej transsyberyjską kosztem kilkuset tysięcy więźniów Gułagu, to czymże są igrzyska Kraśki, niewinna wręcz przy tamtych igraszka?

 

Krasko 7

 

Funny fact – mamą Piotrka była przez jakiś czas sama Nina Terentiew, w ogóle w przez TVP przewinęło się 54 człónków jego rodziny, więc kariera była raczej oczywista. Ale też oddajmy cesarzowi co cesarskie – taki sukces nie bierze się z niczego. On wykuwał się w trakcie ciężkiej harówy, podczas cotygodniowych relacji z Watykanu, kiedy za każdym razem musiał znaleźć inne wiekopomne słowa, by opisać wielkość Naszego Papieża Polaka, Papieża Tysiąclecia, Człowieka Który Sam Obalił Komunizm, Człowieka, Który Jadł Kremówki Chodząc Po Tej Ziemi. Za sto lat nikt nie będzie pamiętał o Koperniku, Curie Skłodowskiej czy Paderewskim. Na centralnym placu każdego miasta Układu Słonecznego będą pomniki Kraśki na białym koniu górujące nad krajobrazem. Tylko pamiętaj Piotrek – na im wyższym cokole cie postawią, tym boleśniejszy będzie upadek.

A co do samych wyborów – musieli być przegrani, byli też wygrani. Najciekawiej było oczywiście w Lubinie, Kukiz wygłaszał płomienne przemowy, które chwalił sam Kraśko, w stylu który nie tylko dla polskiej polityki musi wydawać się ożywczy. Za jego plecami grały „Złe Psy” Andrzeja Nowaka, i choćby za to zyskał moje uznanie. Więcej o tym, co oznacza to dla nas wkrótce.

 

marta

 

Tymczasem realipolitik codziennie wre niżej, znaczeni niżej, w takim powiecie zwoleńskim i gminie Przyłęk też toczy się życie. A tu dzieją się rzeczy nie mniej ciekawe. Darek Klimczak potrafi się ustawić. Zapisał sie do peezelu, więc o przyszłość martwić się nie musiał. Starsi koledzy szybko namaścili go na wicemarszałka, miał pilnować interesu. Problem był z dziesięć lat młodszą kochanką, Martą Giermasińską. Nie będzie się przecież pokazywał na mieście z byle sekretarką z ciepłowni! Po miesiącu w nowej pracy dzięki poświęceniu i ciężkiej pracy (po godzinach, często w szkodliwych warunkach) Marta została wiceprezesem Energetyki Cieplnej w Skierniewicach. I tak dwoje wice- powoli wiło sobie gniazdko, niestety sprawa się rypła i sam prezes Piechociński musiał interweniować w sprawie prowincjonalnej spółki.  A jeszcze dzień wcześniej mówił: „Konkurencyjność i innowacyjność gospodarki zależy w dużej mierze od kwalifikacji kadr, ich wiedzy i doświadczenia. Potrzebujemy dobrze wykształconych kadr”. Kurtka ze skaju i torebusia w kwiatki ze słynnego zdjęcia zdradza spore pokłady kompetencji, żeby nie powiedzieć społecznikowskiego zacięcia. Panie Januszu, proszę się nie zrażać, elektrociepłowni ci u nas dostatek.

Darków Klimczaków jest jednak więcej i mają bardziej medialne nazwiska. Dziesięć lat temu Urząd Marszałkowski w Gdańsku sprzedał państwową spółkę Neptun Film za 23,5 mln złotych. Rok później była ona jednak warta już 80 mln. Za transakcję odpowiedzialni byli działacze Platformy – marszałek Jan Kozłowski, Marek Biernacki i Bogdan Borusewicz. Transakcję przeprowadziła, pobierając odpowiednio sowitą prowizję, kancelaria prawna należąca do syna Kozłowskiego. Ostatni akt dramatu rozegrał się w zeszłym tygodniu, kiedy nowy właściciel postanowił zlikwidować trzy kameralne kina będące wizytówką Gdańska i oddać lokale amerykańskiej sieci hoteli Hilton, choć działacze Platformy przez cały czas zapewniali, że zapewnią  „realizowanie nałożonych ustawowo zadań w zakresie upowszechniania kultury”. Jak widać, do czasu.

Z dedykacją dla Najjaśniejszej Władzy z okazji 26 lat szczęśliwego pożycia- piosenka:

 

 

Nie tylko komisje wyborcze pracowały cała parą, również komisje egzaminacyjne. Młodzież durna i chmurna przystąpiła do matur i od razu zderzyła się z murem. Choć z roku na rok zadania są coraz łatwiejsze, to zderzenia są coraz mocniejsze – klasyczna funkcja liniowa. Komisje walczą o to, żeby ktoś w ogóle mógł zdać, ale dzięki smartfonom z dostępem do internetu głupota w postaci modnych tweetów wylała się szerokim strumieniem:

Żegnajcie studia. Matura, zniszczyłaś mi życie! (pisownia oryginalna)

Według nowożytnej logiki, której swoją drogą brak w programie nauczania jest aż nadto widoczny, winien jest nie ten, który się nie nauczył ale ten który układał zadania.

Ale nie jest tak źle. W zasadzie ku lepszemu idzie. Powoli, bez rozgłosu, kolos na glinianych nogach zwany Polskim Folwarkiem chyli się ku upadkowi. Jeszcze chwilę, sto, dwieście lat i będzie po wszystkim.

Sporo dobrego dzieje się ostatnio w kwestii przestrzeni publicznej, czyli potwornej brzydoty kującej w oczy na każdym kroku. Nowa ustawa krajobrazowa nie została jeszcze uchwalona, a już kolejne miasta zapowiadają usuwanie reklam. Urząd Miasta w Gdańsku zapowiedział wprowadzenie opłat od wszystkich nośników, nawet na terenach prywatnych. Domyślnie reklamy mają w ogóle zniknąć z przestrzeni publicznej, wyjątkiem pozostaną tzw. citylighty na przystankach. W Warszawie konserwator zabytków wymusił zmianę projektu sklepu Biedronki otwieranego w budynku Dworca Centralnego. Zamiast tradycyjnych krzykliwych kolorów stonowane, czarno-białe logo:

 

bied

 

Krakowscy Pogromcy Bazgrołów zajmują się zamalowywaniem spontanicznej twórczości artystów, którym natura poskąpiła talentu. Oddolny ruch społeczny organizuje pikniki sąsiedzkie, podczas których wspólnie odnawiają elewacje swoich kamienic i bloków. Postulują też za zmianą prawa w zakresie ścigania i karania sprawców miejskiego wandalizmu. Można?

 

åwieci sie filharmonia

 

Wszystkich w zeszłym tygodniu przebił jednak Szczecin. Tamtejsza Filharmonia zdobyła nagrodę Miesa van der Rohe dla najlepszego europejskiego projektu w kategorii architektury współczesnej. Śnieżnobiały budynek z miejsca stał się jednym z symboli miasta. Czekamy na kolejne kroki.

 

karl

Stąd do wieczności 17/2015

#17

 

Kraj

 

Przez cały tydzień toczyła się burza wokół śmigłowców Airbusa, słów szefa FBI w sprawie Holocaustu i zupełnie absurdalny serial pt. Nocne Wilki, wszystko to nagle straciło znaczenie wobec informacji o odejściu starszego, wciąż jednak żwawego pana.

 

Słowa oddające Jego wielkość pozwólmy wypowiadać tym, którzy na to zasługują, niech mi więc będzie dane wypowiedzieć jedynie taką oto oczywistość, że zmarły przed trzema dniami Władysław Bartoszewski był dla Polski postacią nieocenioną. Jeśli zmarły niedawno Tadeusz Konwicki był wielki swoją przemianą, tak Bartoszewski trwałością, wiernością sobie, jeszcze bardziej Prawdzie. Dlatego ani represje ze strony nazistowskich Niemiec ani sowieckiej Rosji nie były w stanie go złamać. Nigdy nie sądziłem, że będę współpracował z Niemcami, mówił w jednym z wywiadów. Kolejne majestatyczne drzewo ścięte przez czas, nasz krajobraz coraz bardziej przypomina pustynię. Odchodzą kolejni, którzy nie tyle mówili o Polsce, co byli Polską. Którzy na własnej skórze odczuwali polskie dramaty, ale też potrafili stawić im czoła w sposób najwłaściwszy. Pożegnanie dwukrotnego ministra spraw zagranicznych zbiega się to z premierą filmu o Janie Karskim, także zbliżającą się rocznicą uchwalenia  Konstytucji 3 Maja przez posłów Sejmu Czteroletniego. Wszystko to niezwykli Polacy, wiedzeni patriotycznym powołaniem stanowili, i wciąż stanowią o wielkości tego kraju. Kolejne niebosiężne drzewa upadają, czy mamy je kim zastąpić? Czy teraz już tylko chwasty? Następcą Bartoszewskiego na stanowisku ministra sprawa zagranicznych został Schetyna, miejsce Tadeusza Mazowieckiego zajęła Kopacz, a w głowie dudni pytanie: co się stało z tym krajem, tak dobrze się zapowiadał?  Karski nowego wieku, imieniem Karol, wsławił się pijackim rajdem na Cyprze podczas wycieczki za pieniądze podatników i próbą ukarania przed sądem Grzegorza Pietruczuka, który w 2008 roku wykazując oznaki zdrowego rozsądku nie zgodził się lądować prezydenckim samolotem w objętym działaniami wojennymi Tbilisi. Dariuszowi Jońskiemu Powstanie Warszawskie przeniosło się w czasie do roku 1988, a stan wojenny według rzecznika jednej z największych partii wybuchł rok później. Teraz zapytany dlaczego głosował za kuriozalnym przepisem łagodzącym kary dla pijanych kierowców z rozbrajającą szczerością przyznał, że nie miał pojęcia nad jaką ustawą głosował.

Miejsce Mazowieckiego, Nowaka-Jeziorańskiego, Kuronia czy Stelmachowskiego zajęli Kempa, Pawłowicz, Hofman i agent Tomek. Zamiast Tomaszewskiego i Ambroziaka straszą nas Borek i Kołtoń, następcami Przybory i Wasowskiego zostali rolnicy szukający żony i ekipa z Warszawy. Polska rozwija się tak, że aż trudno opisać to słowami.

 

Świat

 

Trzęsienie ziemi, którego epicentrum znalazło się 80 km na wschód od miasta Pokhara w środkowym Nepalu pochłonęło ponad trzy i pół tysiąca ofiar. Odczuwalne było nawet w Indiach, Pakistanie i Chinach, wywołało również lawinę z Mount Everestu, która pochłonęła życie 18 osób. Zaledwie tydzień temu w stolicy Nepalu, Katmandu odbywała się konferencja poświęcona ewentualnej reakcji właśnie na tego rodzaju kataklizm. Nie spodziewaliśmy się, że stanie się to tak szybko, komentowali tragedię. Do Nepalu przybywają kolejne ekipy lekarzy i ratowników z różnych stron świata, wśród nich również specjalna ekipa Straży Pożarnej z Polski. Niesamowitym wyczuciem wykazał się natomiast jeden z polskich portali, który z relacji z tej tragedii uczynił pokaz slajdów, tak by móc więcej zarobić na kolejnych kliknięciach. Jakie to uczucie zarabiać na śmierci, na tragedii całego narodu, panie Adamie?

 

Kultura

 

Polska to kraj niezwykle kulturalny, o czym wiedzą wszyscy oprócz szefa FBI. To polskie plemię wydało Reymonta, Miłosza, Szymborską, a nawet, co może niektórych dziwić, Chopina. A że kultura się sama nie pisze, sama się nie maluje, nie reżyseruje i nie wychodzi na scenę żeby śpiewać, dlatego specjalnie dla ludzi, którzy sztukę składają nam w ofierze, często samemu składając niemałą ofiarę z własnego bezpieczeństwa i własnych emerytur, wymyślono nagrody. A jak nagrody to i Gale. Tylko w zeszłym tygodniu obejrzałem dwie, z czego jedną z przyjemnością.

 

W czwartek organizatorzy Fryderyków po raz kolejny kazali nam się zastanawiać, o co im chodzi. Kogo chcieli rzucić na kolana i jaką prawdę o polskiej muzyce chcieli nam objawić. Wyszedł jak zwykle romans kompromitacji z zażenowaniem, czego nie ukrywali nawet kolejni przemawiający ze sceny, za to doskonale odnajdowali się w nim prowadzący, którzy zdaje się trafili tam dla zwykłego żartu. Skierowałbym do organizatorów pytanie jaki diabeł podkusił ich do stawiania w jednym wyścigu Natalii Przybysz i Behemotha czy ogłoszenia światu nominacji w kosmicznej kategorii alternatywa/indie/elektronika, ale boję się odpowiedzi. Podobno w tej sprawie ma być powołana specjalna sejmowa komisja. Parę wytwórni muzycznych postanowiło w świetle kamer zrobić sobie reklamę, jak jednak widać było po widowni nikt poważny nie wziął tego na serio. Przybyli siłą przyciągnięci zwycięzcy, też zresztą nie wszyscy. Po dwudziestu latach wszyscy już mniej więcej wiedzą na co stać tą imprezę, więcej nabrać się nie dadzą. Muzyka w tym kraju ma fatalne publicity, od lat pozostaje nieobecna w mediach. A szkoda, współczesna polska muzyka z całą pewnością zasługuje na bycie usłyszaną przez większą widownię niż do tej pory. Fryderyki mogłyby odegrać w tym kluczową rolę, ale jak do tej pory traci resztki szacunku, popularności dobrej polskiej muzyce ie przynosząc. I tylko po co mieszać do tego biednego Chopina? Na szczęście jest  TVP Kultura.

 

Dziesięć lat temu zadebiutowała TVP Kultura i to jeden z nielicznych promyków nadziei, że ten kraj ma przed sobą jeszcze jakąś przyszłość. Oferuje oddech od codziennej polskości specjalnie dla ludzi wrażliwych, inteligentnych i niepozbawionych poczucia smaku. Z tej okazji w sobotę odbyła się druga gala, podczas której wręczano Gwarancje Kultury a także rozmawiano o tejże kultury stanie. W części muzycznej oglądaliśmy te same twarze, które dwa dni wcześniej gościły na fryderykowej gali, co z jednej strony świadczy o niejakim lenistwie muzycznego dziennikarstwa, ale co jest doskonałą wiadomością dla Good Life. Ale to na marginesie. Przyjemność z oglądania ludzi pięknych, dobrych i mądrych przerwała brutalnie obecność prezesa Brauna, który mylił TVP Kultura z całym molochem TVP, zaś za największy jej sukces uznał obecność w niej pewnego księdza, a na końcu zapytany o zwiększenie budżetu z gracją komunistycznego aparatczyka, stojąc tyłem do prowadzących odburknął: proszę nie wymuszać! Kuriozalna była też nieustanna obecność w kadrze Edyty Herbuś w czasie poświęconym teatrowi, bądź co bądź osoby, która jest kultury absolutną antytezą. Uroczystość zakończyły występy muzyczne solo, w duetach a nawet większych grupach. Galę należy uznac więc za udaną. Sto lat, Kulturo!

 

Sport

 

Washington Wizards z Marcinem Gortatem w składzie zaskakująco łatwo awansowali do kolejnej rundy play-off.  Wygrali cztery mecze z rzędu z przeciwnikiem, z którym w trakcie sezonu zasadniczego notorycznie przegrywali. Awans przypieczętowali mocnym akcentem, pokonując Toronto Raptors 125:94. Druga część sezonu, kiedy to spadli z drugiego na piąte miejsce na wschodzie nie napawała optymizmem, ale w play-offs, który tak naprawdę weryfikuje potencjał zespołu, są jak nowo narodzeni. Randy Wittman w końcu podejmuje właściwe decyzje, weterani, zwłaszcza Paul Pierce rzucają w decydujących momentach, skutecznie grają rezerwowi, maszyna z Waszyngtonu pracuje na pełnych obrotach. W starciu z Atlanta Hawks, którzy choć wygrali konferencję są zespołem równie niedoświadczonym jak Raptors, Wizards nie stoją na przegranej pozycji. W 2009 roku Gortat jako gracz ławkowy dotarł do finału ligi, przegrywając z LA Lakers. Dziś jest jednym z liderów drużyny i to między innymi dzięki jego doświadczeniu zespół stać na wiele. Emocjonujące mecze przeciw Cavaliers są na wyciągnięcie ręki.

 

karl

Jimmy Fallon: Odyseja kulturalna.

JimmyFallon

 

 

 

Po 89. roku wszystko miało być inaczej, guma do żucia, jeansy i coca cola dla każdego. Telewizja też chciała być w amerykańskim stylu. Niektórzy do dziś próbują nam wmawiać, że u nas jest tak samo jak u nich. Otóż nie jest. Weźmy taki talk show.

Próbowała Alicja, próbował Wojtek Jagielski i Wojtek Cejrowski. Dziś próbuje podstarzały chłopiec w tefauenie, nie pomnę nazwiska. Wystarczy jednak rzut oka za wielką wodę żeby zrozumieć, że nie chcemy już wracać do domu. Tam królem talk shows jest Jimmy Fallon i pokazuje dobitnie, że poprzeczka jest zawieszona na poziomie dla nas stratosferycznym. Inaczej mówiąc, absolutnie nieosiągalnym. Nie i jeszcze długo nie. Treść, forma, osobowość gości i gospodarzy – wszystko to składa się na rozrywkę, którą zwyczajnie chce się oglądać.

 

U nas przeważnie na siedząco. Tymczasem Jimmy to człowiek tysiąca talentów, czasem wpadnie do niego Pierwsza Dama i zaprezentują ewolucję tańca, przede wszystkim jednak spełnia się na polu muzyki. Ma spory talent parodystyczny, przerabia niedające się słuchać amerykańskie przeboje pop na prawdziwe perełki, częściej jednak sięga do śpiewnika dawnych bardów Ameryki.

 

 

Kiedy udaje Neila Younga, jest po prostu Youngiem, przebrany za Springsteena jest zwyczajnie nie do rozpoznania. Chętnie sięga do Casha czy Dylana. Bawiąc, uczy, ucząc, bawi. Gdzie w Polsce znajdziemy program rozrywkowy, która przypomina Niemena, Breakoutów czy Grechutę? Tkwimy w kulturowym paleolicie, razem ze skoczkami, rolnikami i mięsnym jeżem.

 

 

The Tonight Show to nie tyle talk show, co parada skeczy, aktorskich etiud i żywiołowych występów na żywo. Nie wydaje się to niczym niezwykłym w kraju, który miał Saturday Night Live, National Lampoon czy Mad Magazine. Szczególnie ten pierwszy program to kuźnia największych talentów amerykańskiej komedii, tam też zaczynał swoją karierę Fallon. Program obchodzący właśnie swoje 40. urodziny był współtworzony przez takie postaci jak Dan Aykroyd, Chevy Chase, John Belushi, Eddie Murphy, Billy, Crystal, Robert Downey Jr., także przez całą generację piękniejszej części tego biznesu: Joan Cusack, Janeane Garofalo, Sarę Silverman, Tinę Fey,  Julię Louis-Dreyfus czy Amy Poehler. Prezentował ostry jak brzytwa humor często wzbudzając kontrowersje. Zawierał też mnóstwo występów muzycznych, traktowanych nie do końca serio. Głównie tą tradycję SNL wykorzystuje Fallon.

 

 

My też przez chwilę mieliśmy coś podobnego, najpierw Za Chwilę Dalszy Ciąg Programu – rzecz absolutnie dziś kultową, później KOC czy MdM. Duet MAnn-MAterna wskrzeszał ducha Monty Pytona – była to głównie zjadliwa satyra na coraz głupsze formaty telewizyjne, prezentowane zresztą przez stację, w której sami pracowali. Niestety nie doczekaliśmy się godnych następców, dziś rozrywka to albo usypiający talk show, albo niestrawne kabarety. Nic bardziej stymulującego intelekt polska telewizja nie jest w stanie nam dostarczyć.

 

 

 

karl

 

 

Stąd do wieczności 11/2015

#11

 

Komisja Europejska przyjrzała się Polsce. Z opublikowanego raportu wynika, że jest dobrze, ale nie najgorzej jest. Jeśli dodatkowo przyjrzymy się statystykom opublikowanym przez GUS, łatwo zauważymy, że całkiem dobrze wypadamy na tle Bułgarii i Rumunii. Gorzej, jeśli zmienić nieco azymut.

Zbliżająca się wiosna prowokuje mnie jednak do zgoła innych wniosków. Nie jest to może fala niszcząca wszystko na swojej drodze, niemniej da się zauważyć małe kroki na drodze ku normalności. Przykłady patologii władzy spotykają się z coraz mocniejszą reakcją. W ostatnich tygodniach widać to było wyraźnie.

Skazani zostali rodzice zastępczy i urzędniczki Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Pucku.

Postępowanie przeciwko słynnemu asesorowi z Łodzi, Michałowi Kubikowi  i jego kancelarii zatacza coraz szersze kręgi.

Łukasz Krawczyński, działacz PO z Piaseczna, aresztowany za przyjęcie łąpówki. Na swoim internetowym profilu przy plakacie upamiętniającym zamach na Kutcherę umieścił niedawno komentarz: perfekcyjnie zaplanowana i wykonana akcja. W rzeczy samej, panie Łukaszu. Stan umysłu wiceszefa piaseczyńskiej Platformy dopełniają relacje z gal MMA i diskopolowe teledyski.

Wcześniej CBA złożyło zawiadomienie o fałszywych oświadczeniach majątkowych Pawła Adamowicza. Ma on zresztą więcej na sumieniu, prokuratura zajmuje się też przetargiem, w którym instytucja, na czele której stoi Adamowicz wygrała intratny kontrakt, będąc jedynym oferentem.

Pod lupą prokuratury znlazał się tez Grzegorz Bierecki, senator PiS, który miał przywłaszczyć kilkadziesiąt milionów zł należących do spółdzielców ze SKOK. Cała działalność Kas związana z wypłatami z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego może kosztować Polaków 3 mld złotych.

Chełmski prokurator Andrzej B. ostał oskarżony o jazdę pod wpływem alkoholu. Miał ponad 2 promile. Sprawa jest o tyle godna uwagi, że w 2004 roku postępowanie wobec niego w podobnej sprawie nie doszło do skutku.

W Tczewie prowzadzone jest postępowanie w sprawie molstowawnia pracowników Starostwa Powiatowego. Nieoficjalnie chodzi o jednaego z naczelników.

Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że pozew zbiorowy przeciwko skarbowi państwa, ZUS i towarzystwom emerytalnym za przeniesienie pieniędzy z OFE do ZUS spełnia względy formalne i możliwe jest złożenie pozwu w tej formie.

Z dedykacją dla wszystkich tych pań i panów:

 

 

Trwa oddzielanie zboża od traw, warto też pomyśleć o programie zmian. Jak na razie projekty ustaw, pod którymi  podpisało się milion, a nawet  dwa i pół miliona obywateli Sejm konsekwentnie wyrzuca do kosza, ale taka sytuacja nie będzie trwać w nieskończoność. Największym problemem jest siła sprawcza, nowy Wałęsa, nowa Solidarność, nowe 21 postulatów. Może warto przyglądać się temu, co dzieje się w Słupsku. Pod rządami Roberta Biedronia z pracą pożegnali się już czterej szefowie miejskich spółek, a wydatki na prowadzenie urzędu zostały drastycznie uszczuplone. Jeśli wystarczy cierpliwości nowemu prezydentowi, jego współpracownikom i mieszkańcom Słupska, to po 30 latach wiatr znów powieje znad morza. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że Sejmowe ławy za pół roku zasilą te same zastępy szkodników i trutni. Jednak w roku 2019 możemy obudzić się w zupełnie innym kraju. Oby nam się.

Dziś wciąż musimy mieć się na baczności, widząc renesans aktywności profesora Balcerowicza, Jeszcze niedawno budował nowy ustrój na Ukrainie, teraz chce zmieniać nasze podatki. Po dwóch podejściach mamy postkolonialne państwo z marginalną gospodarką. Trzeci cios może okazać się śmiertelny.

Kultura

 

Dawno już nikt nie zrobił dla historii teatru i Jerzego Grotowskiego tyle, co Sigourney Weaver. Chyba znowu obejrzę sobie „Obcego”.

Choć po prawdzie to raczej niewiedza pytającej była katalizatorem, gdyby odpowiedź była twierdząca, na żadnym z portali poświęconych kulturze pokroju pompnika, kozaczka czy plotka nazwisko Grotowskiego b się nie pojawiło. Każdy by ten wstęp potraktował w sposób oczywisty, czyli zwyczajnie go pominął. Tymczasem z pozoru niewinna wpadka rozpoczęła komiczną dyskusję, w której to im ktoś mniejsze miał pojęcie, tym chętniej się wypowiadał. Nie pierwszy to już raz ignorancja jest orężem dyskusji w tym kraju, taki mamy klimat, niestety. Ale to nie jest tak, że kiedy John Keating wołał: kapitanie, mój kapitanie, tylko Ania była na wagarach. Jego głos echem odbijal sie od ścian, klasa była pusta. Jedni byli akurat na zbiórce kiboli, inni organizowali protesty rolników, grupa najliczniejsza poszła do kina na Ojca Chrzestnego. Nie chodziło wcale o geniusz Coppoli, raczej byli tam po nauki, jak radzić sobie w dorosłym życiu. Ania wybrała solarium i jak widać, opłaciło się. Scripps Networks International, grupa medialna pokazująca do tej pory, jak strzyc trawę i gotować makaron postanowiła nabrać trochę ogłady i kupiła TVN. Strategia promocji zastosowana przez Wendzikowską musiała zrobić na nich wrażenie.

 

Mówiąc serio, trudno mieć pretensje do Wendzikowskiej za jej ignorancję, tak jak trudno mieć pretensje do zespołu Weekend, że nie pisze symfonii. Jeśli ktoś od dziecka nie odczuwa głodu wiedzy, nie ma potrzeby poznawania otaczjacego go świata, a jego lekturą pozostają  plotkarskie pisemka to nie jego wina. Co innego ci, którzy wybrali ją spośród milionów, wybrali ją tak mogli wtedy najlepiej, tę dziewczynę z białymi zębami na przedzie. Wendzikowska nie miała nic wspólnego z kulturą, dziś w mediach nikt nie ma nic wspólnego z kulturą. Jest TVP Kultura, oglądana przez dwa promile społeczeństwa. Oczekiwanie od panienki, która weszła do szołbiznesu dzięki pokazywaniu swoich wdzięków do pasa w górę, że będzie wiedziała, kim był Grotowski jest niedorzeczne.

Podczas jednego z wywiadów Rusell Crowe rzucił w jej kierunku: wyglądasz tak, że nie musisz zbyt dużo mówić. Coś, co mogło uchodzić za seksistowski komentarz, dziś jest doskonałym podsumowaniem jej zawodowej pozycji, którą  dodatkowo bezbłędnie podsumował nieoceniony Wojciech Mann:

Pani Wendzikowska nie skończyła Szkoły Machulskich, coś tam jedynie liznęła, nie musi więc znać Grotowskiego. Jest osobą jedynie od ploteczek, czerwonych dywanów i ścianek. Jej zadaniem jest wiedzieć, w które drzwi wejść, jak się ustawić i jak zatrzepotać oczami.

Dlatego miałbym do Ani małą prośbę: czy przy okazji następnego wywiadu mogłaby przyznać że nie wie, kim był Kantor, następnie Munk, Has, Kapuściński, Lem czy Konwicki? A już w największej skrytości ducha marzy mi się, żeby nie wiedziała, kim byli Homosapiens, Ścianka czy Homo Twist. Byłoby fantastycznie.

 

 

Tak jak czeka nas orka na ugorze przy czyszczeniu Stajni Augiasza w niemal każdym urzędzie, tak wciąż przed nami kulturowa rewolucja, którą świat zachodni przeżył w latach 60. Dzięki filozofii Balcerowicza żyjemy w kraju kulturowych analfabetów. Zarabianie ma nas przybliżyć do Zachodu, ale jakoś nikt nie zamierza iść w ślady bajecznie bogatych Kataru czy Dubaju, gdzie dochód na głowę mieszkańca jest wprost niewyobrażalny. Dopiero kiedy zrozumiemy, że to nie dzięki pieniądzom Zachód jest godzien naśladowania, Polska zacznie przypominać zdrowy organizm.

 

Sport

 

Tu nie może być zaskoczeń, Rzeszów i Bełchatów to były w zeszłym tygodniu dwie stolice polskiego sportu. Porównywanie ich do naszych piłkarzy – jakie to banalne, ale nie można jednak od tego uciec. Który to już raz jedni okazują się chłopcami do bicia w drugiej lidze europejskiej, podczas gdy inni, ci siatkarscy gladiatorzy biją najlepszych, choć to przecież sport dżentelmenów, niemal jak tenis na Wimbledonie. Spośród 14 turniejów finałowych polskie drużyny znajdowały się w ośmiu, z czego nieprzerwanie od pięciu lat. Nigdy co prawda nie wygrały, jeśli jednak spojrzymy na rozgrywki piłkarskie, żadna drużyna w tym czasie nie rozegrała choćby meczu w fazie grupowej. Oczywiście popularność obu sportów jest nieporónywalna, również siatkówka doczekała się swojego fryzjera, i to na samym szczycie, nie umniejsza to jednak wielkiego sukcesu Skry i Resovii. Złoty medal zeszłorocznych Mistrzostw Świata wciąż wciąż rzuca swój urok.

 

karl

Stąd do wieczności 45/2014

stad

 

Kiejby się drzewiej ta historyja działa, La Fontaine albo bracia Grimm zgrabną opowieść by z niej uczynili. A może nasza Marysia Konopnicka? To będzie ballada o Adamie Hofmanie. Check it out.

Imię wielkie i sława szeroka tego męża w całej krainie zdobiły, a wszystkie prace, jakim przyszło mu stawić czoła, wykonał. A było tego niemało. Kiedy już połowicy swojej zajęcie godne załatwił, i to tak sprytnie, że nawet do pracy chodzić nie musiała, kiedy wszelkim białogłowom wszem i wobec ogłosił, jaki to miecz potężny przy sobie nosi, kiedy już trupa Tuska spławił Wisłą, w dalekie krainy wyruszyć postanowił, aby i tam jego sława dotrzeć zdołała. Swoją własną kolaską zamiarował podróż, gdy zmiarkował w ostatniej chwili, że zacniej będzie samolotem. Życie jak w Madrycie, jak to mówią. I wszystko poszłoby jak po maśle, gdyby nie rzeczona połowica. Ta po kilku kwartach okowitki rabanu narobiła, pisarczyki jeno pismo nosem zwąchały i już trąbić na lewo i prawo zaczęły, jak to dukatów nie tyle wziął co trzeba, a i na konwencie w izbie siedzieć nie chciał, choć do kartoteki imię swoje pisał. Do naczelnika sprawa wnet dotarła i od słowa do słowa Wielki Imć Hofman bez posady się ostał. Ledwo teraz w Sejmie w kąciku przycupnie. Taki to też morał z tej historii płynie: jakżeś wielki cymbał, siedź w swojej krainie.

Historyjka byłaby może weselsza, gdyby nie świadomość, że truteń Hofman i jemu podobni są utrzymywani z naszych podatków już ćwierć wieku. Ale okazuje się, że nie tylko posłowie przewalają budżet państwa, i na więcej niż tylko ośmiorniczki czy wakacje w Hiszpanii. Śledztwo przeprowadzone przez grupę dziennikarzy śledczych z USA we współpracy z brytyjskim „The Guardian”, niemieckim „Süddeutsche Zeitung” oraz irlandzkim „The Irish Times’ ujawniło masowe przypadki prania pieniędzy przez spółkiz całego śiata przy współpracy z rządem Luksemburga i słynną firmą konsultingową PriceWaterhouseCoopers. W raporcie zwanym Luxembourg Leaks znalazło się też 14 polskich przedsiębiorstw, głównie z branży bankowej. W sumie nic nowego, od dawna wiadomo że większość, jeśli nie wszyscy z listy stu najbogatszych polaków tygodnika Wprost wyprowadza podatki za granicę. Mówiąc wprost, kradnie. I tylko można się zastanowić, co możemy z tym zrobić. Odpowiedź jest, niestety oczywista.

A poza tym w kraju po staremu. Trybunał Konstytucyjny uznał we wtorek, że ściganie i karanie więzieniem za hodowlę i posiadanie marihuany na własny użytek nie narusza konstytucji. Stwiedził, że karanie jest usprawiedliwione ochroną porządku i zdrowia publicznego. Choć gdyby się trochę rozejrzał dookoła, szybko by zrozumiał że próbuje zawracać kijem Wisłę. W USA mieszkańcy dwóch kolejnych stanów, Oregonu i Alaski opowiedzieli się za legalizacją marihuany. Nie wspominając już nawet Holandii, Czechy przestały udawać głupich dwa lata temu, we wszystkich zachodnich krajach, gdzie demokracja ma trochę dłuższą tradycję niż u nas, istnieje zasada depenalizacji posiadania miękkich narkotyków. Przewodniczący Światowej Komisji ds. Narkotyków już kilka lat temu publicznie ogłosili, że wojna z narkotykami nie działa. I tylko polscy sędziowie wiedzą lepiej. Podobnie jak włodarze rzekomo PUBLICZNEJ telewizji i PUBLICZNEGO radia. Spot kampanii Obywatele Decydują, który przedstawiał powszechnie znaną prawdę na temat olewania obywateli przez rząd nie został dopuszczony do emisji. Choć wcześniej dopuszczona została naga Doda, reklamy podróbek viagry czy kampania z cyckami. A mamy podobno 25 lat wolności.

Szef Adama H., Jarosław K. wciąż na wojennej ścieżce. Nie przyjął ani haniebnej propozycji spotkania szefów klubów parlamentarnych w Kancelarii Premiera, ani nie wziął udziału w marionetkowym sprawozdaniu ministra spraw zagranicznych. Nie z Jarkiem takie numery. Potem powiedzą, że uczestniczył w nowym rozbiorze Polski. Jedyny sprawiedliwy Najjaśniejszej Rzeczypospolitej postępuje zgodnie z zasadą „My way or no way”. Good for you! Ciekawe czy bardziej ucieszyły go informacje o spadku poparcia dla PO czy zmartwił regres jego własnej partii. Według najnowszych badań maleje poparcie dla obecnych partii politycznych, rośnie dla kosmosu. Polacy w poszukiwaniu swojego politycznego reprezentanta wpatrują się w gwiazdy. Słusznie, niedługo ma pojawić się Betlejemska. Może zwiastuje dobrą nowinę?

Tymczasem na świecie też pojawiają się oferty łatwych pieniędzy dla polityków. I to nieporównywalnie większych niż te, na które połaszczyli się prawi i sprawiedliwi. Najbiedniejszy prezydent świata, Jose Mijica dostał ofertę sprzedaży swojego wiekowego Garbusa za milion dolarów. Propozycję rozważa poważnie, z tym że gotówka zamiast do jego kieszeni miałaby trafić do najbardziej potrzebujących. W Polsce takich polityków musimy sobie wychować. Polska drugim Urugwajem!

Berlin obchodził transmitowaną na cały świat rocznicę obalenia muru berlińskiego.Chociaż to Stocznia Gdańska była pierwszym krokiem do wolności a w 4. czerwcu roku pamiętnego to Polska przy pomocy Gary Coopera ze słynnego plakatu jako pierwsza wyrwała się na wolność, w powszechnej świadomości świata komunizm upadł  w Berlinie. Kolejny raz Niemcy załatwili nas bez mydła.

Niedawne zawieszenie broni na wschodniej Ukrainie jak widać nie dotyczy terytorium Rosji. Aleksiej Dewotczenko, rosyjski aktor zaangażowany w działania opozycyjne został znaleziony w swoim moskiewskim mieszkaniu „w kałuży krwi”. Według przedstawicieli rosyjskiej policji zmarł z upływu krwi po „ataku wściekłości”, w wyniku którego miał „chodząc po mieszkaniu wybijać szyby w szafach”. Słowo „sankcje” w Rosji jest rozumiane nieco inaczej.

W Londynie antykapitaliści z ruchu Anonymous przemaszerowali spod siedziby parlamentu pod pałac Buckingham, gdzie doszło do starć z policją. W manifestacji w Dzień Guya Fawkesa wzięło udział kilka tysięcy osób. Protestowano przeciwko oszczędnościom państwa i naruszaniu praw obywatelskich.

Co najmniej sto tysięcy ludzi przeszło ulicami Brukseli w demonstracji przeciwko planom oszczędnościowym nowego rządu Belgii. Protest sparaliżował na kilka godzin komunikację w centrum miasta. Demonstrację zorganizowały trzy belgijskie związki zawodowe – chadecki CSC, socjalistyczny FGTB i liberalny CGSLB. Zapoczątkowała ona kampanię protestów przeciwko centroprawicowemu gabinetowi premiera Charlesa Michela.

Nie dalej jak tydzień temu ulicami Budapesztu przeszło 10 tys. demonstrantów, a w stronę siedziby rządzącej partii poleciały kamienie – wszystko z powodu zapowiedzi wprowadzenia podatku od przesyłu danych w sieci. W Hong Kongu protesty trwają od ponad dwóch miesięcy – ponad 100 tys. ludzi zablokowało centrum miasta w ramach tzw. Rewolucji Parasolkowej.  W ciągu ostatnich pięciu lat obserwowaliśmy protesty niemal w każdym zakątku świata. Jest jeden wyjątek: Polska.

Pomimo ostentacyjnego olewania obywateli przez urzędników (powtarzania oczywistych prawd nigdy za wiele), uwłaczająco niskich pensji, żenującego poziomu edukacji, służby zdrowia i „innowacyjnej” gospodarki, pomimo tego, że Polacy po 25 latach od runięcia słynnego muru stali się tanią siłą roboczą dla zachodnich firm, u nas protesty można zobaczyć co najwyżej w telewizji. Kiedyś mówiło się że nasze cechy narodowe to warcholstwo i kłótliwość. To już nieaktualne. Dziś Polska znaczy bierność. Bierność, która z roku na rok rozzuchwala prawych i sprawiedliwych przedstawicieli ludowych ściśniętych na jednej platformie w uroczystym sojuszu. Wszyscy wokoło narzekają na rządzących od lewa do prawa i brak wyboru. Ale zgadnijcie kto będzie zasiadał w Sejmie po przyszłorocznych wyborach? Dokładnie ta sama wesoła gromadka, która kręci się na karuzeli przy Wiejskiej od ćwierć wieku. Polacy znów pójdą głosować na mniejsze zło wiążąc sobie pętlę na szyi. 25 lat wolności? Co najwyżej ponury chichot.

Sport: polska piłka energicznie odbija się od dna. Przynajmniej jeśli by wierzyć medialnej histerii z ostatnich tygodni. Po pokonaniu Niemców jesteśmy już mistrzami świata, a Legia awansując do dalszej rundy Ligi Europy wskoczyła nagle na stratosferyczny poziom nieosiągalny przez polskie kluby od lat. Oto zaledwie kilka nagłówków po czwartkowym zwycięstwie nad Metalistem.

„Zespół Henninga Berga nie pękł w defensywie!”

„Norweg stworzył monolit!”

„Duda – magic touch!”

„Rok temu legioniści przegrali 0:2 z Trabzonsporem. Dziś są zupełnie inną drużyną, mającą plan i umiejącą go konsekwentnie realizować.”

„- Chcemy zagrać w finale na Stadionie Narodowym - powtarzają piłkarze. I z każdym kolejnym meczem śmiać się z tego marzenia wypada coraz mniej.

„Kontrolują właściwie każdy mecz, wreszcie wyglądają też na pewnych siebie, świadomych własnych atutów, realizujących precyzyjny plan.”

Gdyby ktoś nie oglądał tych kilku meczy rzeczywiście mógłby pomyśleć, że idzie nowe. Szkoda, że na boisku nie wyglądało to tak pięknie. Z Niemcami wygraliśmy wcale nie dzięki wspaniałej grze. Graliśmy w zasadzie tak jak zwykle: przeciwnik atakował nas przez większość spotkania, stwarzając sobie kilkanaście dogodnych sytuacji do strzelenia gola. My wyprowadziliśmy ledwie trzy kontrataki. Był to jednak zdumiewający wieczór, podczas którego Bundeskadra przedziwnie pudłowała z najprostszych sytuacji, nam zaś wpadało prawie wszystko. Koincydencja planet występująca raz na milion lat musiała sprawić, że wszystko tego dnia stanęło na głowie i to my strzelamy Niemcom gola w końcówce. Podobnie ma się rzecz z Legią. Komplet zwycięstw i jeden stracony gol musi robić wrażenie, ale gra wciąż przypomina tradycyjny polski futbol. Spacerowe tempo, przyjęcie i podanie na poziomie dzieciaków grających pod blokiem, rozegranie akcji niemal zawsze jest dziełem przypadku, o wywieraniu presji na przeciwniku ani nasi pomocnicy ani obrońcy nie słyszeli. Strzały albo 5 metrów nad bramką albo 10 obok. Legia wygrywa, ale z zespołami które jeszcze bardziej od niej kopią się po czołach. W Lidze Mistrzów mogliby co najwyżej walczyć o uniknięcie kompromitacji.

 

Co w kulturze? Perkusista AC DC został oskarżony o zlecenie podwójnego zabójstwa, po czym następnego dnia został zwolniony z braku dowodów. A my tu się kłócimy o Polańskiego z jakąś pedofilią sprzed czterdziestu lat. Nowa płyta za miesiąc i chłopaki chwytają się wszelkich możliwych chwytów. Najpierw odsyłają do domu Malcolma z ciężką chorobą, teraz to… Oby muzyka była godna całego zamieszania. A propos chorych rockmanów – pierwszego od dłuższego czasu wywiadu udzieliła Kora i w dwóch w kilku żołnierskich zdaniach dokonała podsumowania dzisiejszej polski lepiej niż niejeden socjolog.

My jesteśmy krajem który nie ma recesji tylko dlatego, że Polacy tak dużo pracują nie dostając za to zapłaty. Jeśli robotnik będzie niezadowolony, to prędzej czy później dojdzie do gwałtów. Bo ileż ten Polak może jeszcze pracować? Skoro pracuje już 25 lat, to ile jeszcze ma pracować za darmo? Przecież się życie ludzkie kończy! Wchodzimy, i z daleka wydaje nam się: raj! Ale z bliska to chlew, bagno, ściek… Olga jak zwykle nieoceniona.

 

Piosenka tygodnia z dedykacją dla Adama H.

 

 

karl