Archiwa kategorii: SPOŁECZEŃSTWO

Siostrzeńcy Kaczora

Środowisko pokazane w „Uchu Prezesa” jest dosyć paskudne. To albo osoby niespełna władz umysłowych, albo integralne kanalie.

 

Jacek Kurski

 

Obserwuję mojego siostrzeńca. Zbliża się do przełomowej chwili w życiu, pierwszych urodzin i coraz intensywniej poznaje świat. Najczęstszym sposobem jest chwytanie za klamki i uchwyty i sprawdzanie co jest za drzwiami, co kryją wszystkie szuflady w zasięgu wzroku. Energicznie rozrzuca całą zawartość, która w mgnieniu oka ląduje na ziemi. Opieka nad takim młodym człowiekiem sprowadza się więc głównie do sprzątania, większość czasu zajmuje mozolne układanie na powrót wszystkiego na swoje miejsce.

 

Siostrzeniec doskonale przypomina w swoim zachowaniu PiS. Wszyscy obserwujemy z rosnącą irytacją, co PiS-owi uda się popsuć przez cztery lata i co po ich nieudanych rządach trzeba będzie sprzątać. Z dnia na dzień jest tego coraz więcej, rosną koszty, tracimy czas, który moglibyśmy poświęcić na modernizację Polski. Tymczasem musimy znudzeni siedzieć i przyglądać się, jak PiS wysypuje wszystko z kolejnych szuflad. Ale czy rzeczywiście powinniśmy się dziwić? Na czele demolki stoi starszy pan jak żywo przypominający bobasa. Wielki brzuszek, małe tłuste rączki, króciutkie tłuste nóżki, nalana twarzyczka i kilka krzywych ząbków w buzi. Podobnie jak małe dziecko, nic nie potrafi sam zrobić, z wyjątkiem bumelowania przez rok w bibliotece nigdy nie pracował, nie ma samochodu, na nawet prawa jazdy, konta w banku, dziewczyny ani chłopaka, przez kilkadziesiąt lat mieszkał z mamusią, a dziś, żeby nic nie zbroił musi się nim opiekować nie jedna, ale kilka osób, kilku dorodnych panów, którzy chodzą za nim krok w krok i pilnują, żeby nie wyrżnął głową w krawężnik, nic nie zepsuł ani się niczym nie oparzył.

 

Niestety kiedy duzi panowie już ułożą Jareczka do snu i przykryją go kocykiem, ten przed zaśnięciem snuje plany, co by tu jeszcze… Co gorsza, wszystkie jego nianie rano wysłuchują bajań i pilnie wypełniają jego najdziksze plany. Dorośli siedzą i się temu z coraz mniejszym spokojem przyglądają, Ale mam wrażenie, że już niedługo wyciągną z szafy pas.

 

karl

Rewolucja wewnątrz rewolucji

warpaint-theonepointeight-5

 

Suzi Quatro zobaczyła ją po raz pierwszy w Continental Hyatt House w zachodnim Hollywood. Swoją młodszą kopię, nosiła taką samą fryzurę, taką samą kurtkę, siedziała w hotelowym lobby i nie odzywała się do nikogo. To samo powtarzało w każdym hotelu na całej amerykańskiej trasie. Joan Jett zaczynała jako gorliwa psychofanka Suzie, żeby wkrótce stanąć na czele Runaways, jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej żeńskiej rockowej kapeli. Dwie filigranowe dziewczyny stały się ambasadorkami świata, w którym dziewczyny kruszą skały z większym animuszem niż chłopaki.

 

Jeśli rock buntował się przeciw autorytetom, żeński rock buntował się przeciw dokładnie temu samemu. Plus męskiemu szowinizmowi, kolesie w rockowych kapelach stawiali pod pręgierzem mieszczaństwo i pruderię ówczesnych czasów, laski musiały dodatkowo zmierzyć się ze stereotypowym postrzeganiem kobiet, toczyły dwie wojny, musiały obalać dwa mury zamiast jednego. W popkulturowym micie o rokendrolu przypadły im role drugoplanowe. Męski testosteron prężył się w światłach reflektorów, miejsce dziewczyn było pod sceną. Role zostały rozdane w drugiej połowie lat 50, kiedy rock zyskał twarz Elvisa, Chucka Berry, Eddie Cochrana, Little Richarda czy Jerry’ego Lee Lewisa. Stereotypy długo były bezwzględne na widok rokendrola w spódniczkach, podświadomość dostrzegała dysonans w fallicznych gitarach czy pałkach perkusyjnych trzymanych w rękach dziewczyn. W trakcie kilku dekad powstały tysiące żeńskich zespołów, wśród których było wiele wybitnych. Przy okazji każdego zestawienia najważniejszych zespołów czy płyt w historii muzyki kapele złożone z pań są brutalnie pomijane. Dlatego dziś drodzy czytelnicy otrzymają rodzaj istotnej erraty, zaproszenie do nieznanej krainy, w której rock and roll jest kobietą.

 

Zanim na scenie pojawiła się pierwsza rockowa kapela, która zamiast penisów dumnie prężyła piersi, dziewczyny grały jazz. Sto lat temu, jeśli ktoś miał szczęście, mógł trafić na występ The Schuster Sisters Saxophone Quartette albo The Darling Saxophone Four – jednego z żeńskich kwartetów, które do serca wzięły sobie słowa sufrażystek. Po wojnie, gdy nikt nie słyszał jeszcze o rock and rollu, Ameryka mogła się już poszczycić pierwszym gitarowym dziewczęcym zespołem z prawdziwego zdarzenia - Rhythm Ranch Gals. W składzie pojawiły się perkusja, bas, gitara akustyczna i prawdziwy telecaster. W tamie pojawiło się pierwsze pęknięcie, jednak prawdziwa fala uderzeniowa miała dopiero nadejść.

W kolejnej dekadzie zaroiło się od żeńskich zespołów, takich jak The Continental Co-ets, The Heart Beats, The Belles czy The Models. The Livebirds wyjechały z Liverpoolu do Hamburga, do słynnego Star Clubu, gdzie z miejsca stały się sporą atrakcją. Brzmi znajomo? Wypisz wymaluj historia bitelsów, z tą różnicą że dziewczyny zostały w Niemczech do końca lat 60. Był też zespół Pleasure Seekers, który przekształcił się w Quattro Sisters. Wkrótce basistka postanowiła występować na własny rachunek…

Kiedy Suzi zaczynała solową karierę, jej siostra Patti dołączyła do zespołu Fanny. Siostry Millington przybyły do stolicy Kalifornii z Filipin gdzie od najmłodszych lat grały rocka. Rozczarowane brakiem popularności grały pożegnalny koncert, kiedy zostały dostrzeżone przez wpływowego impresario, Richarda Perry. Zespół zmienił nazwę z Wlid Honey na Fanny i kariera ruszyła z kopyta. Grały ciężko, z niesamowitym groovem, jak mało kto w tamtych czasach. To był wciąż jednak zapowiedź nadchodzących zmian. Historię rocka pisały Nico, Grace Slick czy nieodżałowana Janis Joplin, Patti Smith przecierała szlaki punk rocka, ale śpiewanie to jednak jedno, z instrumentami radziły sobie gorzej. To Suzi Quattro, drobna dziewczyna w skórzanym kombinezonie wkroczyła na scenę z wielgachną gitarą basową w ręku i wszczęła prawdziwą rewolucję.

 

Joan Jett była zakochana w Suzi Quatro od pierwszego wejrzenia w TV, bycie stalkerką Suzi przestało jej jednak wystarczać i zaczęła rozglądać się za koleżankami z którymi mogłaby grać. Sekwencja zdarzeń, która doprowadziła do powstania The Runaways to gotowy scenariusz na film który zresztą wszedł do kin w 2010 roku. Produkcja nosiła zaskakujący tytuł „The Runaways”. Wszystko zaczęło się w klubie Rodney’s w Los Angeles, który w owym czasie był dość liberalny w podejściu do wieku swoich klientów. Kari Krome, lat 14 spotkała Joan, lat 15 i dziewczyny szybko znalazły wspólny język. W Rodney’s lubił się też pokazywać Kim Fowley, który od dawna planował zebranie do kupy paru dziewczyn grających rocka. Dzęki Krome, która była tekściarką poznał Joan Jett i machina ruszyła. Wkrótce Sandy West, lat 14 (nikogo nie zdziwił starszy pan otoczony wianuszkiem nastoletnich dziewczyn bez opieki rodziców) również spotkała Fowleya i napomknęła mu, że gra na perkusji. Lita Ford przyszła na przesłuchanie jako basistka, ale kiedy w przerwie chwyciła za swoją gitarę i razem z Sandy zaczęły grać „Highway Star” wystarczył jeden numer, żeby dwie fanki Deep Purple zakumplowały się na amen, a zespół zyskał nową gitarzystkę. Wkrótce dołączyły Cherrie Curie i Jackie Fuchs, a Fowley w szybkim tempie pokierował zespół na szerokie wody.

 

 

Dziewczyny szybko zyskały sporą sławę, głównie w Japonii gdzie spotykały się z objawami kultu, jednak rokendrolowe życie w trasie było ponad siły wciąż nastoletnich dziewczyn. Faceci wyzywali je, obrzucali, nie pozwalali zrobić soundchecku a to i tak nie były największe zagrożenia, jakie czekały w trasie. Basistka Runaways, Julie Fuchs została zgwałcona przez Fowleya po tym, jak podano jej sporą dawkę quaalude. Tajemnicą poliszynela był również fakt, że zespół był klubem lesbijek, Joan Jett i Cherrie Currie lubiły eksperymentować, przez co 16-letnia Lita Ford na początku była zbyt przerażona i uciekła z zespołu. The Runaways rozpadły się po zaledwie trzech latach, wkrótce pojawił się Joan Jett and The Blackhearts. 23 wytwórnie odrzuciły ich płytę, którą po koncertach sprzedawali prosto z bagażnika. To wszystko tylko nakręcało Joan Jett, która z całych sił starała się pokazać innym dziewczynom, że we wciąż patriarchalnej Ameryce mogą spełniać swoje marzenia, nawet jeśli oznacza to zdecydowane wkroczenie na męskie terytorium.

 

Joan Jett z zespołem często odwiedzały Wielką Brytanię i dziewczyny z Wysp nie chciały być gorsze. Chłopaki po prostu nie chcieli z nami grać – opowiadają członkinie Girlschool, granie w żeńskiej kapeli to był jedyny sposób żeby trafić do zespołu. Szybko wsadziły kij w oko krytykom, kiedy pojechały w trasę z Lemmym i Motörhead. Największą konkurencję robiły im Rock Godess, piękniejsza twarz NWOBHM. Z powodu wieku grającej na perkusji Julie Turner (debiutowała w zespole mając 9 lat!) zespół często miał problemy z występami. Mimo to zdarzało im się supportować Iron Maiden czy Def Leppard.

 

Podobnie jak Quatro za oceanem dziewczyny stojące na czele zespołów takie jak Siouxie Sioux i Poly Sterene były inspiracją dla jednej z najlepszych formacji pierwszej fali punku w UK. The Slits kumplowały się z The Clash, grały z nimi na trasie White Riot Tour. Spotykały się jednak z większą niechęcią niż Sex Pistols czy The Clash, w oczach Brytyjczyków w tamtych czasach bycie dziewczyną-punkiem było większym przestępstwem niż chłopakiem-punkiem. Ari Up dwukrotnie została dźgnięta nożem, gdy szła po ulicy.

Wkrótce punk przeobraził się w Nową Falę. Jednym z prominentnych przedstawicieli były The Raincoats, zespół który walnie przyczynił się do powstania puk rocka w Polsce. To pod wpływem koncertu Raincoats w Warszawie Robert Brylewski i Maciej Góralski postanowili założyć Kryzys. Lata później Kurt Cobain twierdził, że to jego ulubiona kapela, choć „ulubionych kapel” miał co najmniej kilka. Slits i Raincoat łączy postać Kate Korris, która stała na czele Mo-dettes, ska-punkowego bandu z lat 70. Te kumplowały się z Madnessami, Jane Crockford wyszła nawet za Daniela Woodgate. Inny ważny zespół tamtych czasów, The Deltones proponował eleganckie, mainstreamowe ska.

 

Wkrótce żeńskie granie rozlało się po świecie, w Szwajcarii furorę robiły dziewczyny z Kleenex/LiLiPUT, w 1979 w Düsseldorfie powstaje Östro 430, kobiecy wkład w ruch Neue Deutche Welle, w Japonii 5 6 7 8′s grały i wciąż grają surf rocka, Tarantino zaprosił je do występu w Kill Billu, gdzie grają siebie. Inny japoński ansambl, ex-Girl nie zdecydowały się na konkretną stylistykę i ich koncerty przypominają bliskie spotkania 3. stopnia. Hiszpanki z Viudas e Hijas del Roque Enroll grają mieszankę nowej fali, rock and rolla i popu, w Finlandii Mari Halonen, Katariina Haapalainen i Kristiina Haapalainen założyły Micragirls, grający psychodeliczny garage rock. Zapełniając mapę rockowej dominacji kobiet warto wspomnieć o Bitchcock, perwersyjnej trawestacji nazwisk Hitchocok z Holandii.

 

Nowa dekada mocno stępiła ostrze mainstreamowej muzyki. Dziewczyny nie były wyjątkiem, na okładkach muzycznych pisemek królowały żeńskie formacje które próbowały łączyć wodę z ogniem, pozując na buntowniczki, podczas gdy z głośników dochodził melodyjny pop. Gwiazdami były Bananarama, The Bangles, Vixen czy The Graces. Inaczej sprawa wyglądała z  The Go Go’s, obok B-52’s pionierów Nowej Fali w Stanach. Zespół zaczynał jako część punkowej sceny Los Angeles, Belinda Carlisle (wówczas znana jako Dottie Danger) była przez krótki moment wokalistką The Germs, dziewczyny często dzieliły scenę z inną legendą kalifornijskiej sceny, Fear. Najbardziej niedocenianą formacją tamtych czasów jest ESG, w ich muzyce słychać było hip hop, post-punk i elegancję Talking Heads. Kiedy na listach przebojów dominowały dziewczęce zespoły i ich cukierkowe przeboje, w zatęchłych salach prób i śmierdzących klubach podziemia kiełkowała druga fala dziewczyńskiej rewolucji.

 

 

Hardcore punk, Sonic Youth i Pixies, wreszcie grunge sprawiły, że niezależna scena USA przeżywała w latach 80. złote lata. Jednak nawet w lewicowym, domagającym się podmiotowego traktowania człowieka środowisku kobiety były spychane na bok, nikt nie traktował poważnie ich obecności na scenie. Paradoksalnie dzięki temu powstawało coraz więcej charyzmatycznych i oryginalnych dziewczyńskich zespołów w rodzaju kalifornijskiego L7 (nazwa oznaczała sztywniaka, nudziarza), noisowo-punkowego Babes in Toyland z Minneapolis, dziewczyn ubranych w lalkowe stroje kontrastujące co nieco z przekazem czy nowojorskiego Lunachicks. W 1990 roku dołączyły dziewczyny z 7 Year Bitch, kapela z Seattle, gdzie wówczas już mocno wrzało, wciąż jednak w męskim składzie. Nikki and the Corvettes  i The Pandoras doskonale symbolizują ewolucję lat 80. Corvettes tkwiły jedną nogą w latach 70. grając coś w rodzaju pop punku, tymczasem grające w tym samym czasie Pandoras prezentowały muzykę opartą na garage rocku lat 60., granym jednak z przesterowanym brzmieniem i wściekłością hardkoru. Ciekawie działo się też w Bostonie. W 1983 Kristin Hersh i Tanya Donelly zakładają Throwing Muses. Podczas trasy z Pixies Donelly kumpluje się z Kim Deal, która niezadowolona z pośledniej roli w zespole zamierza założyć własny ansambl. Kim wciąga do zespołu swoją bliźniaczkę Kelley, wówczas programistkę komputerową z którą kilka lat wcześniej założyła dla zabawy kapelę o nazwie Breeders (w gejowskim slangu heteroseksualiści – Rozpłodnicy). Odkurzyły dawną nazwę, uzupełniły skład o Carrie Bradley i wkrótce na trasę zaprasza je Nirvana. Całe te podziemne, w dużej mierze hobbystyczne granie w latach 80. było czerwonym dywanem rozłożonym przed nowym, już zinstytucjonalizowanym ruchem dziewczyn z gitarami – Riot grrrl. Panie z Girlchool powtarzały, że płeć nie ma dla niech znaczenia, grają w zespole, w którym tak się składa, są same dziewczyny. Dla Riot grrrl płeć miała znaczenie pierwszorzędne. Kobieta miała dzięki ich staraniom przestać być niewolnikiem świata. Dziewczyny walczyły na scenie o prawa dziewczyn.

 

Ruch łączył działalność muzyczną i polityczną, był w prostej linii efektem obywatelskiej aktywności tamtych czasów. Skumulował w jeden potężny ruch lokalne grupki aktywistów, tworząc pomost pomiędzy wschodnim i zachodnim wybrzeżem, ściślej mówiąc między Waszyngtonem i Olimpią. Wokół riot grrrl szybko wytworzyła się scena muzyczna. Wyróżniały się wśród niej zdecydowanie dwa zespoły – Bikini Kill i Bratmobile.

 

Kathleen Hanna miotała się wraz z rodzicami między wschodnim a zachodnim wybrzeżem, trafiając w końcu do college’u w Olimpii w stanie Waszyngton. Tam grała najpierw w Amy Carter (na cześć córki prezydenta), następnie w Viva Knivel który to zespól służył głównie jako atrakcja w czasie wystaw w jej własnej galerii Reko Muse. Hanna podejmowała się różnych zajęć podczas studiów, rozbierała się w klubie ze striptizem, gdzie szybko poznała męską opinię na swój temat. Występowała jako spoken word artist - wygłaszała przemówienia na spotkaniach organizacji feministycznych. Pod wpływem fanzinu Jigsaw (podtytuł angry grrrl zine) przyłączyła się do redagujących go Kathi Wilcox i Tobi Vail. Skutkiem ubocznym znajomości była punkowa kapela, Bikni Kill. Pierwszego singla wyprodukowała im sama Joan Jett, po czym przyłączyła się do procesu twórczego przy pisaniu materiału na pierwszy album, „Pussy Whipped”.

 

Kathleen Hanna opowiada o życiu w trasie i zabawach z Kurtem Cobainem:

 

Bikini Kill przestało istnieć po 6 latach, w 1998 roku Hanna rozpoczęła nowy etap działalności w ramach electroclashowego Le Tigre. W 2010 roku powróciła do punk rocka w ramach The Julie Ruin. Od 20 lat pozostaje w szczęśliwym związku z panem Adamem Horovitzem, czyli Ad Rockiem z Beastie Boys.

 

Początki Bratmobile sięgają Olimpii, jednak właściwy skład uformował się podczas kilkutygodniowego pobytu w Waszyngtonie podczas prac nad fanzinem riot grrrl, gdzie Allison Wolfe i Molly Neuman poznały gitarzystkę Erin Smith. Kiedy jeden ze znajomych doradził im, że powinny brzmieć jak The Ramones, wiedziały że należy zrobić wszystko, żeby brzmieć zupełnie inaczej. Postpunkowe granie zmieszane z surf rockiem i garage rockiem dało im najbardziej oryginalne brzmienie na scenie riot grrrl. W połowie lat 90. scena liczyła kilkadziesiąt zespołów, warto wspomnieć też choćby Heavens to Betsy, Excuse 17, Huggy Bear, Skinned Teen czy Emily’s Sassy Lime.

 

Finalnym ogniwem ewolucji Olimpijskiej sceny jest Sleater-Kinney. Dziewczyny przyszły niejako na gotowe, ugruntowana pozycja żeńskiej sceny niezależnej była podparta dodatkowo doświadczeniem wyniesionym z poprzednich formacji. Zespół założyły Corin Tucker, ex-Heavens To Betsy, Carrie Brownstein, ex-Excuse 17 i i Janet Weiss, wcześniej w składzie Quasi. Ta supergrupa prezentowała najdojrzalszą w całym ruchu riot grrrl muzykę i pozostaje jedyną istotną formacją grającą do dziś.

 

Jednocześnie działały formacje, które mówiły o tych samych problemach i na swój sposób walczyły o obecność kobiet na scenie współczesnego rock and rolla, nie utożsamiając się bezpośrednio z ruchem. Red Aunts z Long Beach powstały jako muzyczna emanacja zina Real Life in a Big City. W Toronto Fifth Column przy pomocy post punka walczyły o prawa środowisk gejowskich w Toronto. Grzechem byłoby nie wspomnieć choćby The Gits, Hole, Dickless czy Veruca Salt.

Obfitość świetnych kapel w latach 90., szczytowym momencie żeńskiego grania i muzyki w ogóle sprawiła, że niektóre pozostają dziś nieznane. Cake Like na przykład robiły świetną robotę, przez co zostały zauważone najpierw przez Johna Zorna, który szybko włączył je do swojej wytwórni, żeby szybko zostać przejęte przez Neila Younga. Zespół powstał na bazie znajomości wyniesionych ze szkoły teatralnej co słuchać w manierze wokalnej. Ale mimo to świetna kapela. Albo zupełnie nieznany u nas Luscious Jackson. Na perkusji miał Kate Schellenbach która dekadę wcześniej szlajała się po mieście z chłopakami z Bestie Boys, grała nawet na perkusji w pierwszym wcieleniu zespołu. Dziewcyna była naocznym światkiem historii rocka, Ramones, Talking Heads i Blondie ciągle grały na jej dzielnicy. Z początku miał to być cover band ESG z dawnymi kumpelami, Jill Cunliff i Gabby Glasser. Demo trafiło do Mike’a D i Beastie Boys pojawia się po raz drugi. Jeździły w trasę z chłopakami, Adam Horovitz pomagał im przy pisaniu materiału na ostatnią płytę. Grały niezwykle eklektyczną muzykę, kolaż wszystkiego, co można było usłyszeć w Nowym Jorku lat 90, duszność hardcore’u, hiphopowy beat i wokale w stylu Sheryl Crow. Ich styl porównywano do przełączania radia w latach 70. co niezwykle je śmieszyło.

Na koniec jeszcze wspomnienie jednej z najważniejszych formacji lat 90., czyli Elastiki. Bębniarzem był Justin Welsh, co nie zmieniało faktu że kapela była rządzona przez dziewczyny. Na czela stała Justine Freishmann, córka emigrantów z Rosji i Węgier, Żydów którzy ocaleli z Holocaustu. Stała się uosobieniem britpop girl, najpierw pojawiając się u boku Bretta Andersona, potem Damona Albarna. Dziewczyna rockmana, tyle wówczas dla mediów znaczyła liderka jednej z najlepszych kapel britpopu.

 

Druga fala żeńskich kapel rockowych sprawiła, że dziewczyny z gitarami nie musiały już z taką energią rozpychać się na scenie i bronić przed niedorzecznymi zarzutami, zamiast tego mogły skupić się na samej muzyce. Dziewczyńskie zespoły solidaryzowały się pod hasłem girl power, ale miały też własne sprawy do załatwienia, czasem z różnych parafii. Barlow Girls na przykład przy pomocy gitar chcą ewangelizować, zachowują wstrzemięźliwość seksualną, stronią od alkoholu i używek, nie chodżą nawet na randki, za to aktywnie walczą z aborcją. Natomiast artystyczna twórczość Rockbitch podąża w nieco innym kierunku, ale na pewno nie rozczarowuje tych, których przyciągnęła nazwa. Występy nago, zarówno w teledyskach jak i na scenie szły dalej i zdarzało się, że na scenie uprawiały seks z wciągniętymi z widowni fanami. Również pociągała je religia, tyle że wybór padł na pogaństwo, które bardzo mocno promowały. Zupełnie niewinnie wypadają przy nich The Ladybirds. Amerykanki w latach 60. zaczynały od występów klubach topless, jedynie udając grę na instrumentach, szybko jednak nauczyły się grać i ruszyły w trasę. Co ciekawe, w Danii istniała druga grupa, która lubiła chwalić się pięknymi kształtami podczas koncertów. Nazywały się … The Ladybirds.

Nie trzeba też wcale grać punka żeby zajmować stanowisko w kwestiach politycznych, artystki country, Dixie Chicks przez cały czas kadencji George’a Busha wygłaszały antyprezydenckie przemówienia w czasie koncertów. Folkowy duet Indigo Girls też nie zamierzał wdzięczyć się do odbiorcy, opowiadał historie które można było usłyszeć w pubie po kilku głębszych. Jeśli muzyka nie była wystarczająco ekstremalna, The Devotchkas wzbudzały sensację samym wyglądem, przygotowanie różowych czubów zajmowało więcej czasu niż próba dźwięku przed koncertem.

 

devotch

 

Nervosa z Brazylii agresją nie ustępuje Sepulturze z najlepszych lat, podobnie Broadzilla z Detroit, kolebki garażowego łojenia. Greckie boginie metalu z Astarte czy Black Widows z Portugalii eksplorują goth metal w 100% żeńskiej obsadzie. Australijski Skulker łączy brzmienie punkowe i metalowe. Kanadyjska KIttie podobnie jak szwedzka Drain S.T.H. reprezentują nu metal, exist†trace czy Aldious pozwala zrozumieć, jak metal rozumie Japonia.

 

Dziewczyny nie udowadniają już że potrafią obsługiwać gitary i perkusje, ale że w muzyce chcą i potrafią odkrywać nowe lądy. Grają, bo granie w dziewczyńskiej kapeli jest po prostu cool. Erase Errata działa w obrębie estetyk new vawe, noise’u i eksperymentu w rodzaju Captain Beefharta czy Zappy. Kay Odyssey łączy indie rocka z psychodelią Woodstocku. Francuzki z Plasticines zaadoptowały rocka w stylu Chanel no 5, a ich hasłem jest Baguette, champagne et rock nad roll! Rosyjska IWA NOWA łączy rock z rosyjskim folkiem, The Trashwomen zafascynowane garażowym bandem z lat 60. The Trashmen zaczynały od grania ich coverów. W pewnym momencie przestało im to wystarczać i sięgnęły po własny repertuar. Młodzieżowy kwartet z Hastings, Maid of Ace gra potężniej niż indierockowi rurkowcy, Stonefield, pomimo aparycji harcerek potrafią oczarować feelingiem. Bleached przechodząc od mrocznego garage rocka do popu w stylu Beach Boys nie tracą zupełnie własnego stylu, ale to przede wszystkim świetne kompozytorki z wielkim wyczuciem tego, co najlepsze w niezależnej muzyce ostatnich trzech dekad. Na wokalu w Habibi udziela się amerykanka o irańskich korzeniach Rahill Jamalifard, więc w naturalny sposób łączy garage rock z wpływami z Bliskiego Wschodu. Żeńskie formacje zazwyczaj nie pozują na gwiazdy, podkreślając kluczowe znaczenie muzyki w swojej działalności i kolektywne podejście, Grass Widow, czyli słomiana wdowa z San Francisco łącząca lo-fi z post punkiem graj w trio i dzieli się obowiązkami wokalnymi, wszystkie kompozycje opisuje jako efekt wspólnej pracy w sali prób.

 

Normalizacja postępuje, dziewczyny coraz rzadziej muszą usprawiedliwiać swoje miejsce wśród rockowej arystokracji. Julia Cumming z Sunflower Bean: bycie kobietą w świecie muzyki niesie dodatkowe obowiązki, czy tego chcesz czy nie. Zawsze staram się być najlepszym muzykiem jak to tylko możliwe, tak żeby nikt nie mógł mi niczego zarzucić. Cumming i tak jest szczęściarą. W pewnych rejonach świata granie punk rocka wiąże się z większymi problemami, niż krzywe spojrzenia i kąśliwe uwagi. Dziewczyny z  Pussy Riot za publiczną krytykę polityki Putina trafiły do koloni karnej o zaostrzonym rygorze. To czym dziś w Stanach zajmuje się Nadieżda Tołokonnikowa pomińmy natomiast milczeniem.

 

Kobiecy rock z uciśnionej mniejszości stał się atrakcją więcej niż jednego sezonu, co nie pozostało niezauważone przez wiele dziewczyn szukających sposobu na zdobycie popularności. Haim, Dum Dum Girls, Vivian Girls albo The Like to grupy czysto komercyjne, nie mając muzycznie wiele do powiedzenia wykorzystują modę na gitarowe granie, przede wszystkim jednak własny niekwestionowany seksapil. Jeśli jednak zaliczający się do tej kategorii Black Belles to zwykła artystyczna kreacja mająca zadowolić ego stojącego za nią Jack White’a, to już projekt innego giganta amerykańskiego niezalu Omara Rodrigueza-Lopeza, The Butcherettes, to rasowa rock and rollowa lokomotywa.  Sceniczny image dziewczyn w zakrwawionych rzeźnickich fartuchach kręci się głownie wokół seksu, fakt, nie jest jednak głównym powodem wychodzenia dziewczyn na scenę. Prawdziwą gwiazdą w kategorii sex, drugs and rock n roll jest Thunderpussy, wraz ze wspomagającymi tancerkami wykonuje na scenie prawdziwy erotyczny show, doskonale współgrający z muzyką budzącą proste skojarzenia z Led Zeppelin. Niemniej elektryzujący jest duet Deap Vally, który po obejrzeniu zmysłowych teledysków nie rozczarowuje pod tym względem na żywo. The Donnas to Runaways XXI wieku, ten sam drive i ta sama skoczna melodyka, Allison Robertson dzierży białego Gibsona Melody Makera, a na basie mamy pannę Ford. W Szwecji ponad ćwierć wieku temu karierę rozpoczął zespół o niezbyt szwedzko brzmiącej nazwie Sahara Hotnights, inne współczesne wcielenie Runaways, nie mniej dobre. Riot grrrl lata 90 doskonale przypominają The Coathangers, nawet przy pomocy nazwy, podczas punkowych, grunge’owych i harcore’owych koncertów dziewczyny zazwyczaj stały z tyłu, trzymając w rękach kurtki chłopaków. Nazywano je wieszakami – coathangers. Podobnie Tacoat, meandrujące pomiędzy pop punkiem, garage i surf rockiem potrafią narobić sporo porządnego hałasu w stylu Bratmobile. Wszystkie powyższe zespoły nie są może Chrystusami rocka, trudno mówić o nich w kategorii kamieni milowych gitarowego grania. Są natomiast żywym dowodem na to, że ciężką robota jaką wykonały Quatro, Jett i Hanna nie poszła na marne, dziewczyna z gitarą to dziś na szczęście nie to samo co kobieta z brodą, grają prze wielotysięcznymi widowniami na największych festiwalach i nikt nie zadaje głupich pytań. Job done. Można oczywiście narzekać że to zwykłe sprzedawanie się za kasę. W rzeczywistości to całkiem sprytne odwrócenie ról. Skoro do niedawna półnagie dziewczyny wiły się niedwuznacznie w teledyskach ZZ Top, Aerosmith, Motley Crue czy Gun ‚N’ Roses w charakterze męskich zabawek a do niedawna seks był do cna cynicznie wykorzystywany przy promowaniu gwiazdek pop, to dziś dziewczyny same zawiadują swoim losem, a przy okazji seks trafił tam, gdzie od zawsze pasował najlepiej, do starego dobrego rock and rolla.

 

Swoje otrzymała widownia, ale żeńskie granie w ostatnich latach musiało też zachwycić wybredne podniebienia krytyków. Kilka zespołów pokazało, że dziewczyny na rockowych arenach to nie tylko potrzeba barwnej różnorodności i zachwycającego show, ale też broniący się czysty talent.

 

Kiedy Sleater-Kinney na kilka lat zawiesiły działalność Brownstein i Weiss nie zamierzały zalegać na kanapie przed telewizorem. Skleciły na boku mały projekt, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Debiutancki, i jak się okazało jedyny album WILD FLAG to jedna z najlepszych gitarowych płyt tej dekady. Soczyste riffy napędzają kolejne utwory, które przywołują wszystko, co najlepsze w połowie lat 90., jednocześnie grzeszą bezczelnie chwytliwymi refrenami. Rodzima formacja szybko upomniała się o swoje i zespól zakończył działalność. Może kiedyś nastąpi jakiś niespodziewany reunion... Kanadyjska Magneta Lane na scenie występuje już niemal 15 lat. W trzyosobowym składzie potrafią zagrać prawdziwą ścianę dźwięku, ich melodyjny post-punk z nieznanych powodów do tej pory nie przebił się do szerszej publiczności. Jeszcze lepiej wyglądają ich młodsze koleżanki z Ex Hex, które w najprostszych słowach można określić jako hybrydę Sleater-KInney i Go Go’s.

Dwie pozostałe formacje zdołały osiągnąć taką pozycję, że nikomu nie przychodzi do głowy umieszczać je w przegródce: laski z gitarami. Warpaint na początku dostało mocne wsparcie ze strony Red Hot Chili Peppers, Frusciante zajął się produkcją, Klinghoffer zagrał na perkusji i gitarze w paru numerach, ale to autorska propozycja dziewczyn. Kalifornijska melancholia tonąca w ocenie efektów i pogłosów to jedna z najciekawszych formacji XXI wieku. A po piętach depczą im już Savages. Wydana w ubiegłym roku druga płyta umocniła tylko ich pozycję. „Nowe wcielenie Joy Divison” wcale nie powinno być traktowane jako obelga.

Zjawisko ominęło w dużej mierze Polskę. Chlubne wyjątki to Andy z uroczą Anią Dziewit-Meller na froncie, jeśli mówimy o mainstreamie i dwie absolutnie undergroundowe formacje, Pussy Terror i The Wilettes. Obie czekają na debiut płytowy.

W 2015 odszedł Lemmy i wielu odtrąbiło śmierć rock and rolla, co bardziej rozsądni wiedzą że to nieprawda, są z nami jeszcze Keith Richards i Iggy Pop. Te trzy postaci uosabiają etos rockowego zabijaki, który wchodząc na scenę i tryskając charyzmą zamienia się w Boga. Czy aby na pewno? Tak się składa, że jest też kilka pań, które przerażają i wzbudzają podziw jednocześnie nie gorzej niż Wielka Trójka. Pierwszym diabłem wcielonym w zgrabne kobiece ciało była Wendy O. Williams. Z wielkim blond irokezem na głowie i ledwo dostrzegalnym bikini przy użyciu piły mechanicznej przecinała gitary na pół, wysadzała w powietrze samochody i bawiła się swoim ciałem, za co nie raz trafiała do aresztu. Jeśli słynny rockowy skandalista GG Alin miał jakąkolwiek konkurencję, to z pewnością w osobie Wendy. Jej działalność to nie był tylko sceniczny wygłup, nagrywała z Lemmym i KISS, występowała przed Ramones. Trzecia próba samobójcza w 1998 roku okazała się udana.

Już bez takich fajerwerków, ale ciągle z charyzmą Iggy Popa i Micka Jaggera od lat występują Brody Dalle, Juliette Lewis czy Biff Naked. Dziewczyny od pierwszej chwili na scenie kasują zdecydowaną większość męskiej konkurencji. Miał być artykuł o kapelach? Rewolucja nie miałaby szans gdyby nie te wspaniałe, mądre panie. Więc morda w kubeł.

 

Niewielki akapit warto na koniec poświęcić pewnej akcji, która pokazuje dzisiejsze myślenie dziewczyn o swojej roli w rokendrolowym świecie. Kilka lat temu powstał konkurs dla młodych perkusistek. Jaką dostał nazwę? „Hit like a girl” – uderz jak dziewczyna. Dziś to nie naśladowanie chłopaków ale robienie wszystkiego po dziewczyńsku jest marzeniem dziewczyn. Go girl!

 

Rosa Parks odmówiła miejsca białym, Walentina Tierieszkowa  poleciała w kosmos a Suzie Quatro wyszła na scenę i grała rocka. Zrobiły to, bo było to dla nich zupełnie naturalne, nie było powodu, czemu miałyby tego nie robić. Żadne krzyki i wrzaski nie przekonały ich, że czarne jest czarne, a białe jest białe. W końcu wszyscy przyznali im rację.

 

karl 

Chuck Berry. Człowiek z gitarą

chuck01

 

 

Jeśli szukacie innej nazwy dla rock and rolla, możecie go nazwać Chuck Berry.

John Lennon

 

Kiedy pytają mnie, jakie znam najbardziej polityczne piosenki, zawsze na szczycie umieszczam „Roll Over Beethoven”. Czarny gość z gitarą głośno oznajmia białej Ameryce, że muzyka, która zdominuje kulturę młodzieżową na dekady będzie afro-amerykańska. Kto mógł pozwolić sobie na takie rewolucyjne podejście w muzyce rozrywkowej w 1956 roku?

Billy Bragg

 

Kiedy 90 lat temu w St. Louis światu zameldował się Charles Edward Anderson Berry, nikt nie przypuszczał, co z niego za ziółko. Wywrócił muzykę do góry nogami, usunął w cień Beethovena i Czajkowskiego, od ponad pół wieku granie na gitarze oznacza podążanie Jego śladami. Śladami Króla Rock And Rolla.

 

 

 

To mój ojciec sprawił że trafiłem do showbiznesu – mówił w jednym z wywiadów. Pochodził z klasy średniej, syn dyrektorki szkoły i diakona lokalnej parafii. Ojciec występował w amatorskim teatrze i zabierał małego Charlesa na przedstawienia. Jestem komediantem. Zawsze nim byłem i chcę nim być zawsze, kiedy tylko pojawi się szansa – mówił w wieku 86 lat. W domu słuchano Beethovena i Czajkowskiego, w przyszłości dwóch bohaterów jego największego hitu, czytało się również poezję (jego brał otrzymał imię po słynnym poecie amerykańskim, Paulu Laurencie Dunbarze). Zdarzało się, że kończył koncert wierszem, albo w przypływie dobrego humoru podczas wywiadu potrafił przez kilka minut recytować z pamięci „Even This Shall Pass Away”, wiersz autorstwa Theodore Tiltona:

 

 

Pochodzenie nie uchroniło go przed złym towarzystwem. Za napaść i kradzież samochodu z bronią w ręku trafił do poprawczaka. Te trzy lata były wystarczającą nauczką (dwie kolejne odsiadki to skutek absurdalnych amerykańskich przepisów i nagonki ze strony sędziów, których do szału doprowadzał czarny idol ich córek) – Chuck szybko się ustatkował. Ożenił się, pracował w sklepie Krogera i fabryce Chevroleta, był dozorcą, trafił nawet do salonu piękności. Pozostała mu jedna namiętność: muzyka.

 

Występował już w szkole średniej, podczas pobytu w poprawczaku założył pierwszy zespół. Przykładny mąż, ojciec i obywatel Chuck Berry dołączył do zespołu Johnnie Johnsona, pianisty z którym będzie występował przez następnie kilkadziesiąt lat (niektórzy twierdzą, że to Johnson miał większy wpływ na brzmienie wielu utworów niż sam Chuck). W maju 1955 roku, za namową Muddy Watersa, Chuck Berry udaje się do Chicago, żeby porozmawiać z pewnym polskim imigrantem, właścicielem legendarnego Chess Records. Na miejscu nagrywa singiel, który za sprawą tuszu leżącego na podłodze w studiu otrzymuje tytuł Maybellene. Historia pościgu za dziewczyną w pięknym Cadillacu była jedynie subtelną aluzją raczej cielesnych doznań. Wkrótce utwór dociera na szczyt listy Billboardu. Rozpoczyna się nowa era w historii świata.

 

 

 

Na początku kariery grywał w klubach, w których obowiązywała segregacja. Czarni po lewej, biali po prawej. Co ciekawe biali reagowali lepiej na elektrycznego bluesa natomiast czarni na wiejskie country. Berry szybko to dostrzegł i podczas występów starał się zadowolić obie widownie, zaczął też komponować piosenki, które brzmiały w połowie jak country, w połowie jak rhythm ‘n’ blues. Był wizjonerem nie tylko w sensie muzycznym ale też szołbiznesowym, nieustannie myślał jak ze swoją muzyką dotrzeć do jak najszerszej publiczności, nie zamierzał grać tylko na swojej dzielnicy, celem była Ameryka. Być może nawet świat.

Biznesowa strategia, której uczył się podczas obnośnego handlu warzywami w wieku 11 lat przyniosła skutki daleko większe, niż mógł przypuszczać. Połączenie bluesowego pulsu z melodyjnością country dało mieszankę wybuchową. Ale nie chodziło tylko o unikalny styl, w jego rękach gitara przestała być tylko instrumentem rytmicznym, zaczęła żyć własnym życiem. Grał mocniej niż ktokolwiek przed nim, pod jego palcami gitara wydawała dźwięki, o jakie nikt jej wcześniej nie podejrzewał, grał riffy i solówki, obok Bo Diddleya był pierwszym prawdziwym gitarzystą rockowym. On zawsze miał w sobie ten swing - mówił o nim Keith Richards, choć swego czasu dostał w zęby, kiedy bez pytania dotknął gitary Mistrza. Kolejne utwory docierały na szczyty list przebojów, kolejne zespoły zaczynały karierę od grania coverów piosenek Berry’ego.

 

W dyskusji nad palmą pierwszeństwa w rock and rollu między Berrym i Elvisem Presleyem oddajmy na chwilę głos ostatniemu: Żałuję, że nie potrafię wyrażać myśli tak, jak robi to Chuck Berry. Koniec cytatu. Pisał inteligentne teksty w latach 50., kiedy wszyscy wciąż śpiewali „Oh, Baby I love you”, chwalił go John Lennon. Niewątpliwie to zasługa wychowania, wrażliwości wyniesionej z domu. Odmienił pisanie popowych piosenek, za co został nagrodzony między innymi Polar Music Prize – Muzycznym Noblem i Nagrodą londyńskiego PEN CLUB-u za „Teksty Piosenek o Literackiej Doskonałości”. Leonard Cohen mówił: wszyscy podążamy ścieżką testów Chucka Berry, Bob Dylan określił go Szekspirem rock and rolla.

Miał niezwykły talent do opowiadania historii, budowania barwnego portretu w dwuminutowej piosence. Był zmyślnym kronikarzem, który oddawał ducha czasów w których przyszło mu żyć, wyścigi opływowymi krążownikami szos, podrywanie dziewczyn, spędzanie czasu w barach z szafą grającą w rogu – Ameryka otrzymała swój portret, w którym z miejsca się zakochała, ale nie było w tym fałszu, to było także jego życie. Dziś piosenki Berry’ego to najprostszy sposób by poczuć się dobrze, przenieść się do miejsca i czasu jak żadne inne wyidealizowanego przez popkulturę.

 

 

 

Od premiery Maybellene upłynęły dekady, pojawiali się nowi idole i nowe muzyczne mody. Ale wszędzie można dostrzec ślady Chucka Berry’ego i muzycznej inżynierii, która zrodziła się w latach 50. Sam wyjaśnił to najlepiej w wywiadzie, jakiego udzielił w 1980 roku nieistniejącemu już fanzinowi Jet Lag. Redaktor puszczał kolejne numery definiujące ówczesną scenę, Chuck kwitował je kilkoma zdaniami komentarza.

Sex Pistols: praca gitar i progresja zupełnie jak w moich nagraniach, świetna sekcja. Ale z tego co śpiewa wokalista nie zrozumiałem prawie nic. The Clash: Rytm i melodia świetnie współpracują. Czy wokalista miał zapalenie gardła w czasie nagrań? The Ramones: Świetny taneczny numer. Ci goście przypominają mi siebie samego z początków kariery, też znałem tyko trzy akordy. The Romantics, 20-20, The Beat: W końcu coś porządnego do tańca. Mówisz że to coś nowego? Słyszałem to wcześniej wiele razy. Toots and the Maytals, Selector: To jest świetne, delikatne i z duszą. Brzmi jak jak mój kumpel Bo Diddley tylko wolniej. Sam nagrałem coś takiego w „Havana Moon”. Talking Heads, „Psychokiller”: Świetny funkowy numer, podoba mi się bas. Wokalista miał chyba straszną tremę. Wire, Joy Division: Więc to jest tak zwana nowa jakość. Słyszałem to już wcześniej. BB King i Muddy Waters grali takie jamy w starym amfiteatrze w Chicago.

 

Za każdym razem przyznaje, że wszyscy należą do rodziny, niemniej biznesowy instynkt każe mu w zabawny sposób umieścić konkurencję we właściwym miejscu. Cały Berry.

 

Rock and roll okazał się kręgosłupem muzyki rozrywkowej. Ale to był rock and roll na warunkach Chucka Berry. Jego granie naśladowali wszyscy, jego gitarowy styl wyparł całą konkurencję. Talent pozwolił mu zrealizować wizję, Chuck Berry swoją muzyką podbił cały świat. Inwazja wciąż trwa, jak zapowiedzieli członkowie rodziny płyta, którą nagrywał odo kilku lat zostanie wdana jeszcze w tym roku. Będzie nosiła tytuł” Chuck”.

 

karl

Wojciech Młynarski. Róbmy swoje

wm1

 

Pisanie w hołdzie Młynarskiemu to jak wspinanie się na Mount Everest ku czci Kukuczki. Niech mi jednak bezczelność pomoże choćby spróbować wyrazić to, co na temat pana Wojciecha zawsze miałem do powiedzenia.

 

Ubożejemy z każdym rokiem. Jeśli powojenną pustkę wypełniali nam ludzie wybitni, po 89. roku karta się odwróciła, dramatycznie brakuje Młynarskich, Holoubków, Kieślowskich czy Konwickich. Dziś coraz mniej w przestrzeni publicznej tych, którzy przyzwoicie wykonują swoją robotę, którzy nie odejdą od biurka, póki nie będą mieli przekonania, że po prostu lepiej się nie da.

W jednym z ostatnich wywiadów jakich udzielił Gazecie Wyborczej tak opowiadał o sobie:

Mam taką zasadę, że piosenkę piszę od końca. To znaczy wiem, jak się powinna rozpocząć, nie wiem, co będzie w środku, i wiem, że końcówka powinna wyskoczyć jak diabeł z pudełka. A sama robota jest żmudna i długa, o czym nie każdy dziś pamięta. Teksty różnych najmłodszych autorów nie sprawiają wrażenia, jakby były specjalnie domyślane, raczej nie są.

 

Tu wyjątkowo pozwolę się z Mistrzem nie zgodzić, myślę że zmieniłby zdanie gdyby wysłuchał co lepszych kawałków autorstwa Adama Zielińskiego, Pawła Sołtysa czy Katarzyny Nosowskiej. Zgodzić się jednak trzeba z tym, jakie miejsce w społeczeństwie dziś im przypisuje, nazywając malejącą grupkę ludzi podobnych do siebie marginesem.

A pan jakiej wolności chciał?

- Rozumnej.

To myślenie życzeniowe. Pan wymaga inteligencji.

- A czego ja mam wymagać, na litość boską?!

Ja się opieram na autorytetach, myślę o takich ludziach jak Stefan Kisielewski, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń… Na tym opieram moją tradycję.

 

Ale wyróżniał go nie tylko rozum, ale też serce:

 

 

- Zawsze starałem się w swoich tekstach nikogo nie chłostać, nikomu nie dokopywać, tylko próbowałem zrozumieć. Najwyżej czasem zażartować, po prostu tak mam rękę ułożoną.

 

Jak wytrawny giełdowy makler nie stawiał na jedną inwestycję, dywersyfikował swój koszyk na ile to było możliwe. Zaczęło się od kabaretu, ale wkrótce pojawił się teatr, telewizyjne seriale, zamówienia od największych polskich piosenkarzy, aż zatrzymał się Młynarski na operach i musicalach. Sam również lubił wyśpiewywać swoje teksty, nagrał 16 autorskich albumów. Dziś człowiek nigdy nie wie, kiedy w rozmowie wtrąci coś z Młynarskiego.

Skąd wziął się Młynarski? Otóż takiego jakiego znamy go dziś stworzyła go ciekawość świata, w którym odnalazł podobnych do siebie, którzy władali słowem zręczniej niż muszkieterowie z powieści Dumasa. Co na ten temat mówił w wywiadzie?

 

- Miałem szczęście mieć do czynienia z rzeczywiście ważnymi poetami piosenki, jakimi byli Brassens i Brel z terenu francuskiego czy Okudżawa i Wysocki z rosyjskiego. Piękne teksty pisali też Dylan i Cohen. 

 

 

 

Wrodzony optymizm kazał mu również odpowiednio przygotować się na to, co nieuchronne:

 

- Napisałem niedawno wierszyk, w którym poruszam te sprawy, o których mówimy, a ma on sens mniej więcej taki: wiem świetnie, że mam jeszcze do zagrania skecz z partnerką. Ona wie, jak ja wyglądam, ja nie mam pojęcia, jak wygląda ona. Ale wiem dokładnie, jak ona zagra swoją rolę, natomiast nie wiem, jak ja zagram. Wiem tylko jedno, że chciałbym bardzo, żeby z jakichś powodów ona tej roli nie dograła. Wtedy krzyknę za nią na klatce: „Zapomniała pani kosy!”.

 

Puenta więc może być tylko jedna, bo choć go już nie ma, to jednak wciąż jest:

 

Do przodu żyj, żyj kolorowo! Czego i państwu życzę.

 

karl

Czy talent się dziedziczy?

cugowscy_prevka05

 

Polski szołbiznes wyróżnia się na wiele sposobów, jednak mało który dodaje mu blasku. Jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak polski szołbiznes, w swojej groteskowej postaci jest raczej żałosny niż śmieszny. Po drugie, to interes wybitnie rodzinny.

 

Historie znanych dzieci znanych rodziców bywają chwalebne i haniebne, nazwiska dopasujcie sami. Wzorem niepokornych dziennikarzy wyklętych moglibyśmy zabawić się w tropienie lepszego sortu artystów, ja do takich zabaw nie czuję się uprawniony, uważam że trudno winić aktora za to, że jego rodzic również aktorem był. Hollywood ma braci Bridges i braci Baldwin, klan Fondów, Goldie Hawn albo Lizę Minelli, muzyczna branża Nancy Sinatrę, synów Lennona, Zappy, Bonhama i Boba Marleya. Jest natomiast faktem, że u nas zjawisko to przyjęło niespotykaną skalę, jakbyśmy na wielkim kole „Wielkiej Gry” wciąż wyciągali tę samą kopertę. Nawet jeśli niektóre z gwiazd ostatecznie udowadniały talent, okazywały się postaciami znaczącymi czy wręcz wielkimi, to pod wpływem lokalnego klimatu często decydując się na ścieżkę kariery wybierali linię najmniejszego oporu. Dzieciństwo spędzone na planie filmowym, w radio czy wreszcie w magicznej telewizji czyniło z zawodu mamy czy taty jedyny znany wszechświat. Miało to jeszcze inny walor, lata spędzone w branży owocowały znajomością dziesiątek wujków i cioć, które potem spoglądały łaskawszym okiem, wspólnie spędzone wakacje w Sopocie czy Sylwester w Zakopanem były najlepszą rozmową kwalifikacyjną. Zamiast uciekać w nieznany, wrogi świat instynkt kazał dzieciom z nazwiskiem budować przyszłość tam, gdzie wszystko jest znane i przyjemne w dotyku. W rodzinie.

 

W muzyce znajdziemy najwięcej dzieci sławnych rodziców. Natalia i Eleonora, córki Czesława Niemena nie zdołały wydostać się z pola grawitacyjnego ojca, nie podpierają się nim jednak podczas bezproduktywnych występów w TVN czy Gali. Nazwisko Kisielewski kryło się w słynnym w latach 80. duecie Marek I Wacek. Riedel to nie tylko Ryszard, ale też Sebastian a Nalepa – Piotr, Natalia Kukulska i Ania Rusowicz mniej lub bardziej nawiązują w muzyce do tego, czym zajmowali się ich rodzice, mniej Maria Peszek, w ogóle KRUL Pikej. Bogusz Bilewski Jr gra muzykę elektroniczną, młody Młynarski wyjechał aż do Nowego Jorku, żeby nie być posądzany o rodzinne koneksje. Osobnym rozdziałem są rodzinne powiązania gwiazd debiutujących w latach 80. To choćby Bartek i Piotrek Waglewscy, Sara Brylewska, której ojciec popularyzował w Polsce anarchię, a dziadkowie występowali w Śląsku i Mazowszu, LO 27 to w połowie córka perkusisty Lady Pank a najnowszy nabytek T.Love, gitarzysta Janek Pęczak to syn słynnego dziennikarza Mirosława, prywatnie kumpla Muńka.Tomek Lipiński to syn słynnego grafika, Mika Urbaniak córka jedynego Polaka grającego z Milesem. Podobnie jak rodzice, muzyką zajmują się Maria Sadowska, Gaba Kulka, mama Modlińskiego z Semantic Punk prowadziła Wieczór z Alicją a syn Kazika pod pseudonimem Janusz prezentował swoje nagrania gdzieś między rapem a ragga. Litza założył Arkę Noego, gdzie grają i śpiewają dzieci jego, Malejonka, Pospieszalskiego i innych muzyków. Twarzami każdego artykułu o gwiazdorskich klanach muszą być Anna Maria Jopek i Marcin Kydryński. Małżeństwo z koneksjami, jej tata był gwiazdą Mazowsza, jego to słynna para Lucjan Kydryński – Halina Kunicka. Można dostrzec pewną właściwość, dzieci tych, którzy częściej niż inni są obiektem żartów również sami prezentują dzieła o dyskusyjnej wartości artystycznej, natury nie oszukali Bracia, Partycja Markowska czy Kasia Pietras, córka Beaty Kozidrak występująca w zespole Kashmir, ani też synowie Kuby Płucisza i Filipa Sujki z Iry, którzy grają w zespole o tajemniczej nazwie Rosa, mocno przez ojców promowanym. Rodzinnym graniem były kiedyś telewizyjne spotkania Steczkowskich i Pospieszalskich, dziś Justyna i Janek, każde na swój sposób, brylują w mediach. Tomek Makowiecki mógłby sporo opowiedzieć o karierze zespołu Babsztyl, Krzysztof Zalewski – Brejdygant, jak sama nazwa wskazuje jest synem aktora teatralnego i filmowego, Stanisława Brejdyganta. Odrębną sprawą jest Natalia Lesz, córka milionera czy promotor Stanisław Trzciński, syn kompozytora Wojciecha Trzcińskiego, który tak oto opowiada o początkach kariery: tuż po ukończeniu studiów, zacząłem nieoczekiwanie pracę w PolyGram Polska i Universal Music Polska i zostałem najmłodszym dyrektorem w polskiej branży muzycznej. Proste? Nie zawsze nazwisko otwiera drzwi do kariery. Kiedy kilka lat temu syn Magika opublikował w sieci swoje nagrani, zderzył się ze ścianą nienawiści internetowych frustratów. Jego propozycja nie rzucała na kolana, mówiąc oględnie, ale nikt nie każe nikomu słuchać.

 

A jak to wygląda w światku aktorskim? Córki Beaty Tyszkiewicz nie są zgodne, Karolina, choć dość rozpoznawalna, nie poszła w ślady matki, Wiktoria Padlewska próbowała, ale bez większego powodzenia. Maria Seweryn, Paulina Holtz czy Rafał Olbrychski z mniejszymi lub większymi sukcesami mierzą się z legendą rodziców, w cieniu ojców już chyba zawsze pozostaną Mariusz Benoit i Piotr Machalica. Marek Kondrat jest synem krakowskiego aktora i ojcem Mikołaja, który wystąpił obok niego w „Słodko Gorzkim”, od niedawna także mężem Antoniny Turnau, która mając 25 lat prowadziła już program w TVP. Julię Kijowską i jej brata Kubę w tajniki filmu wprowadzał Janusz Kijowski, ojciec. Nazwiska rodzinnych klanów można wymieniać i wymieniać, rodzinne tradycje kontynuują Lubaszenko, Stuhr, Wasowski czy Schejbal. Najnowszy narybek aktorski reprezentują Julia Kolberger, Maria Niklińska, Ola Frycz, Antoni Królikowski, Łukasz Nowicki, Bartosz Opania, Łukasz Garlicki, Damięccy, Koterski czy Zborowska. W roli reżyserów rodzinna klątwa obsadziła Kasię Adamik, Xawerego Żuławskiego czy braci Skolimowskich. Bronia Zamachowska zadebiutowała właśnie u Wajdy. Czy gdyby urodziła się w Kąkolewie i nazywała się Malinowska wygrałaby casting? Tego się nie dowiemy, niemniej przykłady pokazują, że szanse miałaby minimalne.

 

Dzieci polityków tez pojawiają się na pierwszych stronach kolorowych gazet. Pierwszym polskim celebrytą był słynny rajdowiec Piotr Jaroszewicz ale prawdziwym ojcem narodu okazał się Lech Wałęsa, który z racji rozmachu produkcji ale też zajmowanego stanowiska często musiał oglądać swoje nazwisko na pierwszych stronach gazet, z powodu pobytów w więzieniu, pijackich incydentów, zasiadania w różnych parlamentach i sekretarzowania ojcu. Podobnie było z kolejnym prezydentem, którego córka długo szukała dla siebie miejsca, skończyła z Badachem, jednocześnie mężem i psiapsiółką. Agata Buzek wybrała aktorstwo, podobnie jak Weronika Rosati, a dzieci Donalda z Sopotu potwierdzają raczej opinię o ojcu: utalentowany, ale lubi chodzić na skróty. Za to rodzina Jacka Kuronia z pokolenia na pokolenie mieszka w kuchni. Tylko Barbara Nowacka i Marta Kaczyńska kontynuują działalność polityczną, na razie bez powodzenia.

 

Dziennikarstwo. W Polsce przypomina „Grę o Tron”, skazany na banicję jest każdy, w kogo żyłach nie płynie błękitna krew dziennikarskiej arystokracji. Kogo tam nie ma: Hajzer, Dowbor, Passent, Woyciechowska, Zientarski, Tusk i Wildstein, Kaczkowska, siostry Młynarskie czy Urszula Chincz, Walterowie, Torbicka, Kydryński, Tomaszewski, Hołdys, Ziomecka, Tyrmand, Starmach, Gocha Halber, Matylda Materna a także Patrycja Wanat. Marcin Meller to syn byłego szefa MSZ, Grzegorz Miecugow, twarz TVN-u jest synem znanego dziennikarza i publicysty Brunona Miecugowa. Jego syn pracuje po sąsiedzku, w Wyborczej. Maciej Orłoś to syn uznanego pisarza i scenarzysty Kazimierza Orłosia. Hanna Lis, z domu Kedaj jest córką znanej dziennikarskiej pary. Jej matka, Aleksandra Kedaj była korespondentką „Życia Warszawy” w Rzymie, a ojciec, Waldemar Kedaj był dziennikarzem prasowym. Piotr Kraśko jest synem dziennikarza Tadeusza Kraśki i bratem ciotecznym Moniki Richardson, córki dziennikarki radiowej i telewizyjnej Barbary Trzeciak-Pietkiewicz.

 

„I believe in America” zwraca się Bonasera do Dona Corleone w słynnej scenie otwierającej „Ojca Chrzestnego”. Nie wiem, w co wierzą dzieci swoich wpływowych rodziców, może w siebie, ciężką pracę i lepszą Polskę, jak Meller, Młynarski czy Petersburski Jr, a może w dolary tatusia, jak klony Donalda Trumpa. Na pewno usłyszymy już niedługo o kolejnych genialnych dzieciach swoich wspaniałych rodziców. Taki mamy klimat, niestety.

 

karl

30 piosenek w służbie narodowi

30 days

 

 

Muzyka i polityka rzadko chadzają pd rękę. Jeśli ostrze świadomych artystów jest skierowane w jakąś stronę, to są to głównie politycy. Ostatnie miesiące udowadniają to dosadnie po obu stronach oceanu. Pomijając nawet Marię Peszek tylko w ciągu kilku tygodni pojawiły się numery wymierzone w miłościwie panujących nam polityków. Paplopavo, Maleńczuk, El Banda i Bukartyk jeden po drugim publikowali protest songi inspirowane aktualnymi wydarzeniami w kraju. Ten chwilowy wysyp okazał się jednak typowym hypem, tak szybko jak publiczność się nimi zachwycała, tak szybko je zapomniała, co doskonale oddaje stan społeczeństwa. Inaczej wygląda to w US and A, tam kampania anty-Trumpowa to cała dziedzina sztuki. Ostatnim przejawem jest projekt 30 Days, 30 Songs. Przez kolejne 30 dni artyści niezbyt chętni oglądaniu Donalda Trumpa w gabinecie owalnym publikują specjalnie na tę okoliczność napisane utwory. Postaram się publikować co lepsze kawałki, zaczynamy od Aimee Mann i piosenki o tym, co siedzi w głowie Donalda Trumpa.

 

karl

Nowe średniowiecze

Jak do tego doszło? Europa, centrum nowożytnej kultury, skrajnie rozumna, demokratyczna i powściągliwa, z obsesją pokoju po traumie II wojny światowej robiła wszystko, żeby nie dopuścić do jej powtórki, dziś stoi przed ogromnym wyzwaniem: jak poradzić sobie z własnymi obywatelami, którzy pragną jej śmierci. Koniec zimnej wojny miał być jednocześnie końcem terroru w postaci groźby  globalnej anihilacji, oczekiwano, że wschód i zachód trzymając się za ręce pomaszerują razem, rozwiązując wszystkie problemy świata. Nic takiego jednak się nie stało, jedynie bieguny konfliktu uległy przeobrażeniu , to północ walczy dziś z południem. Jeśli spojrzymy na sytuację globalnie, nowego potwora stworzyły zachowania skrajne, choć o równie skrajnym charakterze. W zachowaniach przywódców zabrakło równowagi, która jest zazwyczaj najlepszym wyborem.

Genezy dzisiejszych napięć należy szukać na bliskim wschodzie pod koniec lat 40. Przy wydatnym udziale Stanów Zjednoczonych ONZ doprowadziło do sztucznego utworzenia Izraela na ziemiach Półwyspu Arabskiego. Kraje ościenne nigdy nie zaakceptowały tej decyzji, co nie może dziwić, jeśli przypomnimy, że Żydzi byli tam nieobecni przez 15 wieków. Izrael i Stany Zjednoczone były od tej pory traktowane jako jedno państwo, które przez następne dekady robiło wszystko, żeby sprowokować do powstania skrajne ruchy napędzane islamskim radykalizmem. Sygnały ich determinacji pojawiały się już wcześniej – zamach w Monachium, katastrofa nad Lockerbie, pierwszy zamach na World Trade Center.

 

W końcu przyszedł rok 2001 i wojna ze światem islamskim rozkręciła się na dobre. Ameryka waliła na ślepo, często ofiarami czyniąc cywilów, w tym kobiety i dzieci. Doprowadziła do wzrostu radykalizmu do nieznanego wcześniej poziomu. To jej polityka „światowego żandarma”, agresywna, często barbarzyńska polityka wobec wielu krajów świata, zazwyczaj tych, które posiadały złoża ropy doprowadziła do obecnej sytuacji.

Europa jest zupełnym przeciwieństwem Ameryki. To mistrzowie zen, orędownicy pokoju i tolerancji, nawróceni pierwsi barbarzyńcy świata, dziś próbujący zmyć krew ze swoich rąk. Z fatalnym skutkiem dla swoich obywateli. Począwszy od X wieku powadzili krucjaty przeciw każdemu, komu się dało: muzułmanom, poganom, heretykom a nawet katolikom. Kiedy najbliższa okolica przestała im wystarczać, w XV w. rozpoczęli Konkwisty w Afryce, Ameryce Południowej i Indiach. Każde z dzisiejszych światłych państw Europy Zachodniej ma na sumieniu niewolnictwo i rabunkową eksploatację tamtych regionów świata. Trauma II wojny światowej doprowadziła do radykalnej rewizji ich postaw. Postanowili się zrehabilitować, oferując swoim dawnym ofiarom miejsce przy suto zastawionym, europejskim stole. Nie przyszło im do głowy, że praca i bogate zaplecze socjalne to dary niezbyt przekonujące przybyszy do asymilacji. Ideą radykalnego islamu, który dominuje dziś narrację jest nieustawanie w walce aż do momentu, gdy zielona flaga islamu załopocze nad całym światem. Innymi słowy celem jest zabicie wszystkich niewiernych. Tragedią tej sytuacji jest to, że Francuzów, Brytyjczyków, Niemców czy Belgów zabijają i będą zabijać rodowici Francuzi, Brytyjczycy, Niemcy czy Belgowie. Niebezpieczeństwo przychodzi dziś z innego kontynentu, jednocześnie jednak czai się w domu obok.  „Islam należy do Niemiec”, mówi Angela Merkel. Jej teza wymaga doprecyzowania: oto Niemcy, podobnie jak Francja, Holandia, Belgia czy Wielka Brytania zaczyna należeć do Islamu. Ci, którzy niosą dziejową sprawiedliwość są już prawowitymi obywatelami Europy, i rozmnażają się w tempie kilkukrotnie większym niż dawni europejczycy. Polska jest jeszcze wolna od tego problemu, głównie z tych samych powodów, na które sami narzekamy, czyli trudnych warunków socjalnych. Jednak Europa stanęła przed największym problemem od 70 lat. Problemem, który w dużej mierze sama stworzyła. Nie może pozostać bierna, nie może też podejmować kroków radykalnych. Musi rozpisać plan na kilka dekad do przodu. Czy uda się jej to zrealizować?  Być może będziemy musieli się cofnąć do średniowiecza i zapomnieć na chwilę o liberalizmie i demokracji w tej konkretnej sprawie. Pierwsza demokratyczna i równościowa Republika Francuska powstała po przeprowadzeniu krwawej rewolucji, ścięciu kilku tysięcy głów podczas publicznych egzekucji. Można oczywiście próbować zmian na drodze ustaw, rozmów i edukacji, trzeba jednak pamiętać, kogo mamy za przeciwnika. On wyciągniętą rękę może nam co najwyżej odrąbać.

 

 

 

Jeśli transatlantycka koalicja słyszała kiedykolwiek o karmie, a słyszała  z pewnością, biorąc pod uwagę ich pęd do intelektualnej emancypacji, nie powinna się dziwić. Ogrom krzywd, jakie wyrządzili reszcie świata nie mógł się spotkać z inną reakcją. Powinniśmy ją wręcz uznać za dziejową sprawiedliwość. Szkoda, że jej ofiarami musieli być rysownicy Charlie Hebdo, fani Angels Of Death Metal czy pasażerowie lotniska czy metra w Brukseli.

 

karl

Nowe, czyli stare

zmiana

 

Najważniejszym hasłem, z jakim Jarosław Kaczyński przez lata nieskutecznie walczył o władzę, była walka z układem. Każda partia, które nie nazywała się PiS była z automatu siedliskiem kumoterstwa, nepotyzmu, kolesiostwa i rozdawnictwa synekur pod hasłami BMW i TKM. Zapowiadał też ostateczne rozwiązanie problemu dawnych działaczy  PZPR. Nie minęło pół roku od wreszcie zwycięskich dla prezesa wyborów, a rozmiar nepotyzmu, kolesiostwa i powrotu PRL przybliża Polskę do egzotycznych państewek w Afryce rządzonych przez nieustannie zmieniających się kacyków. Jeśli do tej pory Polska cierpiała z powodu dżumy, w październiku dodatkowo zapadła na cholerę i trąd.

Szybko zrozumieliśmy dobrą zmianę. Otóż ta zmiana ma na celu polepszenie życia ludzi, a w szczególności ludzi z wyrokami, działaczy partii komunistycznej i agentów służb dawnego systemu, w najlepszym razie bezmyślnych marionetek. Oto kilka przykładów fortuny z rodzimego kraju.

Skazany za przekroczenie uprawnień i fałszowanie dokumentów na 3 lata pozbawienia wolności Mariusz Kamiński zostaje ministrem nowego rządu. Skazany w tej samej sprawie Maciej Wąsik, były wiceszef CBA zostaje sekretarzem stanu w kancelarii Beaty Szydło.

Nowym prezesem Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa został właśnie Daniel Obajtek. To polityk PiS, na którym ciążą zarzuty przyjęcia łapówki.

Nowy wiceminister spraw zagranicznych Jan Parys został skazany na zwrot 130 tys. zł wraz z odsetkami za niezgodne z prawem przyznanie sobie premii jako szef Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie.

Grzegorz Bierecki, były prezes SKOK został przewodniczącym senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych, a główny ekonomista SKOK Janusz Szewczak został członkiem podobnej komisji sejmowej. Przypomnijmy, że w sprawie SKOK toczy się śledztwo prowadzone przez Prokuraturę i ABW dotyczące przywłaszczenia przez prezesa Grzegorza Biereckiego 77 mln złotych.

Jerzy Szmit, były poseł, senator i marszałek woj. warmińsko-mazurskiego, również działacz SKOK-ów, który dwukrotnie stracił prawo jazdy będzie u Szydło odpowiadał za transport drogowy.

Jedną z najbardziej kuriozalnych nominacji okazał się Stanisław Piotrowicz. Nowy szef sejmowej komisji praw człowieka w latach 80. jako prokurator oskarżał działaczy podziemia, za co w 1984 roku otrzymał nawet brązowy order zasługi. Szybko przystosował się do nowej rzeczywistości i w 2001 roku prokuratura, którą kierował Stanisław Piotrowicz umorzyła głośną sprawę oskarżonego o molestowanie dzieci proboszcza z Tylawy. Piotrowicz zachowanie księdza tłumaczył ojcowską czułością i zdolnościami terapeutycznymi. Po przekazaniu sprawy do innej prokuratury ksiądz M. został skazany na dwa lata więzienia z zawieszeniem na pięć za molestowanie sześciu dziewczynek. Sąd potwierdził, że kapłan wkładał ręce pod bluzki dziewczynek i dotykał ich piersi, wkładał ręce do majtek i dotykał krocza, całował, wkładał palec do pochwy.

Dobra zmiana to również Stanisław Pięta, który w młodości jako hobby wybrał sobie włamania do samochodów i kradzieże (jak sam tłumaczy: To były przygotowania do jakiegoś zbrojnego powstania…zdarzało się, że ukradliśmy dokumenty, pieniądze) oraz Joachim Jojo” Brudziński, który lubił jeździć pociągiem i okradać kolegów ze szkoły, za rozbój na jednym z nich wyleciał ze szkoły.

Marek Surmacz został nowym szefem OHP. Mianowała go minister pracy Elżbieta Rafalska, jego partyjna koleżanka z Gorzowa. Marek Surmacz karierę w służbach mundurowych zaczynał w Milicji Obywatelskiej, najpierw w drogówce, a potem w wydziale kryminalnym. Ze służby odszedł w 1996 r. i od tego czasu działał w prawicowych partiach. W grudniu 2006 r. na jego polecenie policjanci z Dworca Centralnego odwieźli do Siedlec urzędnika ministerstwa Tomasza Serafina. W drodze powrotnej doszło do wypadku, w którym funkcjonariusze zginęli. W trakcie dochodzenia okazało się, że korzystanie z patroli do przewożenia urzędników i wysokiej rangi policjantów było w resorcie częste i nosiło nieoficjalną nazwę „Blue Taxi”. Wcześniej media pisały o Surmaczu, że w latach 80. był oskarżony o kradzież prądu, a w 2006 r. spowodował kolizję drogową i uciekł. Sprawa „Blue Taxi” zachwiała pozycją ministra, ale o jego zwolnieniu przesądziła groteskowa afera z wysłaniem policjantów po hamburgery, które mieli dostarczyć jadącej pociągiem koleżance Surmacza. Wówczas to właśnie Rafalska – wówczas jako wiceszefowa resortu pracy w rządzie PiS – podróżowała składem bez wagonu Wars i była głodna.

Brat ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego Tomasz Waszczykowski został dyrektorem Urzędu Kontroli Skarbowej w Łodzi. Jego poprzedniczkę odwołano ze stanowiska.

Wujek prezydenta Andrzeja Dudy, Wiesław Kamiński będzie rządził Radomskiem. Wskazała go premier.

Asystentka posła Sellina, Teresa Patsidis dyrektorką nowego muzeum. Doświadczenie? Prowadziła konkursy na najładniejszy balkon.

Zdzisław Filip, kolega z podstawówki Beaty Szydło został prezesem spółki Tauron Wydobycie.

Prezesem ORLEN, największej spółki państwowej został Wojciech Jasiński. W jego skromnej osobie odbija się cały majestat i fachowość PiS. Kariera polityczna zaczynał w PZPR, gdzie zasiadając w komisji zakładowej wyrzucał z pracy kolegę za udział w opozycyjnej demonstracji. Obecnie jest członkiem zarządu spółki Srebrna, która zajmuje się finansowaniem Prawa i Sprawiedliwości. W wywiadzie z 2005 roku mówił: W spółkach z udziałem skarbu państwa nie ma miejsca dla osób z politycznego nadania. Będziemy ich chcieli zastąpić młodymi fachowcami. Zajmował stanowisko Ministra Skarbu Państwa w czasach rządów PiS. W 2006 roku wyraził zgodę na zawarcie umowy pomiędzy PGNiG a RusUkrEnergo na dostawę gazu do Polski do 2022 roku, którą z uwagi na warunki finansowe głośno krytykowali analitycy. Cztery dni po przegranych wyborach umorzył 700 tys. długów Porozumienia Centrum, pierwszej partii Jarosława Kaczyńskiego. Teraz jego pierwszą decyzją było podpisanie umowy na zakup ropy z Rosji, dla której było to  koło ratunkowe w sytuacji kryzysu gospodarczego. Będziemy od Putina kupować według sztywnej ceny 45 dolarów za baryłkę. Ceny na światowych rynkach oscylują wokół 20 dol.

Ministrem Środowiska został Jan Szyszko. W poprzednim rządzie PiS zasiadał w tym samym ministerstwie i na potęgę budował ekrany dźwiękowe, był też gorącym orędownikiem niszczenia Rospudy. Teraz będzie promował z publicznych pieniędzy źródła geotermalne Rydzyka.

Szyszko mianował na dyrektora generalnego Lasów Państwowych (ponad 8 mld zł przychodów w 2014 r.) swojego bliskiego współpracownika a także kuzyna prezesa Jarosława Kaczyńskiego, Konrada Tomaszewskiego.

Inny krewny prezesa, Jan Maria Tomaszewski w kręgach PiS znajduje się od lat. Dzięki rodzinnym koneksjom był jednocześnie na liście płac Orlenu, TVP i stołecznych wodociągów kasując miesięcznie 30 tys. zł, więcej niż prezydent. Pracował przy jednym ze spotów Lecha Kaczyńskiego. W jego domu na Saskiej Kępie kręcono też film „Lider” poświęcony szefowi PiS. Partia wykorzystała go w kampanii wyborczej w 2011 roku. Teraz szykowany jest do jednego z najważniejszych stołków w TVP.

Trzeci z kuzynów, Grzegorz od lat zasiada we władzach Gazety Polskiej sponsorowanej przez Srebrną, spółkę Kaczyńskiego.

 

I wresszcie walka z układem w mediach. Jeszcze niedawno poza głównym nurtem polityki, od kilku tygodni Jacek Kurski rozsiada się w fotelu prezesa TVP. „Frog” polskiej polityki, jako wicemarszałek Sejmiku województwa pomorskiego za 20 tys. zł kupił leśniczówkę pod Malborkiem, którą wkrótce sam wycenił na 280 tys. Od gminy kupił też za 24 tys. sześć ha ziemi. Po zmianie miejscowego planu zagospodarowania wartość ziemi wzrosła do 800 tys. Po zarzuceniu Tuskowi, że jego dziadek służył w Wehrmachcie sam przyznał: z tym Wehrmachtem to lipa, ale ciemny lud to kupi. Teraz będzie odpowiadał za odnowę moralna TVP.

 

Po rozpoczęciu dobrej zmiany TVP wzięła się za przeprowadzanie nowych transferów. Nowym szefem publicystyki TVP Info został Michał Rachoń. Do tej pory, Rachoń pracował w Telewizji Republika, był rzecznikiem MSWiA za czasów Janusza Kaczmarka i doradzał PiS-owi podczas kampanii. Oprócz Rachonia, do TVP przybywają związani z Republiką: Jan Pawlicki (nowy szef TVP1), Karolina Kołaczkiewicz (Wiadomości), Bartłomiej Graczyk, Bartłomiej Maślankiewicz, Jan Pawlicki, czy Maciej Stanecki (wiceprezes TVP). Do „Wiadomości” z Telewizji TRWAM przybył Klaudiusz Pobudzin. Na antenie od razu zaczął gościć Jerzy Targalski, który zasłynął z usuwania „komunistytcznych złogów” za poprzedniej kadencji Prawa i Sprawiedliwości.

Wicenaczelny zaprzyjaźnionego z partią rządzącą „Wprost” Bartosz Marczuk zostanie wiceministrem w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

 

Wcześniej na polityczne posady przeszli Joanna Lichocka i Paweł Rybicki z „Gazety Polskiej Codziennie”, Marek Magierowski z „Do Rzeczy” i Krzysztof Czabański, współpracujący z kilkoma prawicowymi periodykami.

Prokuratura umorzyła śledztwo ws. trzech byłych posłów PiS. Wg niej Adam Hofman, Mariusz Antoni Kamiński i Adam Rogacki „nie doprowadzili do niekorzystnego rozporządzenia mieniem”.

 

Sejm nie zgodził się na uchylenie immunitetu Jackowi Żalkowi. Według policji poseł w 2015 r. przekroczył prędkość, jadąc z prędkością 115 km/h przekroczył dopuszczalną prędkość o 25 km/h.

 

Za to nie ma dobrych wiadomości dla Rafała Brzoski. Wystarczyło że kilka razy pokazał się na wiecach obok Ryśka Petru i jego InPost stracił lukratywny kontrakt na dostarczanie przesyłek sądowych. W tym przypadku to akurat dobra zmiana, Brzoska to typowy „Janusz biznesu”, budujący swoją firmę na niewyobrażalnym wręcz wyzysku pracowników. Szkoda tylko, że motywacją była troska o interesy wykorzystywanych pracowników, ale własne stołki.

 

Ale zmiany nie odbywają się tylko na najwyższych stanowiskach. Rewolucja kadrowa dotyczy każdego stanowiska, które oznacza jakąkolwiek władzę. Beata Kempa, szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów wyraża ta kwestię bez ogródek: „Jeśli ktoś nie będzie chciał z naszym rządem współpracować, to stosunek pracy z nim zostanie rozwiązany”. Zgodnie ze znowelizowaną przez Sejm w ekspresowym tempie ustawą o służbie cywilnej autorstwa PiS za 30 dni wygasną umowy 1,5 tys. dyrektorów departamentów i ich zastępców w ministerstwach, urzędach skarbowych, nadzorze budowlanym czy urzędach wojewódzkich. Pracę stracą nawet ci, którym prawo pracy daje ochronę, czyli kobiety w ciąży lub osoby w wieku przedemerytalnym. PiS zlikwidowało jedno z kryteriów, które musi spełniać kandydat na wojewodę (chodzi o 3-letnie doświadczenie w kierowaniu zespołem ludzkim). A to otwiera drogę do mianowania wojewodami politycznych emisariuszy, zupełnie pozbawionych doświadczenia. A do obsadzania swoimi PiS tworzy sobie coraz więcej pretekstów. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podaje, że niezbędne będzie zatrudnienie w gminach około 7 tys. nowych pracowników do obsługi wypłaty świadczeń wychowawczych w ramach programu „500+”.

 

A kiedy już nowi urzędnicy zasiądą w swoich nowych fotelach, muszą podejmować jakieś decyzje. Najlepiej we własnej sprawie.  Nie powinno być tak, że na poziomie władzy jest „Bizancjum”, a na tym poziomie, gdzie wykonywana jest ta najważniejsza praca, jest bieda - mówił wiceszef MSWiA, Jarosław Zieliński. Zaledwie kilka dni później BOR ogłosił przetarg na 20 luksusowych limuzyn. Ponad 400 koni mocy i długość 5,2 m. w środku lodówka lub schowek na napoje oraz system multimedialny z odtwarzaczem DVD i telewizją – tak mają być wyposażone nowe pojazdy.

 

Osobną sprawa pozostaje język, jakim mów nowa waadza. Wyniki nowych wyborów W sieci uczciło okładką z hasłem „Bić kurwy i złodziei”, nowy poseł Liroy  mówi „Idę ich wszystkich stamtąd wypierdolić na zbity łeb”.

Cezary Gmyz na Twitterze do Lisa: - Przypomnę Ci zatem, że wypowiedź Waszczykowskiego dotyczyła politycznego mordu Marka Rosiaka przez Ryszarda Cybę. Szmaciarzu.

Jan Pawlicki, nowa twarz TVP w takich oto słowach komentuje bierzące sprawy:

- Kraj jest KURWA ICH. Kraj!!!! On ma nazwę i nie należy do Wrońskich, Stasińskich, Lisów ani innych pętaków

 

- kurwa, przepraszam falę nienawiści to zdaje się mamy na granicy serbsko-węgierskiej???

 

- i po co kurwa go followujesz masochisto:)))))

 

o Maleńczuku:

naprawdę kurwa to powiedział.

Holland, Kondrat, Komorowska. Nie wiem czy gorszy sort, ale na pewno głupszy

10 baniek przytulił od @INGBank Slaski i kurwa poucza nas w sprawie demokracji??

A już z samej mównicy sejmowej poseł Jaki, sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, wkrótce zastępca prokuratora generalnego  stwierdził, że poseł Robert Kropiwnicki prowadzi agencję towarzyską. Kiedy okazało się jasne, że opowiadał oczywiste głupoty i może mu grozić sprawa o zniesławienie, zaczął się szybko ze swoich słów wycofywać. Maniery posła Jakiego zdążyliśmy już jednak poznać.

 

Na koniec teatrzyk „Kaczka w Rydzykach” przedstawia sztukę komiczną pod tytułem „Dwadzieścia baniek, czyli walka z układem”.

 

AKT I

 

Sejm omawia projekt budżetu, kiedy to nagle wskakuje do niego poprawka: 20 milionów damy ojcu Tadeuszowi! Budżet nie jest jednak z gumy, więc komuś trzeba było zabrać, i tak wytypowano kilku kandydatów. Pasa będzie musiał zacisnąć Rzecznik Praw Człowieka, zamiast 20 mln zł będzie musiał zadowolić się 10. Łódzkie hospicja też muszą przestać szastać forsą, 20 mln mniej w nowym roku. Albo weźmy taki teatr, po co to komu – obcinamy o 10 baniek! I mogłoby im się nawet powieść, gdyby nie wścibscy dziennikarze, którzy całą sprawę nagłośnili i się mleko rozlało.

 

AKT II

Kiedy szydło wyszło z worka, to co Rysiek Terlecki obiecał, Marek Kuchciński szybko zabrał: jednak ojciec Tadeusz dwudziestu baniek nie dostanie.Zmartwiła się publicznie Krysia Pawłowicz, choć nie bez nadziei: Niestety, Klub PIS wycofał swą poprawkę do budżetu o finansowym wsparciu WSKiM w Toruniu. Szkoda. Może w przyszłym roku. Większym realizmem wykazał się Jacek Żakowski. O. Dyrektor oficjalnie nie dostanie 20 banieczek. To dostanie nieoficjalnie – bez awantury.

 

AKT III

 

I rzeczywiście – Premier Broszka pytana o poprawkę przyznającą dotację mówi: Nie widzę powodów, dlaczego nie miałaby być przyjęta. A Jacek Sasin dodatkowo uspokaja redemptorystę: Będzie wskazany mechanizm, który zgodnie z prawem, pozwoli na wsparcie Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Szybko też uzasadnia swoje zdanie: toruńska uczelnia prezentuje bardzo wysoki poziom nauczania, polska komisja akredytacyjna wyróżniła szczególnie kierunek dziennikarski na tej uczelni. Nie ma nic złego w tym, że państwo wspiera instytucje i działania, które dobrze służą interesowi publicznemu.

 

AKT IV

 

Jarosław Żoliborski postanawia nie kopać się z koniem i rezygnuje z kontrowersyjnej dotacji. Ma lepszy pomysł – oto kilka lat temu Fundusz Ochrony Środowiska wycofał się z dofinansowania panu Tadeuszowi odwiertów geotermalnych. Pan Tadeusz decyzje zaskarżył i teraz nie dość, że otrzyma 27 mln dofinansowania, to dołożymy mu jeszcze z budżetu państwa odsetki karne za osiem lat. Moszna?

 

AKT V

 

Nie tylko Toruń ostatnio znajduje się na fali. W niedzielę minister Gliński odwiedził Częstochowę i z zupełnego zaskoczenia, w obecności biskupów i polityków PiS wyróżnił Jasną Górę i Tygodnik Katolicki „Niedziela” odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej. – To hołd wdzięczności rządu dla Jasnej Góry i tygodnika ,,Niedziela”, czyli mediów katolickich w podtrzymywaniu polskiej wspólnoty, stwierdził dumnie. Powtórzmy – hołd w podtrzymywaniu wspólnoty. Cokolwiek miałoby to oznaczać.

 

Dotacji i nagród ciąg dalszy nastąpi.

 

karl

Parytet

a1017f789d00acd56246dfc2e5e3d1de,640,0,0,0

 

Jedni się po ostatnich wyborach smucą, inni cieszą, ot, normalne reakcje po każdych wyborach. Jednak kto jak kto, ale feministki powinny dać na tacę albo wpłacić Sławkowi Sierakowskiemu jakąś hojną dotację, ot ich sen się spełnił. Sen o Parytecie, magicznym zaklęciu rozwiązującym wszystkie problemy kobiet właśnie się spełnia. Oto wstaję w poniedziałek rano i na twarz dostaję nowymi rozporządzeniami miłościwie nam panującej partii. I tak Beatka „Broszka” Szydło na początku stycznia, żeby ratować księżycowy budżet, sprzedała zagranicznym inwestorom, głównie niemieckim bankom i funduszom inwestycyjnym obligacje państwowe na kwotę 4,5 mld złotych. Operacja tak się spodobała Jarkowi, że postanowił dorzucić jeszcze do pieca i tydzień później dorzucił kolejne obligacje za 7,8 mld. Nabywcy oczywiście byli ci sami. Tak oto wystarczyły dwa tygodnie nowego roku, żeby PiS zwiększył zadłużenie Polski o ponad 12 mld złotych. Ale to nie koniec dobrych wiadomości. Oto Beata numer dwa, niejaka Kempa ogłosiła właśnie program masowych zwolnień w urzędach. Wszyscy ci, którzy nie zdecydują się na złożenie hołdu Jarkowi, muszą pakować manatki . „Kadra kierownicza to musi być grupa ludzi, która ręka w rękę pójdzie z ministrem czy wojewodą naprawiać państwo. Jeśli ktoś nie będzie chciał z naszym rządem współpracować, to stosunek pracy z nim zostanie rozwiązany” zapowiada Beata numer dwa i możemy być pewni, że nie żartuje. Bierut też nie żartował. Specjalna, w ekspresowym tempie przegłosowana ustawa znosi obowiązek organizowania konkursów przy zatrudnianiu urzędników,  nie przewiduje konkursów, znosi też wymóg znajomości służby cywilnej przez kandydatów, nowi dyrektorzy nie muszą być też apolityczni. Brawo! To jednak nie koniec świetnych wieści. Oto Krystyna „profesor” Pawłowicz zostanie szefową komisji do badania nieprawidłowości rządów PO. Innymi słowy fucha na co najmniej kilka lat. Największą zagadką pozostaje, kto wygra walkę o catering dla Kryśki, wiadomo że panna Krysia nie zwykła marnować czasu na odwiedzanie stołówki i posiłki konsumuje w trakcie obrad. Ale tylko wtedy, kiedy nie poucza maluczkich, nie znosząc słów sprzeciwu, w swoich krótkich eksplozjach kultury. Tak oto Parytet zastosowany w praktyce rozwiązuje kolejno jeden po drugim problemy z jakimi poprzednie rządy borykały się latami. I tylko po cichu się zastanawiam, czy ktoś zaproponuje kiedyś inny parytet, taki oto, żeby chociaż połowa urzędników w Polsce była mądra. Na autora takiego postulatu głosować będę do końca życia.

 

karl

Bangladesz Europy

kod

 

Nie wiem nawet, od czego zacząć. Rozmiar upadku, patologii, degeneracji, bezinteresownej pogardy, zawiści i głupoty w kraju zwanym Polską przeraża. Im dłużej na to patrzę, tym jestem bardziej przerażony. Kocham ten kraj, nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej, ale to co dzieje się z Polską wpędza mnie w głębokie przygnębienie.

 

Kolejne rządy doprowadziły do wykształcenia się dzikiego kraju (Mirosławie Drzewiecki, dziękujemy!), w którym decyduje prawo dżungli, silniejsze łokcie, znajomości, łapówki i układy. Jako że kolejnym rządzącym nie starczało czasu na mało atrakcyjną, mozolną pracę na rzecz swojej ojczyzny, samoistnie wykształciło się państwo służące realizacji opresji wobec obywatela, jednocześnie nie broniące go w żadnym momencie przed niesprawiedliwością i przemocą. Prokuratura, sądy, policja, US i inne instytucje kontrolne zamiast ścigać złodziei, oszustów i kryminalistów, zwalczać patologie i zwyrodnienia na celownik wzięły tych, którzy nie potrafią się bronić, są za słabi lub za mało ustosunkowani by przeciwstawić się machinie władzy. Gospodarka jest w zupełności uzależniona od zachodu, tamtejsze firmy nie mogą się nacieszyć, że od 25 lat płacą głodowe pensje i jeszcze niższe podatki. Jeśli płacą w ogóle.

Kaczyński, Tusk, Miller, Pawlak i im podobni są winni w równym stopniu jak wszyscy ci, którzy przyglądali się temu tango mortale nie robiąc nic. Zdegenerowany aparat państwowy jest jedynie odbiciem narodu. Urzędnicy, sędziowie i prokuratorzy nie wylądowali tu w swoich kosmicznych spodkach. Chodzili do tych samych szkół co my, grali z nami w piłkę, pili tą samą wódkę i jedli ta samą kiełbasę z grilla. Tylko że jedni trafili na kasę do Biedronki a inni w ministry czy urzędy. I wykorzystują władzę ile można. Bo można. Bo folwark, zabory, wojna i komunizm uczyniły nas niezdolnymi do życia w normalnych warunkach, my wciąż musimy szukać wroga, jednocześnie użalając się nad swoim losem. Bo przez setki lat interes własny i interes państwa stały ze sobą w sprzeczności, i w naszej podświadomości wciąż panuje przeświadczenie, że  robiąc coś dla państwa jednocześnie szkodzimy samym sobie. Pozbycie się tego patologicznego idiomu z naszego narodowego DNA zajmie pokolenia. Dziś nawet jeśli widzimy, że Polska zmierza w złym kierunku, co najwyżej przyglądamy się temu wszystkiemu i klniemy, tylko po cichu, bo jeszcze mandat można dostać. Bo co pan zrobisz, nic pan nie zrobisz. Imposybilizm pełną gębą.

 

Od 27 lat oczekujemy cudu. Wypatrujemy Mesjasza, który przyjdzie i zbawi nas od biedy i złych ludzi. Jedni wierzyli w Kwaśniewskiego, inni w Leppera, Kaczyńskiego czy Tuska. Teraz przyszedł czas na pana Ryszarda. W całym kraju odbywają się marsze poparcia dla Ryszarda Petru. Tyle tylko, że Petru już był – należał do Unii Wolności, rządził z Balcerowiczem w latach 90. i doprowadził do dzisiejszego stanu rzeczy. Czego można oczekiwać od byłego współpracownika Banku Światowego i zachodnich banków?

Spoglądam na profil Mateusza Kijowskiego i czytam:

Jestem oburzony zakusami polityków zmierzającymi do zawłaszczenia bądź podporządkowania sobie energii społecznej, jaką wyzwolił KOD. Nie zgadzam się na takie działania z ich strony i będę bronił KOD przed podporządkowaniem jakiejkolwiek partii, chociażby tylko w deklaracjach czy wyobrażeniach nielicznych. Liczę, że politycy zrozumieją, że ta energia, ten zapał i zaangażowanie nie są na sprzedaż, a gdyby zostały zawłaszczone, stracą swoją moc.

 

A potem spoglądam na demonstracje na warszawskich ulicach i w pierwszym rzędzie widzę Petru, Neumanna, Szejnfelda, Siemoniaka, Kidawę-Błonską, Kosiniaka-Kamysza, Kalisza czy Nowacką, w dodatku poprzebieranych za zwykłych obywateli.

Czytam dalej :

Jeżeli chcemy żyć znowu w demokratycznym państwie prawa, pod rządami Konstytucji, ze sprawnym Trybunałem Konstytucyjnym, z wolnymi mediami, z korpusem służby cywilnej, z szanującymi wolność oraz prawa człowieka i obywatela służbami porządkowymi, ze skuteczną i rzetelną ochroną środowiska naturalnego, z szacunkiem dla mniejszości i z odpowiedzialnością większości…

 

Znowu? Tzn kiedy ostatni raz pan Mateusz żył w państwie prawa z wolnymi mediami i szanującymi wolność oraz prawa człowieka i obywatela służbami porządkowymi? Pamięć szanownego pana sięga roku 39? Bo chyba nie mówi pan o ostatnich latach, kiedy to degeneracja i pogarda wobec obywatela ze strony aparatu państwa sięgała zenitu? Kiedy władze nad sumieniami sprawowali Michnik, Lis i Olejnik? Kiedy państwo zamiatało pod dywan sprawę Amber Gold i setki innych jak długo się dało, za to policja zwykłym obywatelom hurtowo wystawiała mandaty za jakieś niedorzeczności bo tak nakazywała (i dalej nakazuje) tzw, wykrywalność? To chyba panie Mateuszu żyliśmy w dwóch różnych Polskach.

Przeciw czemu dokładnie protestują ci domagający się demokracji i wolności koderzy? Czym niby różni się obecna opresja od poprzedniej, do której zdaje się chętnie chcą powrócić? Możemy mówić o zmianie formy, ale na pewno nie treści. Za każdym razem sprowadza się to do ordynarnego skoku na władzę i pieniądze. Inaczej może to wyglądać co najwyżej w medialnym obrazku. Otóż PiS zwołuje dawnych kumpli spod celi, wyważa kopniakiem drzwi, rozbija, tłucze i niszczy wszystko co napotka po drodze i lży wszystkich, którzy stają im na drodze. Tymczasem Platforma zakradała się od tyłu, wytrychem otwierała drzwi, ładowała po cichu do worka wszystkie kosztowności, a przyłapana na gorącym uczynku tłumaczyła się pokrętnie  że to w sumie nic takiego, w ogóle to tylko pożycza a przecież w zeszłym tygodniu wrzuciła 10 zł do puszki WOŚP. W obu przypadkach straty w naszym domu wyglądają jednak podobnie.

 

Na początku lat 90. Wpadliśmy po kolana w bagno. Teraz tkwimy w nim po pas, może nawet głębiej. Szamotanie się nic tu nie pomoże. Pomocy musimy szukać gdzie indziej. Spójrzmy na naszych sąsiadów, którym się powiodło i zastanówmy się jak do tego doszli. Otóż głównie dzięki dwóm cechom, niestety wrodzonym: etosowi pracy i przyzwoitości. Te z kolei możemy osiągnąć dzięki edukacji i kulturze. Sęk w tym, że ani o jednej ani o drugiej w ubożuchnej polskiej debacie publicznej ani widu ani słychu. Być może szansę na konieczne reformy dawałyby partie takie jak Razem czy Demokracja Obywatelska. Ale musiałyby zejść z chmur i zamiast mówić CO należy zrobić zastanowiły się JAK to zrobić. Głównym think tankiem można by uczynić Instytut Spraw Obywatelskich/Obywatele Decydują Rafała Górskiego, a doradcami  choćby Międzywojewódzki Komitet Strajkowy Małych Firm czy ruch społeczny Niepokonani 2012.

 

Niestety, to tylko gdybania. Bo media, ostatni element układanki są reformowaniem Polski zupełnie niezainteresowane, ani w interesie TVN-u ani TV Trwam edukacja ani rozsądna debata nie leży, bo trzeba by zarzucić dotychczasową politykę walenia się maczugami po głowach, a to przecież takie łatwe, przyjemne i można tak ciągnąć w nieskończoność. W dodatku sprowokowani do myślenia widzowie i słuchacze mogliby odkryć pustkę przekazu owych mediów i mocno się zezłościć. Jeśli coś nie będzie trąbione w radio i telewizji na okrągło to do większości po prostu nie dotrze. I tak będziemy w kółko maszerować i protestować jedni przeciw drugim to tu to tam, pozostając w teorii państwem europejskim, a w praktyce Bangladeszem Europy.

karl