Archiwa kategorii: MUZYKA

Dylan.pl – Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru

dyl

 

Nobody sings Dylan like Dylan” to było ulubione powiedzenie Roberta Leszczyńskiego, wielkiego fana. Trafnie definiuje fenomen Dylana, który przecież nie wyróżniał się ani wybitną grą na gitarze, ani aksamitnym głosem, a mimo to nieustannie obdarowuje się go wszelkimi możliwymi nagrodami, co ważniejsze jest dla milionów słuchaczy najważniejszym muzycznym punktem odniesienia. Dowodem choćby strona internetowa, która zbiera wszelkie możliwe multimedia z całego świata stanowiące hołd dla Mistrza pod tytułem… Nobody sings Dylan like Dylan. Fanom czasem nie wystarcza tylko słuchać, muszą uwielbienie udowodnić własnymi próbami wykonania songów Dylana. Zazwyczaj kończy się nie najlepiej.

Co sprawiło, że Zimmerman stał się Dylanem? Głónie fakt, że urodził się w Ameryce. Od najmłodszych lat nasiąkał amerykańską tradycją, głównie folkiem, także country, jazzem czy w końcu rockiem. Muzyka amerykańska, głównie w swoim czarnym korzeniu charakteryzuje się jednym – naturalnym, hipnotycznym pulsem. Trudno się go nauczyć, trzeba go wchłonąć całym sobą, przejąć od otoczenia. Tego przede wszystkim zabrakło na płycie Filipa Łobodzińskiego.

 

 

 

Żeby nie było że to jakaś osobista wycieczka, bardzo cenię Filipa, za jego erudycję, przemyślane komentarze, wreszcie świetny gust w doborze kultury, a więc i za miłość do Dylana. Ale na tej płycie coś nie wyszło, myślę że za bardzo się panowie starali oddać magię Dylana 1:1 przy okrojonych bądź co bądź możliwościach. Brakuje tu zarówno wspomnianego pulsu, amerykańskiego swingu, jak i gładkiej produkcji. Oryginalne produkcje brzmią tak potoczyście i gładko, że mogą służyć zamiast szala jesienna porą, zamiast kominka zimą. Tu wszystko brzmi kwadratowo, po polsku, na dwa, a produkcja bije po głowie, twardo i zupełnie nie po dylanowsku,  a’la americana.

Przeszkodziła nadmierna czołobitność, to bardziej hołd niż płyta z muzyką. Zdarzało się, że nasi artyści grali po dylanowsku z większą finezją, czasem nawet nie nazywając tego po imieniu. W 2005 roku Martyna Jakubowicz do spółki z mężem Andrzejem stworzyli kilkanaście coverów, które dało się słuchać z większą przyjemnością. Duch Dylana naturalnie wybrzmiewa też w solowej twórczości Pablopavo, im dalej tym bardziej jest dostrzegalny. Wystarczy choćby posłuchać „Dancingowej Piosenki miłosnej”, „Nie wiesz nic” czy „Soboty”.

 

Dylanów ci u nas dostatek, ale i tego przyjmiemy, jako że cały on ze szczerego serca i prawdy. po prostu następnym razem warto pamiętać, że „nobody sings Dylan like Dylan”.

 

karl

NOWOŚCI | Warsaw Afrobeat Orchestra – Man Is Enough

afro

 

Kiedy poprzednio pisałem o zespole, wspominałem coś o ludowszczyźnie i proszę, nowy album zaczyna się od ludowej przyśpiewki. Szybko jednak muzyka niesie nas do Lagos, Dakaru czy małej wioski gdzieś w Zachodniej Afryce.

Pisanie o tym zespole, że grają afrobeat nie byłoby oddawaniem rzeczywistości. Słychać że muzykę afrykańską, znają, lubią i szanują, ale też słuchają całej masy innych nagrań z całego świata. I dzięki Bogu, po co niby mieliby być festyniarską atrakcją typu Fela Kuti Tribute czy Tony Allen Trubute, skoro mogą zaoferować coś oryginalnego. I to robią, osobiście ustawiłbym metronom na trochę szybsze tempo, brakuje mi tu trochę szalonego afrykańskiego pulsu, wrzucenia wyższego biegu, ale co ja tam wiem. Mamy tu wszystko to, co tradycyjna muzyka ludowa powinna oferować, z jednej strony okazję do beztroskiej zabawy, z drugiej mistykę, która otwiera drzwi do podświadomości, uruchamia kanały komunikacji z Wszechświatem i Naturą.

Zdawałoby się że trudno o bardziej odległą inspirację dla przyzwyczajonych do prymitywnego rytmu „na dwa” Polaków. Ale Polacy nigdy oczywistych ścieżek nie wybierali, bo po co. Lata, lata temu mogliśmy obcować z rodzimą muzyką, która czerpała ze źródeł równie odległych i była równie prawdziwa, zapewne dlatego, że podobnie jak oni, my tęskniliśmy wtedy za wolnością. Rege, jakie grali Jafia Namuel, Bakshish, Gedeon Jerubaal  czy Tumbao było naszą odpowiedzią na jamajskie granie, odpowiedzi zresztą całkiem udaną. Dzisiejsze rege ma już całkiem komercyjny sznyt, za to możemy z przyjemnością posłuchać Warsaw Beat Orchestra. „Man Is Enough”, płyta do tańca i do różańca, to kolejny krok do globalnej wioski, przybliża Polskę do Afryki a Afrykę do Polski. Być może dziś zespól który jest jeszcze trochę „Niepoznany”, już niedługo będzie całkiem „Unstoppable”.

 

karl

NOWOŚCI | Kasia Lins

kasia-lins

 

Mejdżersi umierają ale wciąż nie chcą umrzeć. Ciągle walczą, cudem przyciągając takie zjawiska jak Kasia Lins. Na tle tego co od lat dostarcza branża, której słoń na ucho nadepnął, nowa dziewczyna od Universala od biedy daje się słuchać.

 

 

Ta bieda trwa już jakiś czas, a ja z przyzwyczajenia nie mam zupełnie pojęcia, czego tam się słucha w gimnazjach i na dyskotekach i za każdym razem muszę sprawdzać w internecie i na przykład teraz na topie są Lisowska, Margaret, Grzeszczak i Jula. Cudowne, jestem wstrząśnięty i zmieszany. Nic się nie zmieniło do lat 90, kiedy Big Cyc śpiewał nie ma na to żadnej rady, dziś śpiewają tyko baby. Kasia na tym tle wypada całkiem znośnie, w porównaniu do konkurencji to półka wyżej, w zasadzie kilka półek. Rzadko w Polsce dostajemy taką produkcję, taki smaczny aranż, smaczny, ciekawy i przystępny (i tylko na jakiś czas na London Grammar powinna dostać embargo). W końcu to Bors, który wciąż zdaje się rozwijać. Świetnie się też ogląda, bo nie wiem czy wiecie, ale dziś muzykę się ogląda (głównie na pewnej stronie na Y jak Yeti) i Kasia ma parę obrazków, które z przyjemnością się ogląda. Jednak wszystko na tym świecie składa się z treści i formy, a skoro forma już została omówiona – słowo o treści. Zahaczają o banał, niestety te piosenki o nieszczęśliwej miłości, było już takich w historii dwa i pół miliona.

 

 

Że Beyonce i Rihanna śpiewają głupiej? Ano śpiewają, ale ciągle mają w Polsce kilka razy więcej fanek niż Lins. I to powinno być wyzwaniem dla Kasi, żeby za parę lat sytuacja się odwróciła, czego wam, jej i sobie życzę.

 

karl

NOWOŚCI | Snowman

snowman

 

„Dobrze jest znów wrócić. Zebrać wszystkie swoje najcenniejsze myśli rozpocząć budowanie relacji ze światem i z Wami. Mamy nowy album, mamy nową skórę, mamy piosenki pełne emocji, melodii i tego co w nas prawdziwe. Mamy się dobrze, a nawet bardzo! Wszyscy Jesteśmy jak piosenki na tej płycie. Zbiorem emocji, odpowiedzi i pytań. Otwartym zbiorem brzęczących myśli, które kluczą jedna za druga, czekając ujścia. Spływają po sobie, zmieniając znaczenia”.

 

Niedawno zmarł Wojciech Młynarski. W krótkim tekście przekonywałem, że choć ostatnio z tekściarzami słabo to są jeszcze Adam Zieliński, Paweł Sołtys czy Kasia Nosowska. Jakoś nie umieściłem w tym towarzystwie Kowalonka, powyższy cytat (znów wrócić!) wyjaśnia czemu tak się stało. Jak ktoś zapewnia, że jego pisenki są pełne emocji, melodii i prawdy to znaczy że trzeba się od niech trzymać z daleka. Ale jeśli grafomańskie pustosłowie miałby być tylko poszlaką, nowy numer będzie już dowodem przeważającym:

 

 

 

 

I wszyscy teraz zachodzą w głowę, kto to ten Kowalonek? Parę lat temu Majkel Kowalonek stał na czele nawet ciekawej formacji Snowman. Z jednej strony progresywne brzmienie, złożone harmonie, takie bardziej ambitne podejście do grania, z drugiej – chwytliwe melodie, słowem parę ciekawych numerów udało im się nagrać. Ale coś w nim pękło, coś się zmieniło, najpierw odszedł od konkurencji, która za koncert dostawała tłustsze czeki. Karma szybko zrobiła swoje, Michał zatopił, czy pomógł zatopić Myslovitz, po czym w glorii chwały wrócił do zespołu Bałwan, żeby ustrzelić drugie trofeum. Nie sądze, żeby Polacy padli na kolana, ale zostaje jeszcze Trójka, tam takie miałkie nudziarstwa zawsze miały wzięcie, pięćdziesięcioletni słuchacze w rozciągniętych swetrach i z kubkiem kawusi dają się wodzić za nos wszystkim Kaczowskim, Stelmachom i Niedźwiedzkim świata. Ile to już pokoleń straciło na zawsze muzyczny smak, sam coś o tym wiem. Tym się powinna zająć Konwencja Genewska, to nowy rodzaj broni masowego rażenia, śmierć przez usypianie. Ale może niepotrzebnie wszczynam alarm, idzie wiosna, najgorszy czas dla Snowmanów.

 

karl

Rewolucja wewnątrz rewolucji

warpaint-theonepointeight-5

 

Suzi Quatro zobaczyła ją po raz pierwszy w Continental Hyatt House w zachodnim Hollywood. Swoją młodszą kopię, nosiła taką samą fryzurę, taką samą kurtkę, siedziała w hotelowym lobby i nie odzywała się do nikogo. To samo powtarzało w każdym hotelu na całej amerykańskiej trasie. Joan Jett zaczynała jako gorliwa psychofanka Suzie, żeby wkrótce stanąć na czele Runaways, jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej żeńskiej rockowej kapeli. Dwie filigranowe dziewczyny stały się ambasadorkami świata, w którym dziewczyny kruszą skały z większym animuszem niż chłopaki.

 

Jeśli rock buntował się przeciw autorytetom, żeński rock buntował się przeciw dokładnie temu samemu. Plus męskiemu szowinizmowi, kolesie w rockowych kapelach stawiali pod pręgierzem mieszczaństwo i pruderię ówczesnych czasów, laski musiały dodatkowo zmierzyć się ze stereotypowym postrzeganiem kobiet, toczyły dwie wojny, musiały obalać dwa mury zamiast jednego. W popkulturowym micie o rokendrolu przypadły im role drugoplanowe. Męski testosteron prężył się w światłach reflektorów, miejsce dziewczyn było pod sceną. Role zostały rozdane w drugiej połowie lat 50, kiedy rock zyskał twarz Elvisa, Chucka Berry, Eddie Cochrana, Little Richarda czy Jerry’ego Lee Lewisa. Stereotypy długo były bezwzględne na widok rokendrola w spódniczkach, podświadomość dostrzegała dysonans w fallicznych gitarach czy pałkach perkusyjnych trzymanych w rękach dziewczyn. W trakcie kilku dekad powstały tysiące żeńskich zespołów, wśród których było wiele wybitnych. Przy okazji każdego zestawienia najważniejszych zespołów czy płyt w historii muzyki kapele złożone z pań są brutalnie pomijane. Dlatego dziś drodzy czytelnicy otrzymają rodzaj istotnej erraty, zaproszenie do nieznanej krainy, w której rock and roll jest kobietą.

 

Zanim na scenie pojawiła się pierwsza rockowa kapela, która zamiast penisów dumnie prężyła piersi, dziewczyny grały jazz. Sto lat temu, jeśli ktoś miał szczęście, mógł trafić na występ The Schuster Sisters Saxophone Quartette albo The Darling Saxophone Four – jednego z żeńskich kwartetów, które do serca wzięły sobie słowa sufrażystek. Po wojnie, gdy nikt nie słyszał jeszcze o rock and rollu, Ameryka mogła się już poszczycić pierwszym gitarowym dziewczęcym zespołem z prawdziwego zdarzenia - Rhythm Ranch Gals. W składzie pojawiły się perkusja, bas, gitara akustyczna i prawdziwy telecaster. W tamie pojawiło się pierwsze pęknięcie, jednak prawdziwa fala uderzeniowa miała dopiero nadejść.

W kolejnej dekadzie zaroiło się od żeńskich zespołów, takich jak The Continental Co-ets, The Heart Beats, The Belles czy The Models. The Livebirds wyjechały z Liverpoolu do Hamburga, do słynnego Star Clubu, gdzie z miejsca stały się sporą atrakcją. Brzmi znajomo? Wypisz wymaluj historia bitelsów, z tą różnicą że dziewczyny zostały w Niemczech do końca lat 60. Był też zespół Pleasure Seekers, który przekształcił się w Quattro Sisters. Wkrótce basistka postanowiła występować na własny rachunek…

Kiedy Suzi zaczynała solową karierę, jej siostra Patti dołączyła do zespołu Fanny. Siostry Millington przybyły do stolicy Kalifornii z Filipin gdzie od najmłodszych lat grały rocka. Rozczarowane brakiem popularności grały pożegnalny koncert, kiedy zostały dostrzeżone przez wpływowego impresario, Richarda Perry. Zespół zmienił nazwę z Wlid Honey na Fanny i kariera ruszyła z kopyta. Grały ciężko, z niesamowitym groovem, jak mało kto w tamtych czasach. To był wciąż jednak zapowiedź nadchodzących zmian. Historię rocka pisały Nico, Grace Slick czy nieodżałowana Janis Joplin, Patti Smith przecierała szlaki punk rocka, ale śpiewanie to jednak jedno, z instrumentami radziły sobie gorzej. To Suzi Quattro, drobna dziewczyna w skórzanym kombinezonie wkroczyła na scenę z wielgachną gitarą basową w ręku i wszczęła prawdziwą rewolucję.

 

Joan Jett była zakochana w Suzi Quatro od pierwszego wejrzenia w TV, bycie stalkerką Suzi przestało jej jednak wystarczać i zaczęła rozglądać się za koleżankami z którymi mogłaby grać. Sekwencja zdarzeń, która doprowadziła do powstania The Runaways to gotowy scenariusz na film który zresztą wszedł do kin w 2010 roku. Produkcja nosiła zaskakujący tytuł „The Runaways”. Wszystko zaczęło się w klubie Rodney’s w Los Angeles, który w owym czasie był dość liberalny w podejściu do wieku swoich klientów. Kari Krome, lat 14 spotkała Joan, lat 15 i dziewczyny szybko znalazły wspólny język. W Rodney’s lubił się też pokazywać Kim Fowley, który od dawna planował zebranie do kupy paru dziewczyn grających rocka. Dzęki Krome, która była tekściarką poznał Joan Jett i machina ruszyła. Wkrótce Sandy West, lat 14 (nikogo nie zdziwił starszy pan otoczony wianuszkiem nastoletnich dziewczyn bez opieki rodziców) również spotkała Fowleya i napomknęła mu, że gra na perkusji. Lita Ford przyszła na przesłuchanie jako basistka, ale kiedy w przerwie chwyciła za swoją gitarę i razem z Sandy zaczęły grać „Highway Star” wystarczył jeden numer, żeby dwie fanki Deep Purple zakumplowały się na amen, a zespół zyskał nową gitarzystkę. Wkrótce dołączyły Cherrie Curie i Jackie Fuchs, a Fowley w szybkim tempie pokierował zespół na szerokie wody.

 

 

Dziewczyny szybko zyskały sporą sławę, głównie w Japonii gdzie spotykały się z objawami kultu, jednak rokendrolowe życie w trasie było ponad siły wciąż nastoletnich dziewczyn. Faceci wyzywali je, obrzucali, nie pozwalali zrobić soundchecku a to i tak nie były największe zagrożenia, jakie czekały w trasie. Basistka Runaways, Julie Fuchs została zgwałcona przez Fowleya po tym, jak podano jej sporą dawkę quaalude. Tajemnicą poliszynela był również fakt, że zespół był klubem lesbijek, Joan Jett i Cherrie Currie lubiły eksperymentować, przez co 16-letnia Lita Ford na początku była zbyt przerażona i uciekła z zespołu. The Runaways rozpadły się po zaledwie trzech latach, wkrótce pojawił się Joan Jett and The Blackhearts. 23 wytwórnie odrzuciły ich płytę, którą po koncertach sprzedawali prosto z bagażnika. To wszystko tylko nakręcało Joan Jett, która z całych sił starała się pokazać innym dziewczynom, że we wciąż patriarchalnej Ameryce mogą spełniać swoje marzenia, nawet jeśli oznacza to zdecydowane wkroczenie na męskie terytorium.

 

Joan Jett z zespołem często odwiedzały Wielką Brytanię i dziewczyny z Wysp nie chciały być gorsze. Chłopaki po prostu nie chcieli z nami grać – opowiadają członkinie Girlschool, granie w żeńskiej kapeli to był jedyny sposób żeby trafić do zespołu. Szybko wsadziły kij w oko krytykom, kiedy pojechały w trasę z Lemmym i Motörhead. Największą konkurencję robiły im Rock Godess, piękniejsza twarz NWOBHM. Z powodu wieku grającej na perkusji Julie Turner (debiutowała w zespole mając 9 lat!) zespół często miał problemy z występami. Mimo to zdarzało im się supportować Iron Maiden czy Def Leppard.

 

Podobnie jak Quatro za oceanem dziewczyny stojące na czele zespołów takie jak Siouxie Sioux i Poly Sterene były inspiracją dla jednej z najlepszych formacji pierwszej fali punku w UK. The Slits kumplowały się z The Clash, grały z nimi na trasie White Riot Tour. Spotykały się jednak z większą niechęcią niż Sex Pistols czy The Clash, w oczach Brytyjczyków w tamtych czasach bycie dziewczyną-punkiem było większym przestępstwem niż chłopakiem-punkiem. Ari Up dwukrotnie została dźgnięta nożem, gdy szła po ulicy.

Wkrótce punk przeobraził się w Nową Falę. Jednym z prominentnych przedstawicieli były The Raincoats, zespół który walnie przyczynił się do powstania puk rocka w Polsce. To pod wpływem koncertu Raincoats w Warszawie Robert Brylewski i Maciej Góralski postanowili założyć Kryzys. Lata później Kurt Cobain twierdził, że to jego ulubiona kapela, choć „ulubionych kapel” miał co najmniej kilka. Slits i Raincoat łączy postać Kate Korris, która stała na czele Mo-dettes, ska-punkowego bandu z lat 70. Te kumplowały się z Madnessami, Jane Crockford wyszła nawet za Daniela Woodgate. Inny ważny zespół tamtych czasów, The Deltones proponował eleganckie, mainstreamowe ska.

 

Wkrótce żeńskie granie rozlało się po świecie, w Szwajcarii furorę robiły dziewczyny z Kleenex/LiLiPUT, w 1979 w Düsseldorfie powstaje Östro 430, kobiecy wkład w ruch Neue Deutche Welle, w Japonii 5 6 7 8′s grały i wciąż grają surf rocka, Tarantino zaprosił je do występu w Kill Billu, gdzie grają siebie. Inny japoński ansambl, ex-Girl nie zdecydowały się na konkretną stylistykę i ich koncerty przypominają bliskie spotkania 3. stopnia. Hiszpanki z Viudas e Hijas del Roque Enroll grają mieszankę nowej fali, rock and rolla i popu, w Finlandii Mari Halonen, Katariina Haapalainen i Kristiina Haapalainen założyły Micragirls, grający psychodeliczny garage rock. Zapełniając mapę rockowej dominacji kobiet warto wspomnieć o Bitchcock, perwersyjnej trawestacji nazwisk Hitchocok z Holandii.

 

Nowa dekada mocno stępiła ostrze mainstreamowej muzyki. Dziewczyny nie były wyjątkiem, na okładkach muzycznych pisemek królowały żeńskie formacje które próbowały łączyć wodę z ogniem, pozując na buntowniczki, podczas gdy z głośników dochodził melodyjny pop. Gwiazdami były Bananarama, The Bangles, Vixen czy The Graces. Inaczej sprawa wyglądała z  The Go Go’s, obok B-52’s pionierów Nowej Fali w Stanach. Zespół zaczynał jako część punkowej sceny Los Angeles, Belinda Carlisle (wówczas znana jako Dottie Danger) była przez krótki moment wokalistką The Germs, dziewczyny często dzieliły scenę z inną legendą kalifornijskiej sceny, Fear. Najbardziej niedocenianą formacją tamtych czasów jest ESG, w ich muzyce słychać było hip hop, post-punk i elegancję Talking Heads. Kiedy na listach przebojów dominowały dziewczęce zespoły i ich cukierkowe przeboje, w zatęchłych salach prób i śmierdzących klubach podziemia kiełkowała druga fala dziewczyńskiej rewolucji.

 

 

Hardcore punk, Sonic Youth i Pixies, wreszcie grunge sprawiły, że niezależna scena USA przeżywała w latach 80. złote lata. Jednak nawet w lewicowym, domagającym się podmiotowego traktowania człowieka środowisku kobiety były spychane na bok, nikt nie traktował poważnie ich obecności na scenie. Paradoksalnie dzięki temu powstawało coraz więcej charyzmatycznych i oryginalnych dziewczyńskich zespołów w rodzaju kalifornijskiego L7 (nazwa oznaczała sztywniaka, nudziarza), noisowo-punkowego Babes in Toyland z Minneapolis, dziewczyn ubranych w lalkowe stroje kontrastujące co nieco z przekazem czy nowojorskiego Lunachicks. W 1990 roku dołączyły dziewczyny z 7 Year Bitch, kapela z Seattle, gdzie wówczas już mocno wrzało, wciąż jednak w męskim składzie. Nikki and the Corvettes  i The Pandoras doskonale symbolizują ewolucję lat 80. Corvettes tkwiły jedną nogą w latach 70. grając coś w rodzaju pop punku, tymczasem grające w tym samym czasie Pandoras prezentowały muzykę opartą na garage rocku lat 60., granym jednak z przesterowanym brzmieniem i wściekłością hardkoru. Ciekawie działo się też w Bostonie. W 1983 Kristin Hersh i Tanya Donelly zakładają Throwing Muses. Podczas trasy z Pixies Donelly kumpluje się z Kim Deal, która niezadowolona z pośledniej roli w zespole zamierza założyć własny ansambl. Kim wciąga do zespołu swoją bliźniaczkę Kelley, wówczas programistkę komputerową z którą kilka lat wcześniej założyła dla zabawy kapelę o nazwie Breeders (w gejowskim slangu heteroseksualiści – Rozpłodnicy). Odkurzyły dawną nazwę, uzupełniły skład o Carrie Bradley i wkrótce na trasę zaprasza je Nirvana. Całe te podziemne, w dużej mierze hobbystyczne granie w latach 80. było czerwonym dywanem rozłożonym przed nowym, już zinstytucjonalizowanym ruchem dziewczyn z gitarami – Riot grrrl. Panie z Girlchool powtarzały, że płeć nie ma dla niech znaczenia, grają w zespole, w którym tak się składa, są same dziewczyny. Dla Riot grrrl płeć miała znaczenie pierwszorzędne. Kobieta miała dzięki ich staraniom przestać być niewolnikiem świata. Dziewczyny walczyły na scenie o prawa dziewczyn.

 

Ruch łączył działalność muzyczną i polityczną, był w prostej linii efektem obywatelskiej aktywności tamtych czasów. Skumulował w jeden potężny ruch lokalne grupki aktywistów, tworząc pomost pomiędzy wschodnim i zachodnim wybrzeżem, ściślej mówiąc między Waszyngtonem i Olimpią. Wokół riot grrrl szybko wytworzyła się scena muzyczna. Wyróżniały się wśród niej zdecydowanie dwa zespoły – Bikini Kill i Bratmobile.

 

Kathleen Hanna miotała się wraz z rodzicami między wschodnim a zachodnim wybrzeżem, trafiając w końcu do college’u w Olimpii w stanie Waszyngton. Tam grała najpierw w Amy Carter (na cześć córki prezydenta), następnie w Viva Knivel który to zespól służył głównie jako atrakcja w czasie wystaw w jej własnej galerii Reko Muse. Hanna podejmowała się różnych zajęć podczas studiów, rozbierała się w klubie ze striptizem, gdzie szybko poznała męską opinię na swój temat. Występowała jako spoken word artist - wygłaszała przemówienia na spotkaniach organizacji feministycznych. Pod wpływem fanzinu Jigsaw (podtytuł angry grrrl zine) przyłączyła się do redagujących go Kathi Wilcox i Tobi Vail. Skutkiem ubocznym znajomości była punkowa kapela, Bikni Kill. Pierwszego singla wyprodukowała im sama Joan Jett, po czym przyłączyła się do procesu twórczego przy pisaniu materiału na pierwszy album, „Pussy Whipped”.

 

Kathleen Hanna opowiada o życiu w trasie i zabawach z Kurtem Cobainem:

 

Bikini Kill przestało istnieć po 6 latach, w 1998 roku Hanna rozpoczęła nowy etap działalności w ramach electroclashowego Le Tigre. W 2010 roku powróciła do punk rocka w ramach The Julie Ruin. Od 20 lat pozostaje w szczęśliwym związku z panem Adamem Horovitzem, czyli Ad Rockiem z Beastie Boys.

 

Początki Bratmobile sięgają Olimpii, jednak właściwy skład uformował się podczas kilkutygodniowego pobytu w Waszyngtonie podczas prac nad fanzinem riot grrrl, gdzie Allison Wolfe i Molly Neuman poznały gitarzystkę Erin Smith. Kiedy jeden ze znajomych doradził im, że powinny brzmieć jak The Ramones, wiedziały że należy zrobić wszystko, żeby brzmieć zupełnie inaczej. Postpunkowe granie zmieszane z surf rockiem i garage rockiem dało im najbardziej oryginalne brzmienie na scenie riot grrrl. W połowie lat 90. scena liczyła kilkadziesiąt zespołów, warto wspomnieć też choćby Heavens to Betsy, Excuse 17, Huggy Bear, Skinned Teen czy Emily’s Sassy Lime.

 

Finalnym ogniwem ewolucji Olimpijskiej sceny jest Sleater-Kinney. Dziewczyny przyszły niejako na gotowe, ugruntowana pozycja żeńskiej sceny niezależnej była podparta dodatkowo doświadczeniem wyniesionym z poprzednich formacji. Zespół założyły Corin Tucker, ex-Heavens To Betsy, Carrie Brownstein, ex-Excuse 17 i i Janet Weiss, wcześniej w składzie Quasi. Ta supergrupa prezentowała najdojrzalszą w całym ruchu riot grrrl muzykę i pozostaje jedyną istotną formacją grającą do dziś.

 

Jednocześnie działały formacje, które mówiły o tych samych problemach i na swój sposób walczyły o obecność kobiet na scenie współczesnego rock and rolla, nie utożsamiając się bezpośrednio z ruchem. Red Aunts z Long Beach powstały jako muzyczna emanacja zina Real Life in a Big City. W Toronto Fifth Column przy pomocy post punka walczyły o prawa środowisk gejowskich w Toronto. Grzechem byłoby nie wspomnieć choćby The Gits, Hole, Dickless czy Veruca Salt.

Obfitość świetnych kapel w latach 90., szczytowym momencie żeńskiego grania i muzyki w ogóle sprawiła, że niektóre pozostają dziś nieznane. Cake Like na przykład robiły świetną robotę, przez co zostały zauważone najpierw przez Johna Zorna, który szybko włączył je do swojej wytwórni, żeby szybko zostać przejęte przez Neila Younga. Zespół powstał na bazie znajomości wyniesionych ze szkoły teatralnej co słuchać w manierze wokalnej. Ale mimo to świetna kapela. Albo zupełnie nieznany u nas Luscious Jackson. Na perkusji miał Kate Schellenbach która dekadę wcześniej szlajała się po mieście z chłopakami z Bestie Boys, grała nawet na perkusji w pierwszym wcieleniu zespołu. Dziewcyna była naocznym światkiem historii rocka, Ramones, Talking Heads i Blondie ciągle grały na jej dzielnicy. Z początku miał to być cover band ESG z dawnymi kumpelami, Jill Cunliff i Gabby Glasser. Demo trafiło do Mike’a D i Beastie Boys pojawia się po raz drugi. Jeździły w trasę z chłopakami, Adam Horovitz pomagał im przy pisaniu materiału na ostatnią płytę. Grały niezwykle eklektyczną muzykę, kolaż wszystkiego, co można było usłyszeć w Nowym Jorku lat 90, duszność hardcore’u, hiphopowy beat i wokale w stylu Sheryl Crow. Ich styl porównywano do przełączania radia w latach 70. co niezwykle je śmieszyło.

Na koniec jeszcze wspomnienie jednej z najważniejszych formacji lat 90., czyli Elastiki. Bębniarzem był Justin Welsh, co nie zmieniało faktu że kapela była rządzona przez dziewczyny. Na czela stała Justine Freishmann, córka emigrantów z Rosji i Węgier, Żydów którzy ocaleli z Holocaustu. Stała się uosobieniem britpop girl, najpierw pojawiając się u boku Bretta Andersona, potem Damona Albarna. Dziewczyna rockmana, tyle wówczas dla mediów znaczyła liderka jednej z najlepszych kapel britpopu.

 

Druga fala żeńskich kapel rockowych sprawiła, że dziewczyny z gitarami nie musiały już z taką energią rozpychać się na scenie i bronić przed niedorzecznymi zarzutami, zamiast tego mogły skupić się na samej muzyce. Dziewczyńskie zespoły solidaryzowały się pod hasłem girl power, ale miały też własne sprawy do załatwienia, czasem z różnych parafii. Barlow Girls na przykład przy pomocy gitar chcą ewangelizować, zachowują wstrzemięźliwość seksualną, stronią od alkoholu i używek, nie chodżą nawet na randki, za to aktywnie walczą z aborcją. Natomiast artystyczna twórczość Rockbitch podąża w nieco innym kierunku, ale na pewno nie rozczarowuje tych, których przyciągnęła nazwa. Występy nago, zarówno w teledyskach jak i na scenie szły dalej i zdarzało się, że na scenie uprawiały seks z wciągniętymi z widowni fanami. Również pociągała je religia, tyle że wybór padł na pogaństwo, które bardzo mocno promowały. Zupełnie niewinnie wypadają przy nich The Ladybirds. Amerykanki w latach 60. zaczynały od występów klubach topless, jedynie udając grę na instrumentach, szybko jednak nauczyły się grać i ruszyły w trasę. Co ciekawe, w Danii istniała druga grupa, która lubiła chwalić się pięknymi kształtami podczas koncertów. Nazywały się … The Ladybirds.

Nie trzeba też wcale grać punka żeby zajmować stanowisko w kwestiach politycznych, artystki country, Dixie Chicks przez cały czas kadencji George’a Busha wygłaszały antyprezydenckie przemówienia w czasie koncertów. Folkowy duet Indigo Girls też nie zamierzał wdzięczyć się do odbiorcy, opowiadał historie które można było usłyszeć w pubie po kilku głębszych. Jeśli muzyka nie była wystarczająco ekstremalna, The Devotchkas wzbudzały sensację samym wyglądem, przygotowanie różowych czubów zajmowało więcej czasu niż próba dźwięku przed koncertem.

 

devotch

 

Nervosa z Brazylii agresją nie ustępuje Sepulturze z najlepszych lat, podobnie Broadzilla z Detroit, kolebki garażowego łojenia. Greckie boginie metalu z Astarte czy Black Widows z Portugalii eksplorują goth metal w 100% żeńskiej obsadzie. Australijski Skulker łączy brzmienie punkowe i metalowe. Kanadyjska KIttie podobnie jak szwedzka Drain S.T.H. reprezentują nu metal, exist†trace czy Aldious pozwala zrozumieć, jak metal rozumie Japonia.

 

Dziewczyny nie udowadniają już że potrafią obsługiwać gitary i perkusje, ale że w muzyce chcą i potrafią odkrywać nowe lądy. Grają, bo granie w dziewczyńskiej kapeli jest po prostu cool. Erase Errata działa w obrębie estetyk new vawe, noise’u i eksperymentu w rodzaju Captain Beefharta czy Zappy. Kay Odyssey łączy indie rocka z psychodelią Woodstocku. Francuzki z Plasticines zaadoptowały rocka w stylu Chanel no 5, a ich hasłem jest Baguette, champagne et rock nad roll! Rosyjska IWA NOWA łączy rock z rosyjskim folkiem, The Trashwomen zafascynowane garażowym bandem z lat 60. The Trashmen zaczynały od grania ich coverów. W pewnym momencie przestało im to wystarczać i sięgnęły po własny repertuar. Młodzieżowy kwartet z Hastings, Maid of Ace gra potężniej niż indierockowi rurkowcy, Stonefield, pomimo aparycji harcerek potrafią oczarować feelingiem. Bleached przechodząc od mrocznego garage rocka do popu w stylu Beach Boys nie tracą zupełnie własnego stylu, ale to przede wszystkim świetne kompozytorki z wielkim wyczuciem tego, co najlepsze w niezależnej muzyce ostatnich trzech dekad. Na wokalu w Habibi udziela się amerykanka o irańskich korzeniach Rahill Jamalifard, więc w naturalny sposób łączy garage rock z wpływami z Bliskiego Wschodu. Żeńskie formacje zazwyczaj nie pozują na gwiazdy, podkreślając kluczowe znaczenie muzyki w swojej działalności i kolektywne podejście, Grass Widow, czyli słomiana wdowa z San Francisco łącząca lo-fi z post punkiem graj w trio i dzieli się obowiązkami wokalnymi, wszystkie kompozycje opisuje jako efekt wspólnej pracy w sali prób.

 

Normalizacja postępuje, dziewczyny coraz rzadziej muszą usprawiedliwiać swoje miejsce wśród rockowej arystokracji. Julia Cumming z Sunflower Bean: bycie kobietą w świecie muzyki niesie dodatkowe obowiązki, czy tego chcesz czy nie. Zawsze staram się być najlepszym muzykiem jak to tylko możliwe, tak żeby nikt nie mógł mi niczego zarzucić. Cumming i tak jest szczęściarą. W pewnych rejonach świata granie punk rocka wiąże się z większymi problemami, niż krzywe spojrzenia i kąśliwe uwagi. Dziewczyny z  Pussy Riot za publiczną krytykę polityki Putina trafiły do koloni karnej o zaostrzonym rygorze. To czym dziś w Stanach zajmuje się Nadieżda Tołokonnikowa pomińmy natomiast milczeniem.

 

Kobiecy rock z uciśnionej mniejszości stał się atrakcją więcej niż jednego sezonu, co nie pozostało niezauważone przez wiele dziewczyn szukających sposobu na zdobycie popularności. Haim, Dum Dum Girls, Vivian Girls albo The Like to grupy czysto komercyjne, nie mając muzycznie wiele do powiedzenia wykorzystują modę na gitarowe granie, przede wszystkim jednak własny niekwestionowany seksapil. Jeśli jednak zaliczający się do tej kategorii Black Belles to zwykła artystyczna kreacja mająca zadowolić ego stojącego za nią Jack White’a, to już projekt innego giganta amerykańskiego niezalu Omara Rodrigueza-Lopeza, The Butcherettes, to rasowa rock and rollowa lokomotywa.  Sceniczny image dziewczyn w zakrwawionych rzeźnickich fartuchach kręci się głownie wokół seksu, fakt, nie jest jednak głównym powodem wychodzenia dziewczyn na scenę. Prawdziwą gwiazdą w kategorii sex, drugs and rock n roll jest Thunderpussy, wraz ze wspomagającymi tancerkami wykonuje na scenie prawdziwy erotyczny show, doskonale współgrający z muzyką budzącą proste skojarzenia z Led Zeppelin. Niemniej elektryzujący jest duet Deap Vally, który po obejrzeniu zmysłowych teledysków nie rozczarowuje pod tym względem na żywo. The Donnas to Runaways XXI wieku, ten sam drive i ta sama skoczna melodyka, Allison Robertson dzierży białego Gibsona Melody Makera, a na basie mamy pannę Ford. W Szwecji ponad ćwierć wieku temu karierę rozpoczął zespół o niezbyt szwedzko brzmiącej nazwie Sahara Hotnights, inne współczesne wcielenie Runaways, nie mniej dobre. Riot grrrl lata 90 doskonale przypominają The Coathangers, nawet przy pomocy nazwy, podczas punkowych, grunge’owych i harcore’owych koncertów dziewczyny zazwyczaj stały z tyłu, trzymając w rękach kurtki chłopaków. Nazywano je wieszakami – coathangers. Podobnie Tacoat, meandrujące pomiędzy pop punkiem, garage i surf rockiem potrafią narobić sporo porządnego hałasu w stylu Bratmobile. Wszystkie powyższe zespoły nie są może Chrystusami rocka, trudno mówić o nich w kategorii kamieni milowych gitarowego grania. Są natomiast żywym dowodem na to, że ciężką robota jaką wykonały Quatro, Jett i Hanna nie poszła na marne, dziewczyna z gitarą to dziś na szczęście nie to samo co kobieta z brodą, grają prze wielotysięcznymi widowniami na największych festiwalach i nikt nie zadaje głupich pytań. Job done. Można oczywiście narzekać że to zwykłe sprzedawanie się za kasę. W rzeczywistości to całkiem sprytne odwrócenie ról. Skoro do niedawna półnagie dziewczyny wiły się niedwuznacznie w teledyskach ZZ Top, Aerosmith, Motley Crue czy Gun ‚N’ Roses w charakterze męskich zabawek a do niedawna seks był do cna cynicznie wykorzystywany przy promowaniu gwiazdek pop, to dziś dziewczyny same zawiadują swoim losem, a przy okazji seks trafił tam, gdzie od zawsze pasował najlepiej, do starego dobrego rock and rolla.

 

Swoje otrzymała widownia, ale żeńskie granie w ostatnich latach musiało też zachwycić wybredne podniebienia krytyków. Kilka zespołów pokazało, że dziewczyny na rockowych arenach to nie tylko potrzeba barwnej różnorodności i zachwycającego show, ale też broniący się czysty talent.

 

Kiedy Sleater-Kinney na kilka lat zawiesiły działalność Brownstein i Weiss nie zamierzały zalegać na kanapie przed telewizorem. Skleciły na boku mały projekt, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Debiutancki, i jak się okazało jedyny album WILD FLAG to jedna z najlepszych gitarowych płyt tej dekady. Soczyste riffy napędzają kolejne utwory, które przywołują wszystko, co najlepsze w połowie lat 90., jednocześnie grzeszą bezczelnie chwytliwymi refrenami. Rodzima formacja szybko upomniała się o swoje i zespól zakończył działalność. Może kiedyś nastąpi jakiś niespodziewany reunion... Kanadyjska Magneta Lane na scenie występuje już niemal 15 lat. W trzyosobowym składzie potrafią zagrać prawdziwą ścianę dźwięku, ich melodyjny post-punk z nieznanych powodów do tej pory nie przebił się do szerszej publiczności. Jeszcze lepiej wyglądają ich młodsze koleżanki z Ex Hex, które w najprostszych słowach można określić jako hybrydę Sleater-KInney i Go Go’s.

Dwie pozostałe formacje zdołały osiągnąć taką pozycję, że nikomu nie przychodzi do głowy umieszczać je w przegródce: laski z gitarami. Warpaint na początku dostało mocne wsparcie ze strony Red Hot Chili Peppers, Frusciante zajął się produkcją, Klinghoffer zagrał na perkusji i gitarze w paru numerach, ale to autorska propozycja dziewczyn. Kalifornijska melancholia tonąca w ocenie efektów i pogłosów to jedna z najciekawszych formacji XXI wieku. A po piętach depczą im już Savages. Wydana w ubiegłym roku druga płyta umocniła tylko ich pozycję. „Nowe wcielenie Joy Divison” wcale nie powinno być traktowane jako obelga.

Zjawisko ominęło w dużej mierze Polskę. Chlubne wyjątki to Andy z uroczą Anią Dziewit-Meller na froncie, jeśli mówimy o mainstreamie i dwie absolutnie undergroundowe formacje, Pussy Terror i The Wilettes. Obie czekają na debiut płytowy.

W 2015 odszedł Lemmy i wielu odtrąbiło śmierć rock and rolla, co bardziej rozsądni wiedzą że to nieprawda, są z nami jeszcze Keith Richards i Iggy Pop. Te trzy postaci uosabiają etos rockowego zabijaki, który wchodząc na scenę i tryskając charyzmą zamienia się w Boga. Czy aby na pewno? Tak się składa, że jest też kilka pań, które przerażają i wzbudzają podziw jednocześnie nie gorzej niż Wielka Trójka. Pierwszym diabłem wcielonym w zgrabne kobiece ciało była Wendy O. Williams. Z wielkim blond irokezem na głowie i ledwo dostrzegalnym bikini przy użyciu piły mechanicznej przecinała gitary na pół, wysadzała w powietrze samochody i bawiła się swoim ciałem, za co nie raz trafiała do aresztu. Jeśli słynny rockowy skandalista GG Alin miał jakąkolwiek konkurencję, to z pewnością w osobie Wendy. Jej działalność to nie był tylko sceniczny wygłup, nagrywała z Lemmym i KISS, występowała przed Ramones. Trzecia próba samobójcza w 1998 roku okazała się udana.

Już bez takich fajerwerków, ale ciągle z charyzmą Iggy Popa i Micka Jaggera od lat występują Brody Dalle, Juliette Lewis czy Biff Naked. Dziewczyny od pierwszej chwili na scenie kasują zdecydowaną większość męskiej konkurencji. Miał być artykuł o kapelach? Rewolucja nie miałaby szans gdyby nie te wspaniałe, mądre panie. Więc morda w kubeł.

 

Niewielki akapit warto na koniec poświęcić pewnej akcji, która pokazuje dzisiejsze myślenie dziewczyn o swojej roli w rokendrolowym świecie. Kilka lat temu powstał konkurs dla młodych perkusistek. Jaką dostał nazwę? „Hit like a girl” – uderz jak dziewczyna. Dziś to nie naśladowanie chłopaków ale robienie wszystkiego po dziewczyńsku jest marzeniem dziewczyn. Go girl!

 

Rosa Parks odmówiła miejsca białym, Walentina Tierieszkowa  poleciała w kosmos a Suzie Quatro wyszła na scenę i grała rocka. Zrobiły to, bo było to dla nich zupełnie naturalne, nie było powodu, czemu miałyby tego nie robić. Żadne krzyki i wrzaski nie przekonały ich, że czarne jest czarne, a białe jest białe. W końcu wszyscy przyznali im rację.

 

karl 

Chuck Berry. Człowiek z gitarą

chuck01

 

 

Jeśli szukacie innej nazwy dla rock and rolla, możecie go nazwać Chuck Berry.

John Lennon

 

Kiedy pytają mnie, jakie znam najbardziej polityczne piosenki, zawsze na szczycie umieszczam „Roll Over Beethoven”. Czarny gość z gitarą głośno oznajmia białej Ameryce, że muzyka, która zdominuje kulturę młodzieżową na dekady będzie afro-amerykańska. Kto mógł pozwolić sobie na takie rewolucyjne podejście w muzyce rozrywkowej w 1956 roku?

Billy Bragg

 

Kiedy 90 lat temu w St. Louis światu zameldował się Charles Edward Anderson Berry, nikt nie przypuszczał, co z niego za ziółko. Wywrócił muzykę do góry nogami, usunął w cień Beethovena i Czajkowskiego, od ponad pół wieku granie na gitarze oznacza podążanie Jego śladami. Śladami Króla Rock And Rolla.

 

 

 

To mój ojciec sprawił że trafiłem do showbiznesu – mówił w jednym z wywiadów. Pochodził z klasy średniej, syn dyrektorki szkoły i diakona lokalnej parafii. Ojciec występował w amatorskim teatrze i zabierał małego Charlesa na przedstawienia. Jestem komediantem. Zawsze nim byłem i chcę nim być zawsze, kiedy tylko pojawi się szansa – mówił w wieku 86 lat. W domu słuchano Beethovena i Czajkowskiego, w przyszłości dwóch bohaterów jego największego hitu, czytało się również poezję (jego brał otrzymał imię po słynnym poecie amerykańskim, Paulu Laurencie Dunbarze). Zdarzało się, że kończył koncert wierszem, albo w przypływie dobrego humoru podczas wywiadu potrafił przez kilka minut recytować z pamięci „Even This Shall Pass Away”, wiersz autorstwa Theodore Tiltona:

 

 

Pochodzenie nie uchroniło go przed złym towarzystwem. Za napaść i kradzież samochodu z bronią w ręku trafił do poprawczaka. Te trzy lata były wystarczającą nauczką (dwie kolejne odsiadki to skutek absurdalnych amerykańskich przepisów i nagonki ze strony sędziów, których do szału doprowadzał czarny idol ich córek) – Chuck szybko się ustatkował. Ożenił się, pracował w sklepie Krogera i fabryce Chevroleta, był dozorcą, trafił nawet do salonu piękności. Pozostała mu jedna namiętność: muzyka.

 

Występował już w szkole średniej, podczas pobytu w poprawczaku założył pierwszy zespół. Przykładny mąż, ojciec i obywatel Chuck Berry dołączył do zespołu Johnnie Johnsona, pianisty z którym będzie występował przez następnie kilkadziesiąt lat (niektórzy twierdzą, że to Johnson miał większy wpływ na brzmienie wielu utworów niż sam Chuck). W maju 1955 roku, za namową Muddy Watersa, Chuck Berry udaje się do Chicago, żeby porozmawiać z pewnym polskim imigrantem, właścicielem legendarnego Chess Records. Na miejscu nagrywa singiel, który za sprawą tuszu leżącego na podłodze w studiu otrzymuje tytuł Maybellene. Historia pościgu za dziewczyną w pięknym Cadillacu była jedynie subtelną aluzją raczej cielesnych doznań. Wkrótce utwór dociera na szczyt listy Billboardu. Rozpoczyna się nowa era w historii świata.

 

 

 

Na początku kariery grywał w klubach, w których obowiązywała segregacja. Czarni po lewej, biali po prawej. Co ciekawe biali reagowali lepiej na elektrycznego bluesa natomiast czarni na wiejskie country. Berry szybko to dostrzegł i podczas występów starał się zadowolić obie widownie, zaczął też komponować piosenki, które brzmiały w połowie jak country, w połowie jak rhythm ‘n’ blues. Był wizjonerem nie tylko w sensie muzycznym ale też szołbiznesowym, nieustannie myślał jak ze swoją muzyką dotrzeć do jak najszerszej publiczności, nie zamierzał grać tylko na swojej dzielnicy, celem była Ameryka. Być może nawet świat.

Biznesowa strategia, której uczył się podczas obnośnego handlu warzywami w wieku 11 lat przyniosła skutki daleko większe, niż mógł przypuszczać. Połączenie bluesowego pulsu z melodyjnością country dało mieszankę wybuchową. Ale nie chodziło tylko o unikalny styl, w jego rękach gitara przestała być tylko instrumentem rytmicznym, zaczęła żyć własnym życiem. Grał mocniej niż ktokolwiek przed nim, pod jego palcami gitara wydawała dźwięki, o jakie nikt jej wcześniej nie podejrzewał, grał riffy i solówki, obok Bo Diddleya był pierwszym prawdziwym gitarzystą rockowym. On zawsze miał w sobie ten swing - mówił o nim Keith Richards, choć swego czasu dostał w zęby, kiedy bez pytania dotknął gitary Mistrza. Kolejne utwory docierały na szczyty list przebojów, kolejne zespoły zaczynały karierę od grania coverów piosenek Berry’ego.

 

W dyskusji nad palmą pierwszeństwa w rock and rollu między Berrym i Elvisem Presleyem oddajmy na chwilę głos ostatniemu: Żałuję, że nie potrafię wyrażać myśli tak, jak robi to Chuck Berry. Koniec cytatu. Pisał inteligentne teksty w latach 50., kiedy wszyscy wciąż śpiewali „Oh, Baby I love you”, chwalił go John Lennon. Niewątpliwie to zasługa wychowania, wrażliwości wyniesionej z domu. Odmienił pisanie popowych piosenek, za co został nagrodzony między innymi Polar Music Prize – Muzycznym Noblem i Nagrodą londyńskiego PEN CLUB-u za „Teksty Piosenek o Literackiej Doskonałości”. Leonard Cohen mówił: wszyscy podążamy ścieżką testów Chucka Berry, Bob Dylan określił go Szekspirem rock and rolla.

Miał niezwykły talent do opowiadania historii, budowania barwnego portretu w dwuminutowej piosence. Był zmyślnym kronikarzem, który oddawał ducha czasów w których przyszło mu żyć, wyścigi opływowymi krążownikami szos, podrywanie dziewczyn, spędzanie czasu w barach z szafą grającą w rogu – Ameryka otrzymała swój portret, w którym z miejsca się zakochała, ale nie było w tym fałszu, to było także jego życie. Dziś piosenki Berry’ego to najprostszy sposób by poczuć się dobrze, przenieść się do miejsca i czasu jak żadne inne wyidealizowanego przez popkulturę.

 

 

 

Od premiery Maybellene upłynęły dekady, pojawiali się nowi idole i nowe muzyczne mody. Ale wszędzie można dostrzec ślady Chucka Berry’ego i muzycznej inżynierii, która zrodziła się w latach 50. Sam wyjaśnił to najlepiej w wywiadzie, jakiego udzielił w 1980 roku nieistniejącemu już fanzinowi Jet Lag. Redaktor puszczał kolejne numery definiujące ówczesną scenę, Chuck kwitował je kilkoma zdaniami komentarza.

Sex Pistols: praca gitar i progresja zupełnie jak w moich nagraniach, świetna sekcja. Ale z tego co śpiewa wokalista nie zrozumiałem prawie nic. The Clash: Rytm i melodia świetnie współpracują. Czy wokalista miał zapalenie gardła w czasie nagrań? The Ramones: Świetny taneczny numer. Ci goście przypominają mi siebie samego z początków kariery, też znałem tyko trzy akordy. The Romantics, 20-20, The Beat: W końcu coś porządnego do tańca. Mówisz że to coś nowego? Słyszałem to wcześniej wiele razy. Toots and the Maytals, Selector: To jest świetne, delikatne i z duszą. Brzmi jak jak mój kumpel Bo Diddley tylko wolniej. Sam nagrałem coś takiego w „Havana Moon”. Talking Heads, „Psychokiller”: Świetny funkowy numer, podoba mi się bas. Wokalista miał chyba straszną tremę. Wire, Joy Division: Więc to jest tak zwana nowa jakość. Słyszałem to już wcześniej. BB King i Muddy Waters grali takie jamy w starym amfiteatrze w Chicago.

 

Za każdym razem przyznaje, że wszyscy należą do rodziny, niemniej biznesowy instynkt każe mu w zabawny sposób umieścić konkurencję we właściwym miejscu. Cały Berry.

 

Rock and roll okazał się kręgosłupem muzyki rozrywkowej. Ale to był rock and roll na warunkach Chucka Berry. Jego granie naśladowali wszyscy, jego gitarowy styl wyparł całą konkurencję. Talent pozwolił mu zrealizować wizję, Chuck Berry swoją muzyką podbił cały świat. Inwazja wciąż trwa, jak zapowiedzieli członkowie rodziny płyta, którą nagrywał odo kilku lat zostanie wdana jeszcze w tym roku. Będzie nosiła tytuł” Chuck”.

 

karl

Wojciech Młynarski. Róbmy swoje

wm1

 

Pisanie w hołdzie Młynarskiemu to jak wspinanie się na Mount Everest ku czci Kukuczki. Niech mi jednak bezczelność pomoże choćby spróbować wyrazić to, co na temat pana Wojciecha zawsze miałem do powiedzenia.

 

Ubożejemy z każdym rokiem. Jeśli powojenną pustkę wypełniali nam ludzie wybitni, po 89. roku karta się odwróciła, dramatycznie brakuje Młynarskich, Holoubków, Kieślowskich czy Konwickich. Dziś coraz mniej w przestrzeni publicznej tych, którzy przyzwoicie wykonują swoją robotę, którzy nie odejdą od biurka, póki nie będą mieli przekonania, że po prostu lepiej się nie da.

W jednym z ostatnich wywiadów jakich udzielił Gazecie Wyborczej tak opowiadał o sobie:

Mam taką zasadę, że piosenkę piszę od końca. To znaczy wiem, jak się powinna rozpocząć, nie wiem, co będzie w środku, i wiem, że końcówka powinna wyskoczyć jak diabeł z pudełka. A sama robota jest żmudna i długa, o czym nie każdy dziś pamięta. Teksty różnych najmłodszych autorów nie sprawiają wrażenia, jakby były specjalnie domyślane, raczej nie są.

 

Tu wyjątkowo pozwolę się z Mistrzem nie zgodzić, myślę że zmieniłby zdanie gdyby wysłuchał co lepszych kawałków autorstwa Adama Zielińskiego, Pawła Sołtysa czy Katarzyny Nosowskiej. Zgodzić się jednak trzeba z tym, jakie miejsce w społeczeństwie dziś im przypisuje, nazywając malejącą grupkę ludzi podobnych do siebie marginesem.

A pan jakiej wolności chciał?

- Rozumnej.

To myślenie życzeniowe. Pan wymaga inteligencji.

- A czego ja mam wymagać, na litość boską?!

Ja się opieram na autorytetach, myślę o takich ludziach jak Stefan Kisielewski, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń… Na tym opieram moją tradycję.

 

Ale wyróżniał go nie tylko rozum, ale też serce:

 

 

- Zawsze starałem się w swoich tekstach nikogo nie chłostać, nikomu nie dokopywać, tylko próbowałem zrozumieć. Najwyżej czasem zażartować, po prostu tak mam rękę ułożoną.

 

Jak wytrawny giełdowy makler nie stawiał na jedną inwestycję, dywersyfikował swój koszyk na ile to było możliwe. Zaczęło się od kabaretu, ale wkrótce pojawił się teatr, telewizyjne seriale, zamówienia od największych polskich piosenkarzy, aż zatrzymał się Młynarski na operach i musicalach. Sam również lubił wyśpiewywać swoje teksty, nagrał 16 autorskich albumów. Dziś człowiek nigdy nie wie, kiedy w rozmowie wtrąci coś z Młynarskiego.

Skąd wziął się Młynarski? Otóż takiego jakiego znamy go dziś stworzyła go ciekawość świata, w którym odnalazł podobnych do siebie, którzy władali słowem zręczniej niż muszkieterowie z powieści Dumasa. Co na ten temat mówił w wywiadzie?

 

- Miałem szczęście mieć do czynienia z rzeczywiście ważnymi poetami piosenki, jakimi byli Brassens i Brel z terenu francuskiego czy Okudżawa i Wysocki z rosyjskiego. Piękne teksty pisali też Dylan i Cohen. 

 

 

 

Wrodzony optymizm kazał mu również odpowiednio przygotować się na to, co nieuchronne:

 

- Napisałem niedawno wierszyk, w którym poruszam te sprawy, o których mówimy, a ma on sens mniej więcej taki: wiem świetnie, że mam jeszcze do zagrania skecz z partnerką. Ona wie, jak ja wyglądam, ja nie mam pojęcia, jak wygląda ona. Ale wiem dokładnie, jak ona zagra swoją rolę, natomiast nie wiem, jak ja zagram. Wiem tylko jedno, że chciałbym bardzo, żeby z jakichś powodów ona tej roli nie dograła. Wtedy krzyknę za nią na klatce: „Zapomniała pani kosy!”.

 

Puenta więc może być tylko jedna, bo choć go już nie ma, to jednak wciąż jest:

 

Do przodu żyj, żyj kolorowo! Czego i państwu życzę.

 

karl

Natalia Fiedorczuk – nie tylko Centra Handlowe

263_7cf093391

 

Natalia Fiedorczuk dostała właśnie Paszport Polityki za podobno świetną książkę „Jak pokochać centra handlowe”, która jak ostrzegają recenzenci-celebryci wcale nie jest poradnikiem. Nie wiem, jeszcze nie czytałem i wyjątkowo się nie wypowiem.

 

Za to od tygodni, kiedy nazwisko autorki i zdjęcie okładki prześladowało mnie w całym internecie zachodziłem w głowę, czy to ta sama Natalia Fiedorczuk którą znam. Zachodziłem, ale jakoś nie paliłem się do wyjaśnienia zagadki, fundując głowie zabawną niepewność ubarwiającą szarą egzystencję. Dokładnie jak z kuponem lotto, dopóki nie sprawdzisz, wciąż jesteś milionerem.

 

Intrygowała mnie ta Fiedorczuk, która oprócz „Jak pokochać…” popełniła też „Wynajęcie”, rzecz o estetycznym koszmarze polskiego rynku nieruchomości z drugiej ręki, bo z modnych nazwisk współczesnych pisarzy znam Masłowską i Twardocha, za to z muzycznego niezalu trochę więcej. I tak, to ta sama Fiedorczuk, którą znałem z powodu grania w paru ciekawych formacjach, a które to granie nie przyniosło jej większej popularności. Nie może to specjalnie dziwić, akurat muzyka niezależna znalazła się w podwójnej niszy, między gustem a dotacją. Z jednej strony nie ma szans na obecność w mainstreamowych mediach, bo „Polacy mają inny gust”, a a w dodatku jak twierdzi niejaki Kurski śruba będzie przykręcana jeszcze mocniej, teraz tylko disco polo. Z drugiej nie mają szans na bajeczne dotacje, jakie dostają filharmonie, opery i teatry które od lat grają za państwowe. Polski niezal gra w 100% za swoje, więc w tym kraju to nic innego jak dość drogie hobby. Wracając do Fiedorczuk to dość imponujące, ile ta niepozorna dziewczyna miała do powiedzenia w polskim undergroundzie XXI wieku. Sama ukrywając się pod pseudonimem Natalie and the Loners dokładała małą cegiełkę, oprócz tego jednak grywała z całkiem sporym wianuszkiem owego undergroundu gwiazd. Kiedy Aga Morawska zdezerterowała do USA, a Mariusz Szypura zatęsknił za dawnymi czasami stanęła nagle Natalia na czele Happy Pills, legendarnej swarzędzkiej formacji, piewców Pixies na polskiej ziemi. Miłośc do Pixies z resztą musiała byś ogromna, bo udziela się też okazjonalnie w Dixies, jedynym poważnym cover bandzie grającym repertuar Black Francisa. Ale wcale się tu zasługi nie kończą, śpiewała u Strachów, w zespole pl.otki, Orchid, Sublim, Port-Royal czy na ambitnym albumie Maćka Werka „Songs that make sense”, który jednak nie zyskał należnego fejmu. Z chłopakami z Mitch&Mitch i Dick 4 Dick grywa we frywolnej formacji Urlatori e Łobuzzi, która wykonuje włoskie przeboje z lat 60. Na koniec zostawiłem partnera i winowajcę Natalii dwojga nazwisk, Fiedorczuk – Cieślak. Maciej Cieślak stał za takimi wydarzeniami na polskiej scenie jak Ścianka, Lenny Valentino czy Kobiety, dziś razem z Natalią tworzą efemeryczny twór ^ znany też jako PTKCSS, a gdybyśmy szukali czegoś bardziej przystępnego, tak by wyjść w końcu z tego okropnego niezalu, mamy przyjemną akustyczną formację Cieślak i Księżniczki. Centra handlowe centrami handlowymi, ale nie zapominajmy, że Natalia to również skarb polskiej muzyki.

 

karl

Oczy Mlody, czyli jak Polska oplata świat pajęczyną

wayne

 

Można by pomyśleć, że Wayne Coyne urodził się albo za późno – koncerty Flaming Lips wyglądają jak nieustanna rekonstrukcja Lata Miłości, albo za wcześnie, patrząc na futurystyczną, odjechaną muzykę z roku 3451. Ale on trafił dokładnie tam, gdzie powinien.

Flaming Lips to ani żadna wielka gwiazda, ani kapela niszowa, typowi średniacy. Stanowią jednak na muzycznej mapie świata wyraźny punkt odniesienia. Choć długo pracowali na swoją pozycję (zespół istnieje ponad 30 lat), zespół stał się idolem współczesnej może najbardziej wpływowej, choć nie największej grupy – międzynarodówki hipsterów. Za co tak cenią zespół? W pierwszej kolejności należałoby wymienić brak stylistycznych zahamowań. Co i rusz udowadniają, że inspiracji szukać można absolutnie wszędzie, tym razem lider Wayne Coyne, choć nie zna słowa po polsku, odnalazł ją w polskim tłumaczeniu powieści Erskine Caldwella (ciekawostki – Erskine uczęszczał do Erskine College i napisał  „All-Out on the Road to Smolensk” – Cała naprzód w stronę Smoleńska).

Skąd nagle polska książka w rękach amerykańskiego muzyka? Niezbadane są ścieżki, którymi poruszają się myśli pana Coyne, tropem powinny być nazwiska muzyków Flaming Lips, jednym z założycieli był perkusista Dave Kostka, dziś na gitarze gra Steven Drozd. Sam Coyne opowiadał w wywiadach, jak to kilka lat temu znalazł w antykwariacie książkę w języku polskim, miał ją przy sobie przez cały czas, i nie rozumiejąc ani słowa studiował na wyrywki. Przypadkowe zbitki słów przyciągały jego uwagę i tak na płycie, która ma ukazać się 13 stycznia znajdą się takie utwory jak: „Nigdy Nie”, „Do Glowy” czy „Bliski Domu” (tytuł książki to „Blisko Domu”), a sama płyta nosić będzie tytuł „Oczy Mlody”. Wayne nie do końca radzi sobie z gramatyką, i „Oczy Mlody” rozumie jako oczy młodego. Ale niech tam, pierwsze śliwki robaczywki.

To nie pierwszy wykonawca, który sięga po język polski, ale wiadomo: polska język, trudna język i same z nim kłopoty. Najpierw zespół z Minneapolis szukał czegoś co oddawałoby ideę umowy wewnątrz zespołu i wybrali polskie ich zdaniem słowo Poliça. Trochę lepiej z topografią naszego kraju poradzili sobie Bowie („Warszawa”) i Gilmour („Live in Gdańsk”), Jim Goodwin nagrał trzy lata temu płytę „Odludek”, o piosenkach sławiących Kazimierza Pułaskiego pisałem jakiś czas temu.

Choć trudno się w zawartości płyty doszukać większego sensu, każda metoda odmiany wizerunku Polski choć o parę metrów, choć o tyci, tyci jest mile widziana. Na dżentelmenów w szalikach Legii ani niesławnych wybrańców ministra Glińskiego nie ma co liczyć.

 

karl

50 najlepszych płyt 2016: Polska

 

 

 

 

 

 

00płyty 2016

 

spa

 

50   Back Home   Daniel Spaleniak

 

Mój stosunek do pana Spaleniaka wygląda jak w negocjacje Gas Monkey: Richard Rawlings rzuca jedną kwotę, klient kwotę zdecydowanie niższą, w końcu po całym teatrzyku, machaniu rękami i przewracaniu oczami panowie podają sobie ręce; we have a deal. Ja po latach przestaję patrzeć z pogardą na tych wszystkich neo- indie- i psycho-folkowców, a pan Spaleniak nagrywa coraz lepsze albumy. I tak spotykamy się w połowie drogi, to ciągle gonitwa za tym, co modne w wielkim świecie, ale od czegoś trzeba zacząć. Posępny folk już znamy, ale w utworze tytułowym mamy nastrój Islandii, w „Nothing to do” czy „Smoking again” gitarę elektryczną. W instrumentalnym „Full package of cigarettes” można usłyszeć echa irlandzkiego folku, w „Take a walk and never come back” wskakujemy nawet na Nową Falę. Będziemy mieli z tego chłopaka pociechę.

 

hoszpital-1

 

49   Horror   Hoszpital  

 

Przykleję na ścianę marzenia na taśmę, żeby były widziane – śpiewa Michał Bielawski na otwarcie płyty. Oprócz marzeń chłopaki posklejali ulubione fragmenty muzycznej alternatywy, flamastrem dopisali osobiste teksty i taki kolaż zaprezentowali światu. Czasem pójdą zbyt histerycznie, innym razem ze zbytnią emfazą, generalnie jednak to autorska propozycja, „łódzka” jak ja to nazywam, kojarzy mi się z The Car Is On Fire czy L.Stadt doprawiona melancholią Muzyki Końca Lata. Thinman records przedstawia ich jako „rozgorączkowanego tancerza na smutnym disco ze spektrum magicznego realizmu”. Niezłe zgrywusy. Otwarte hiperbole tekstów idą w parze z muzyczną między-gatunkowością, słuchając tej płyty wpadamy do króliczej nory i trafiamy do świata Alicji w Krainie Czarów. Jeśli gdzieś szykuje się nowa adaptacja, to Hoszpital po prostu musi napisać do tego ścieżkę dźwiękową.

 

kruche

 

48   Gaba Kulka   Kruche

 

Są artyści, których żywiołem jest scena i tacy, którzy lepiej wypadają w studiu. Umieściłbym Gabę raczej w tej drugiej grupie, słychać jak z płyty na płytę urasta jako producent, coraz tam więcej pomysłu na aranż, coraz więcej ścieżek, a mimo to wszystko idealnie pasuje, wszystko idealnie uwypukla melodie, jednym słowem wszystko gra. Ale to co jest zaletą tej płyty, jest jednocześnie jej wadą, jest raczej do podziwiania niż do słuchania, jak pozytywka z kręcącą się baletnicą na wierzchu i rzewną melodyjką, coś co chętnie obejrzymy w sklepie z pamiątkami, ale niekoniecznie zabierzemy do domu. Ładne, ale jakby za szybą. Perfekcyjne granie, ale brakuje szaleństwa, elementu ludzkiego. Nic to, fani Tori Amos i tak kupią.

 

00053CRT8J1LVOQO-C122

 

47   Przez sen   Król

 

Kiedy „Po tak cienkim lodzie” zataczało coraz większe kręgi, Król stanowił awangardę nowej elektroniki. Dziś jest już kimś na wzór klasyka, przyzwyczailiśmy się do Króla i jego gradowych chmur z zaświatów. Z raz obranej drogi nie zamierza schodzić, ale to nic, wciąż sporo tam do odkrycia, wciąż to świat fascynujący, a jednocześnie uderzająco prawdziwy. Sen ustępuje tu miejsca jawie, doskonale znane brzmienie stanowi platformę do osobistych opisów stanów emocjonalnych, wrażeń z tych momentów, kiedy utwory powstawały. Bez szans na masowego odbiorcę, za to więcej miejsca na realizację osobistej wizji. Niełatwej, chłodnej, fascynującej.

 

clashes-b-iext36337354 

 

45   Clashes   Brodka

 

„Mirror Mirror” ładnie, ładnie, potem „Horses” też nieźle „Santa Muerte” dalej czaruje, ale dalej już zaczynam się gubić, kolejne numery upodabniają się do siebie, brakuje im charakteru, osobowości, nie chcą się zagnieździć w głowie i niespodziewanie powrócić nucone gdy idę po ulicy. Pierdyliard pomysłów aranżacyjnych, wyjazdy do LA, śmieszna fryzura, sztafaż od Lady Gagi – cała ta nadbudowa byłaby  w pełni usprawiedliwiona, gdyby nie braki w bazie. Media na zachodzie również jakoś się nie zachwyciły i została Monika w tym niezręcznym rozdarciu uwieczniona na okładce. 

 

smierc-kliniczna-nienormalny-swiat

 

44   Nienormalny świat   Śmierć Kliniczna

 

Choć trudno w to uwierzyć, to debiut śmierci Klinicznej, nagrane trzydzieści kilka lat temu numery po raz pierwszy trafiają na oficjalne wydawnictwo. Obok Kryzysu i Dezertera tworzyli w stanie wojennym pierwszy szereg polskiego punka. Ale że mieszkali w Gliwicach a nie w Warszawie, nigdy nie dorobili się statusu bardziej znanych kolegów. Nie odstawali od Kryzysu ani Dezertera ekstremalnym przekazem, od Klausa Mitfoocha czy Voo Voo poziomem grania, choć taki Jerzy Mercik dołączył do zespołu, mając 16 lat. Zespół szybko się rozpadł, zasilając składy Shakin Dudi i R.A.P. Dziś wrócili z płytą, koncertami i znów aktualnym przekazem.

 

?????

 

43   Zośka   Maciej Fortuna International Quartet

 

Fortuna kołem się toczy i zabiera ze sobą a to polski folk a to amerykański jazz. Czy to próba udana – w wielu miejscach intrygująca, brawurowa ale chyba trzeba na to pytanie odpowiedzieć twierdząco.

 

czarna-madonna-b-iext46002070

 

42   Czarna Madonna   Organek

 

Awangardą światowej muzyki nigdy nie byliśmy, patrząc na to co modne u nas, możemy się dowiedzieć, co było modne u nich pięć lat temu. Kiedy lata 90 pulsowały u nich rapem i neo-soulem, u nas oba gatunki wybuchły na przełomie wieków. W tym czasie tam Jack White przestawiał już zwrotnicę, zaczęło się grać garage rocka i bluesa. Do nas retro przybyło kilka lat temu i co ciekawe na ustach tych samych postaci które wcześniej w szerokich portkach grały hip hop i neo-soul. Dekadę temu Organek liderował zespołowi Sofa, głównemu i jedynemu rywalowi Sistars. Teraz obok Waglewskich czy Natalii Przybysz bierze się za hard rocka i bluesa, ale ciężko nauczyć starego psa nowych sztuczek. Tak jak z aparatem mowy, jeśli nie nauczymy się języka do szóstego roku życia, nasz układ kostny zastyga i już nigdy nie wymówimy poprawnie  zgłosek w języku obcym. Podobnie jeśli zbyt długo gra się hip hop oparty na pętli, luźna struktura muzyki rockowej stanowi nie lada wyzwanie. Jimiego Hendrixa słuchałem pasjami mówi, ale od słuchania jeszcze nikt Hendrixem nie został. Na razie obserwujemy proces transformacji, numery wciąż brzmią sztywno, kwadratowo jak na standard gitarowego grania. Nieliczne wyjątki dają jednak nadzieję na przyszłość, takie „Son of a Gun” buja na przykład kapitalnie, „HKDK” też świetnie naśladuje The Ramones. Bardziej na zachętę niż za dotychczasowe zasługi pan Organek trafia na listę.

 

ru-0-r-650,0-n-EL2296754b9pW_taco_hemingway_plyta_marmur_online_gdzie_posluchac_skad_pobrac

 

41   Marmur   Taco Hemingway

 

Trzeci longplay to najbardziej ambitna próba, ma rozmach skurwysyn. Nie tylko ilość tracków, ale samo zamachnięcie się na concept album to prosty przepis na porażkę. W „Krwawej jesieni” rapuje o płytach bitelsów i sam prosi się o drwiny. Tak naprawdę nie jest najgorzej, gdyby kilka słabszych numerów wykreślić, byłoby wręcz świetnie. Jeśli ktoś za kilkadziesiąt lat będzie szukał portretu Warszawy ujętego w słowa, „Marmur” nada się niezgorzej.

 

erotyki-b-iext35456692

 

40   Erotyki   Jazzombie

 

Skoro chłopaki chcą opowiadać o miłości, spójrzmy na płytę z tej strony. W trakcie spotkania Pink Freud z Gdańska i Lao Che z Płocka to ten drugi podmiot okazuje się dominą. Może z powodu przewagi wagowej, może innego – jest tu ich zdecydowanie więcej. Po drugie mało tu pikanterii którą obiecuje tytuł. Jest sporo gry wstępnej, podchodów i wątpliwości, jest post orgasmic chill, ale dynamiki samego aktu jak na lekarstwo. Otwierający dub, potem pełzające jazzowe granie w „Sic!”, „Szale” czy „Miłości” dominują nad figlarnymi „Ty jesteś moją miłością” czy Uczciwe…”. Pierwszy raz okazał się wystrzałem z kapiszonowca.

 

Lesław

 

39   Piosenki o Warszawie cz. 2   Lesław i Administratorr                                                                                             

 

Jest Polska i jest Warszawa. Nadreprezentacja płyt sławiących urodę Warszawy w stosunku do innych miast rośnie z roku na rok. Nie jest to zarzut w kierunku bardów stolicy, raczej apel do lokalnych patriotów z innych części świata. Wracając do płyty, panowie kolejny raz serwują proste, acz stylowe piosenki zanurzone po uszy w melancholii. Zapraszają gości i po raz kolejny budują epos miasta, w którym nawet kopanie śniegu czy gapienie się przez okno to zajęcie stricte warszawskie.

 

a3505459442_10

 

38   Żony w pracy   LXMP

 

Dawno, dawno temu Kult opowiadał co się dzieje kiedy nie ma w domu dzieci. LXMP pokazuje świat kiedy dom opuszczają małżonki. Dwóch utalentowanych, aczkolwiek przeciętnie zrównoważonych muzyków zasiada za instrumentami i sprawdza, gdzie leżą granice atonalności i amelodyjności utworów. Robota idzie im świetnie. Doskonale się znający Piotr Zabrodzki i Macio Moretti zestawiają ze sobą skrajne tradycje muzyczne pod postacią najbardziej tradycyjnego instrumentu znanego ludzkości, bębnów i wynalazków najnowszych – syntezatorów, sekwencerów i looperów. Dzikie zestawienia to generalnie pomysł na płytę, po otwierającej słonecznej bossa novie „Brasilia” wpadamy na „Torreadora Janusza”, wariację na temat kraut rocka. „Dinojazda” to podroż z przyjaciółmi z Matplanety w niebezpieczny czas, żeby za chwilę uspokoić „Kosmosem, Teil 1″. „Żony w pracy” wygląda na odpowiedź LADO ABC na mocną ofensywę Instant Classic w ostatnich miesiącach. Nie ukrywam, będę się tej rywalizacji przyglądał z przyjemnością.

 

Franczak-cd

 

37   Mateusz Franczak   Long Story Short

 

Płyta przede wszystkim dla tych, którzy postrzegają świat przez pryzmat gitary. Gitary elektrycznej, dostajemy paletę przesterowanych brzmień, które mają oddawać kolejne stany emocjonalne zawarte w tytułach: crying, hiding, drifting, laughing. Od łagodnego pogłosu na początku dochodzimy do zgrzytliwego apogeum w „Drifting”, cała skala stylów i efektów gwarantuje niezapomniane wrażenia podczas podróży przez krainę gitary występującej niemal solo, czasem w towarzystwie krótkiej linii wokalnej czy nielicznych uderzeń bębna. To coś pomiędzy eksperymentem Frusciante a wyrafinowaniem William Tylera, być może okaże się najlepszym portfolio w historii, przepustką do przyszłej kariery w niemniej ekscytującym bandzie.

 

3826_99906333826

 

36   Chaos pełen idei   Wojtek Mazolewski

 

Błogosławieni ci, którzy grają muzykę. Kiedy przychodzą na imprezę, nie trzeba zdejmować płyt z półki, wystarczy że goście wezmą instrumenty w ręce i mamy gwarancję dobrej zabawy. Na swoje czterdzieste urodziny Wojtek Mazolewski zaprosił zacne towarzystwo. Wiele przyszło mi myśli do głowy podczas słuchania tej płyty, zacznijmy więc od krytyki. Już okładka daje nam do myślenia, jej pstrokacizna sporo mówi o zawartości. Festyniarski przepych, mówiąc po gdańsku Jarmark Dominikański, mydło i powidło, albo muzyczna impreza z okazji 40. urodzin na 10 gości i 14 piosenek, miks premier coverów i instrumentali ma lepsze i gorsze momenty, spotkanie w połowie drogi jazzu i popu w otwierającym utworze tytułowym, żwawy „Świt” czy nowe życie „Vademecum skauta” zagrane razem z Januszem i Janem. Kulminacją jest dla mnie „Polish girl” zaśpiewana przez Portera, siłą rażenia przebijająca wszystko przed i po. Wejście do świata muzyki śpiewanej nie dało na razie odpowiedzi na pytanie czy Wojtek się w nim odnalazł. Na razie wiemy, że świetnie wypada na ściankach.

 a1761755768_10

 

35   Jeleń   Jesień

 

Dostrzegam pewien zgrzyt. Tak naprawdę całą masę zgrzytów, to zgrzytliwa muzyka mająca na celu skonfudować odbiorcę i wpędzić w stupor. Jeśli jednak ktoś potrafi czytać między wierszami, czy raczej między akordami, to znajdzie wciągającą opowieść o życiu w mieście które jest zagrożeniem. Nie wysyłają jeszcze Świetlików na emeryturę. Jeszcze. Ale rzucają rękawicę, to dziś jeden z tych zespołów, do słuchania których trzeba się przyznawać aspirując do roli prawdziwego melomana.

 

 Limboski-W_trawie.I-inne-jeszcze_mlode_1

 

34   W trawie. I jeszcze inne młode   Limboski

 

Jaki może być bard?  W polskich warunkach zapewne krakowski, tam co chwilę rodzi się nowy bard, taka tradycja po prostu. Limboski przez chwilę zwiedzał świat, ciągnęło go jednak do Krakowa, taka grawitacja. Pachnie Dylanem i Maleńczukiem, Waitsem i Bukartykiem, ale czy bard z gitarą może pachnieć inaczej? Może na przykład niespodziewanie przyłożyć elektroniką jak w „Syrenkach”, melancholijnym walczykiem w towarzystwie Oli Bilińskiej, czy też walczykiem skocznym („Wesołe rozmowy z otchłanią”). Jest w tych powłóczystych songach sporo uroku.

 

okl_okl_53340

 

33   Lelek   Brzask Bogów

 

Dla umęczonych polskim katolicyzmem atrakcyjny okazuje się powrót do źródeł i wierzeń przedchrześcijańskich, czyli mówiąc po ludzku do pogaństwa. Funkcjonują u nas cztery pogańskie związki wyznaniowe, zespoły opowiadające o pogańskich bogach trzeba liczyć w setkach. „Brzask Bogów” to pozycja imponująca, przygotowana z rozmachem w doborowym towarzystwie muzyków min. RUTY, Vavamuffin, Power of Trinity czy Kapeli ze Wsi Warszawa. Śpiewają teksty XIX i XX wiecznych poetów, w tym Broniewskiego którzy opisywali potęgę natury, do której bezpośrednio odnosi się pogaństwo. Muzyka dawna, oparta na tradycyjnych instrumentach, śpiewaniu pełnym głosem i doniosłych chórach spotyka reggae, Czesława Niemena i brzmi zadziwiająco współcześnie. Za kilka lat ta płyta może być nazywana brzaskiem rewolucji.

 

a0438451904_10

 

32   Changes   Meeting By Chance

 

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Marcin Cichy stojący za nazwą MBC powracał do żywych w skalpelowym stylu aż tu nagle szok – Cichy nagrywa pościelówy! Czasem to własne interpretacje neo-soulu, czasem echa trip hopu, czasem muzyka przypominająca muzykę medytacyjną. Utwory nabrały nieco popowej struktury, na pierwszym planie stoi dziś ludzki głos, klawisze już nie są jazzowo zimne, ale niezwykle ciepłe, w dodatku harmonie stały się niezwykle gęste wskutek całkiem sporej jak na standardy Skalpela liczby instrumentów w jednym miejscu. Można mieć pewne skojarzenia z muzyką Daniela Blooma czy Digit All Love, ale ma jednak swoją własną, wyraźną tożsamość. Czy wypada wiarygodnie w nowym wcieleniu – moim zdaniem jednak wycinanki skalpelem służą mu, i nam przy okazji lepiej.

 

ru-1-r-640,0-n-23002668Q3D

 

31   V Vavamuffin

 

Gdyby zebrać wszystkie zespoły jakie grają w tym kraju, od gwiazd po nastolatków grających pierwsze próby, najczęściej słyszelibyśmy metal albo reggae. W tym kraju albo lata się na Jamajkę albo zagląda do piekła, trzeciej drogi nie ma. Nawet przeciętniacy grając jeden z gatunków mają szansę na jakiś pieniądz, co dopiero Vavamuffin. Oni jednak nie liczą na drapane i zawsze kombinują jak tu zadowolić słuchacza. Tym razem wykombinowali tak, że Jah nie jest już prezydentem, co najwyżej jednym z ministrów. To najbardziej eklektyczny a przy tym piosenkowy album. W otwierającej „Ferajnie” mocno prześwituje rap, „Tatuaż” to prawie blues, „Dźwięk” atakuje elektro a ostatnia piosenka to pablopavowy numer z motywem granym na pianinie. Są wciąż takie numery jak „A to reggae znów” czy „Sztany Katana” bo muszą być. Ale Vavamuffin idzie do przodu, rozgląda się za nowym. Bless.

 

coma

 

30   2005 yu55   Coma

 

Co by nie mówić, Coma idzie drogą Heya. Teksty to osobna historia, to co się tam wydarza, to fenomen, tak samo jak armia wyznawców przekonana że potrafi cokolwiek coś z nich zrozumieć. Ale muzycznie to zdecydowanie najlepsza odsłona dumy Łodzi. W końcu przestali brzmieć, jak studencki zespół po pięciu próbach. Pojawiło się oryginalne brzmienie, wydumany aranż nie przykrywa całości, produkcja też zasługuje na oklaski. Jeśli kiedyś to Roguc ciągnął zespół, teraz sytuacja zdaje się odwracać i to on wygląda na najsłabsze ogniwo z aktorską manierą recytując wyjątki z zakamarków nieodgadnionego umysłu. W takim na przykład „Dionizosie” Rogucki brzmi jak Kazik przedrzeźniający urzędnika w „Czterech Pokojach”, za to w tle mamy niepublikowany numer Davida Bowie. Tak naprawdę nie ma tu wyróżniających się utworów, to jak zwykle u Comy koncept album podzielony na odcinki, jeden płynnie przechodzący w drugi. Tym razem jednak naprawdę wciąga.

 

polish-jazz-yes-polish-jazz-volume-77-polish-jazz-edycja-limitowana-z-autografem-b-iext44282122

 

29   Polish Jazz – Yes!   Zbigniew Namysłowski Quintet

 

Dziś na obrzeżach światowej kultury, w czasach tak pogardzanej komuny, w latach 60. polskie kino, architektura a także jazz były stawiane na równi z amerykańskim. Wraz z jej upadkiem zatrzymana została także najwybitniejsza może seria wydawnicza w historii, Polish Jazz. Expect the unexpected, we wrześniu tego roku legenda powróciła, 77. album w serii ukazał się dokładnie w 77. urodziny Zbigniewa Namysłowskiego. I jest po staremu, Zbyszek bierze góralskie czy mazowieckie tematy i łamie je jazzowym kołem. Jest zabawnie („Jadąc Zakopianką”) i refleksyjnie („Ostatnia Komenda”), przede wszystkim jednak swojsko, bo Namysłowski po raz kolejny udowadnia, że jazz to niezwykle polska muzyka.

 

tracklista box end 

 

28   Kaliber 44   Ułamek Tarcia

 

Można oceniać na dwa sposoby. Jedni wciąż Kaliber rozumieją jako skład debiutujący ponad dwie dekady temu z Magikem w roli szefa. Jeśli będziemy ich stronnikami musimy przyznać że Kaliber fantastycznie odnalazł się w 2016 roku. Możemy też uznać, że chociaż trochę niefortunnie chłopaki podpierają się legendarną marką, to w zasadzie zupełnie nowy projekt (brzydkie słowo). I tu też nie jest źle, bity i rapowanie to wciąż najwyższa w tym kraju półka.

 

BajzelamOK

 

27   amOK   Bajzel

 

Trzy lata temu Amok objawiła światu supergrupa Atoms for Peace. Trzy lata później mamy swój amOK, moim skromnym zdaniem lepszy. Cudem odnaleziony brat bliźniak Budynia grywając w Pogodno, projekcie Babu Król czy solo dostarcza enigmatyczne, ale nie pozwalające na obojętność prezenty. Po gatunkach trudno ją recenzować, to muzyka międzygatunkowa, może wręcz poza-gatunkowa, tak jak nagrywa się na świecie od jakiegoś czasu, dawne etykiety przestają mieć znaczenie, nowych nie warto wymyślać, bo zaraz tracą sens. Czasem taka kula inspiracji i natręctw eksploduje muzyką atrakcyjną. Jedni łapią się za głowy, inni po prostu wpadają  w taneczny trans, w najgorszym razie energicznie kręcą nóżką. Pierwsze co uderza na tej płycie, to nieposkromiona energia Afryki, gitarowych wzmacniaczy i miłości do muzyki. Zgrzytliwość i nieokrzesanie ma tu jednak swój urok, to piosenki z krwi i kości, pan Bajzel potrafi komponować, przed wszystkim jednak z kompozycji robić atrakcyjny towar dla ludzkości. Dodatkowy punkt Bajzel dostaje za pracę, jaką wykonał ponownie przy produkcji płyty uwidoczniona na okładce z gitarą i podłogą zasłaną efektami, nad którymi góruje święty Bajzel z aureolą z tamburynu. Dawno przyzwyczailiśmy się, że najlepsi rzadko zostają docenieni w tym kraju, cieszmy się więc my, wybrańcy należący do tajnego zgromadzenia wyznawców bajzlu.

 

drony-b-iext45097080

 

26   Drony   Fisz Emade Tworzywo

 

Kto stoi w miejscu ten się cofa, to dość uniwersalna zasada. Bartek i Piotrek też nie chcą jeszcze zostać dinozaurami i kombinują, co by tu nowego? Ryzykując czasem można wygrać, czasem wręcz przeciwnie. Fisz i Emade obstawiają ostrożnie, dywersyfikują inwestycje, minimalizując ewentualne straty. Na drugiej już płycie z kolei serwują niepokojący flirt z elektroniką, ostatnio także z muzyka taneczną i tu mój apel: Bartoszu i Piotrze, nie idźcie tą drogą. Są na tej płycie przykłady, jak grać należy. Jak odświeżyć styl, spróbować czegoś nowego, a mimo to nie wypaść z właściwych torów. Począwszy od współczesnego spojrzenia na hip hop w „Fanatykach”, podobnie jak „Biegnij dalej sam”, przez oryginalny pomysł na gitarę akustyczną w „Krętych drogach” i „Komputerze”, aż po kapitalny oldskulowy finał. Mając mieszane uczucia co do formy, gorzka refleksja o dzisiejszych czasach czyli treść zasługuje jednak na najwyższe uznanie.

 

okl_okl_53988

 

25   Queer Resource Center   Meeting New People

 

Z racji pogody, twarzy spotykanych na ulicach i narodowego temperamentu, o historycznych zaszłościach nie wspominając, spora część polskiej sceny wykazywała tendencję do grania muzyki alternatywnej, jazgotliwej, nieprzesadnie optymistycznej, poświęconej ciemnej stronie ludzkiej egzystencji. Nie inaczej ma się sprawa w przypadku tej formacji, doskonale opanowali styl Velvet Underground, Sonic Youth czy Pixies i nie boją się z tej umiejętności korzystać. Jednocześnie przebijają tu promienie słońca, słuchać echa niesłusznie minionej formacji The Car Is On Fire i rzeczywiście na wokalu spotykamy Kubę Czubaka, który pamięta jeszcze tamte czasy. Porządny głos z otchłani polskiej alternatywy.

 

LAM-recenzja-1-329ittcoeg7m36o1xy0emi

 

24   LAM   LAM

 

Wiele zdradza już okładka autorstwa Łukasza Palucha, pojedyncza łamana linia to wzór szlachetnego minimalizmu. Nie brakuje go na płycie, jest punktem wyjścia, Zimpel Dys i Zemler nie stawiają na wirtuozerię, raczej pieczołowicie celebrują dźwięki. Utwory narastają, tężeją i finalnie dostajemy coś na kształt nu-jazzu w stylu Cinematic Orchestra w „LAM1″ czy modern jazz w „LAM 3″. Dwa tematy tej płyty to dwie fascynacje jej autorów, z początku pochylają się nad brzmieniem, by w końcu zająć się rytmem. I ten w końcu dominuje, dźwięki zamknięte w pętli niczym w alpejskim zderzaczu hadronów rozpędzają się, by uwolnić ogromną energię którą pochłonie cierpliwy i uważny słuchacz. Minimalizm może być fajny.

 

RybyKenia_digi.ai

 

23   Kenia   Ryby

 

Kenia to album utrzymany w tradycji muzycznej stworzonej przez Pogodno czy Pustki. Zabawa słowem odbywa się na tle muzyki raz śmiesznej raz strasznej, w duchu ironii opisuje obyczaje kraju, w którym wszystkim nam przyszło żyć, bierze na warsztat przeróżne absurdy i małości ludzkie, które spotykają na każdego dnia. Kapitalny oddech od przeprodukowanych płyt o niczym.

 

dancing-salon-ulica-b-iext36431841

 

22   Dancing, salon, ulica   Warszawskie Combo Taneczne

 

Dom, kościół, strzelnica, mówił pewien kandydat na prezydenta. Warszawskie combo widzi to nieco inaczej, wykazuje się refleksem i odpowiada ripostą – oni wolą dancing. Bez ambicji dodawania nowych sensów i wymiarów naśladują Kapelę Staśka Wielanka, grając po prostu muzykę dla zabawy.

 

ru-1-r-640,0-n-2217151FhqW

 

21   MYWASWYNAS   Luxtorpeda  

 

Normalnie oceniając nową muzykę zwraca się na kompozycje, brzmienie, co tam artyści próbują nam powiedzieć. Luxtorpeda jest jest jednak zespołem wyjątkowym, w zasadzie nieobecna w mediach jednocześnie jest jedną z najważniejszych formacji w nowym wieku głównie dzięki temu, w jaki sposób odnoszą się do szołbiznesu ale przede wszystkim jak traktują fanów. Przypomina w tym Kazika, przez lata grając u jego boku Litza mógł wiele się nauczyć. Co najmniej połowa tekstów jest skierowana bezpośrednio do nich, mówi o współdziałaniu, pomocy słabszym, szacunku i pamięci. Jednocześnie piętnuje grzechy kapitalizmu, zagrożenia nowych technologii i pustkę mediów. Robi to od początku istnienia, nie ma na nowej płycie żadnych wolt, gdyby wymieszać numery z tego albumu i z debiutu trudno byłoby zauważyć większe różnice. A już dla formalności trzeba wymienić parę zalet MYWASWYNAS, więc proszę: riffy Litzy, trzy dekady w branży i ciągle sprzedaje takie petardy. Na krajowym podwórku wyznacznik brzmienia i rzemiosła, choć na obrazku wcale nie wyglądają.

 

Laki-Lan-syntonia-edycja-specjalna-z-autografami-cd_midi_589789_0003

 

20   Syntonia   Łąki Łan

 

Laboratorium funku zgłasza kolejny patent który odmieni rozrywkę w tym kraju. Specjalna grupa profesorów z dogłębną wiedzą z zakresu pulsu, rytmu i dobrej zabawy długo pracowało nad kombinacją bitów, basów, perkusji i szalonych śpiewów tak, aby znów zaskoczyć tych, których zaskoczyć nie łatwo. Nie ma już jednowymiarowego funku, są echa ragga w otwierającym „Mucha nie siada”, powiew zachodniej nowoczesności w „Pola ar” (Skawa zapisałby się na siłownię za taki numer) jazzowe inklinacje wystają z „To remember”. Łąki Łąn znów stopień wyżej.

 

biszradex

 

19   Wilczy humor   Bisz/Radex  

 

Zawiedli nieco Fisz z bratem, ale jest Bisz z kolegą – produkcję i swoje dźwięki oferuje tu Radex czyli Radek z Pustek. I mamy coś na kształt synergii. Rap z pewnością poszukuje dziś nowego języka, chociaż nie wiem czy to jeszcze rap. Jest z pewnością energia, brzmienie, zabawa słowem w przeszukiwanie półek z kulturowymi inspiracjami. Jest powód, żeby mówić i żeby chwalić Bisza i Radka. 

 

selfie 

 

18   Selfie   Beneficjenci Splendoru  

 

Zbiór celnych spostrzeżeń o dzisiejszej Polsce opowiadany językiem jamajskiego soundsystemu. I jeśli forma nie jest oszałamiająco przystępna, to treść, choć gorzka jest niezbędna do wyartykułowania, bo wrażliwych i utalentowanych jednocześnie coraz trudniej znaleźć w tym kraju. Są bezwzględni głównie wobec samych siebie ale rykoszetem obrywa cały świat, co niechybnie przypomina świętej pamięci Afro Kolektyw czy Fisza/Emade. Dostaje się warzywom uzbrojonym w smartfony, pewnemu klęczącemu bohaterowi masowej wyobraźni czy religijnym fanatykom. W galopadzie skojarzeń nie łatwo się odnaleźć za pierwszym razem, ale takich płyt nie słucha się na raz. Ani na dwa.

 

tmr019_D01_template

 

17   Bal nadziei   Komety

 

Znajomość tylko studyjnego oblicza Komet to niepełny obraz zespołu. Postanowiliśmy wydać płytę koncertową, ponieważ chcieliśmy, żeby słuchacz mógł się w domu lub samochodzie poczuć jak na naszym koncercie. Kiedy jej się słucha, z głośników cieknie pot. Tyle Lesław w roli sales managera Komet. Zdawało by się koncertówka nie ma prawa trafić na listę płyt roku, ale przearanżowana historia nagrań zespołu brzmi rzeczywiście na tyle oryginalnie, że stanowi autonomiczny byt w ich katalogu.

 

lines

 

16   The Lines   Wacław Zimpel

 

Wytwórnia Instant Classic od lat podąża zdecydowanie wytyczonym szlakiem, w tym roku naprawdę się postarała, proponując całą masę premier z wysokiej półki, wśród nich nowy album Zimpla. Inspirowany działami mistrzów amerykańskiego minimalizmu takich jak Monte Young czy Terry Riley postanawia odnaleźć nowe ścieżki w polifonicznych kompozycjach bazujących na brzmieniu klarnetu. Brzmi jak recenzja z Warszawskiej Jesieni, ale mamy tu naprawdę ciekawe melodie, w dodatku świetnie ze sobą współpracujące, dając niezwykły przestrzenny efekt. To jedna z tych płyt, która otwiera nowe przestrzenie w głowie.

 

11823033_938694046172674_1312972968097215880_o

 

15   Badziewie Świata Całego   Blady Jeleń

 

Co to za frajda trafić na taki band co to gra dla kolegów i rodziny, a jednocześnie nagrywa takie numery! Chłopaki lubią posłuchać alternatywy i słychać to w ich muzyce – czasem to Świetliki, czasem Ścianka czy Apteka, innym razem Pogodno. Nie mają stałego składu, trzon stanowią Paweł Maciak i Bartek Rocławski, którzy zapraszają sporo gości, czasem pojawi się nawet gwiazda w postaci Mewy Chabiery, najlepszego głosu Polski (choć w „Ktoś( jeleniogórski)” jakoś tego nie słychać). „Polub to na fejsbuku”, prześmiewczy blues stawia zespół obok takich tuzów rodzimej rozrywki jak Marszałek Pizduski czy Dziady Kazimierskie, a to na początek coś.

 

łona

 

14   Nawiasem mówiąc   Łona i Webber

 

Polska to nieskończone źródło inspiracji, szczególnie dla kogoś takiego jak Łona. Nie wytrzymuje spoglądając na obyczaje, ale do białej gorączki doprowadza go to, co ludzie spotykani na ulicy, w tramwaju czy pociągu wyprawiają z rodzimym językiem. I nieustannie od kilkunastu lat robi wykłady o poprawnym posługiwaniu się językiem ten nasz hiphopowy prof. Bralczyk. I jest jeszcze kwestia bitów. Na ostatnich płytach klasyczne hiphopowe podkłady ustępują elektronice, w tym względzie większość dawnych klasyków upodabnia się do siebie. To jedna kwestia, która zakłóca pozytywny odbiór „Nawiasem mówiąc”. Czy pan mnie słyszy panie Adamie?

 

inside out

 

13   Inside Out   Meeting By Chance  

 

Niektórzy artyści wymykają się stereotypom, zapominają że pochodzą z Polski i ich muzyka trafia do światowego obiegu, mierząc się z najlepszymi na świecie. Marcin Cichy i Igor Pudło swego czasu ominęli kolejkę na lokalnej scenie i uderzyli od razu do najsłynniejszej wytwórni specjalizującej się w samplowanej muzyce, legendarnej Ninja Tune, ku wielkiemu dziwieniu zostali przyjęci, z miejsca stając się gwiazdami wytwórni. Po wydaniu trzech klasycznych już dziś płyt ich drogi się rozeszły i każdy rozpoczął pracę na własną rękę. Do niedawna o wiele bardziej aktywny był Igor, teraz z ukrycia wyszedł ten, który nomen omen był bardziej cichy, czyli Cichy. To pierwszy z dwóch albumów Meeting by Chance w tym roku, stylistycznie zbliżony do działalności słynnego zespołu. To jakby muzyczna realizacja filozofii wschodu, odejście od cielesności do duchowości, brak tu wyraźnego kręgosłupa, namacalnej tkanki, muśnięcia dźwięków są lekko dostrzegalne, do zbudowania pełnego obrazu potrzebna jest wyobraźnia słuchacza, zabawa w połącz kropki. Hipnotyzujące obrazy wspomagane głosami trzech pań -   Ayuko, Mayuko i Magdy wprowadzają w trans bez najmniejszego problemu. To dość głośny powrót Cichego.

 

hanba_fot.v-karol

 

12   Hańba   Hańba

 

Hańba to prawdziwi nestorzy na polskiej scenie, zespół debiutował w Krakowie w 1931 roku, niedługo setne urodziny. Jest też pierwszym zespołem, który zagrał w słynnym cyklu „Live on KEXP” dla najsłynniejszej stacji radiowej grającej muzykę alternatywną na świecie. W latach 30. nie wymyślono jeszcze gitary elektrycznej, zespół gra na tradycyjnych instrumentach, w tym na akordeonie, tarze czy grzebieniu. Teksty reprezentują radykalną grupę uciśnionej klasy robotniczej domagającej się sprawiedliwości ze strony spasionych banksterów i szemranych wyzyskiwaczy. Muzyka to z jednej strony kapitalny revival miejskiego folku sprzed wojny, z drugiej to typowy oi! punk, nieustannie zachęca do tańca w równym stopniu co do myślenia.

 

foto-materialy-prasowe (1)

 

11   Peep Show   Acid Drinkers

 

W zależności od tego, jaką nogą wstanie Titus przed wejściem do studia w takim stylu akurat będą grać. Dwa lata temu mieliśmy heavy metal, ale kiedy Titi usłyszał, że w 2016 Metallica też nagrywa, postanowił się pościgać. Zaprowadziło ich to gdzieś w okolice Slayera, chociaż akurat singlowe „Become a Bitch” to kompozycja, która mogłaby Ulricha i Hetfielda zawstydzić. Świetny walec na początku, potem przychodzi bridge, zwolnienie i kończący cios. Takich numerów nie nagrywa się na co dzień. Wciąż świetny towar eksportowy przeznaczony na krajowy rynek.

 

0005ZFZOOL05P8X1-C122

 

10   T.Love    T.Love

 

The Clash nagrywają płytę ze skoczną muzyką, tyle że zamiast Strummera wskakuje Shane McGowan z The Pogues. Takie było pierwsze skojarzenie, które wcale nie wyparowało z czasem. Singlowe numery mogą mylić, nie wiedzieć czemu słabsze numery, „Pielgrzym” czy „Warszawa Gdańska” wybrano do promocji płyty, kiedy są tam takie perełki jak „Bum Kasandra”, „Niewierny patrzy na krzyż” czy kapitalna dylanowska „Preria” ze specjalnej edycji płyty. Doskonałym wyborem był za to „Marsz”, skoczny numer rozbrajający pustkę całej sceny politycznej. Lata świetności mają już może za sobą, ale do upadku Kombi ciągle im daleko.

 

6b529586-8b75-4896-9964-c7ca0912bc1b_714x

 

09   Czasowniki   Elektryczne Gitary

 

Niesamowite są przede wszystkim okoliczności powstania płyty. Utwory powstawały osobno, na zamówienie Telewizji Polskiej i innych państwowych instytucji. Wszystkie zostały odrzucone, Sienkiewicz nie chciał jednak zostać jak ten Himilsbach z angielskim i tak zrodził się pomysł na płytę. Muzycznie jak jest, wiadomo – to Elektryczne Gitary, studenckie granie z akademika, żaden Skrzek czy Namysłowski. Porażający jest jednak kontent, jak to się teraz mówi. Najnowsza historia opowiedziana na nieznanych powszechnie przykładach, z ciekawych punktów widzenia, bez narodowego nadęcia i słusznej linii. Dwa najbardziej przejmujące momenty to „Nikt Nie obiecywał” o losie Żydów w czasach komunizmu i poruszająca historia „Andrzej Panufnik wybrał wolność”. Nikt do tej pory nie śpiewał tak o Polsce.

 

ru-0-r-600,600-n-f357fa9bbbeb8787f24698759db7979fF1zqykGTbir

 

08   Córki dancingu   Ballady i Romanse

 

Lepsza książka czy film?  A może: lepszy film czy muzyka? Barbara i Zuzanna od Wrońskich nagrały muzykę do debiutu Agnieszki Smoczyńskiej i teraz dzięki komu wygrywają się te wszystkie nagrody, ha? To raczej rzadki przypadek, kiedy dominantą w brzmieniu jest syntezator, a mimo to nie drażni. Ale też nie na dźwięk zwraca się tu główna uwagę, to muzyka z tekstem, liryki sióstr to jedne z najlepszych dzieł w tym kraju, w ich lidze grają jeszcze Nosowska, Pablopavo, ktoś jeszcze? Muzyka zahacza siłą rzeczy o kiczowaty nastrój dancingu lat 80, ale na szczęście ucieka w onioryczność i niewinność, którą od zawsze siostry kilogramami przyprawiają swoją muzykę.

 

Fertile_Hump-Dead_Heart_2

 

07   Dead Heart   Fertile Hump  

 

Na takie granie mówi się zdaje się, sztos. Dodajmy jeszcze amerykański garażowy sznyt jak spod ręki Jacka White’a. Jest luz obcy większości polskich zespołów i sporo kapitalnego songwritingu, skoro w Ameryce już jesteśmy. Czy to akustycznie, czy elektrycznie wszystko trafione w punkt. To najprostsze granie, jakie tylko można sobie wymyślić, może właśnie dzięki temu ma w sobie całą tą energię, jaką strzelał w nas rock nad roll we wszystkich swoich najjaśniejszych odcieniach. Dwa wnioski końcowe: po pierwsze primo, jak to się mówi, numer tytułowy to jeden z najlepszych sztosów (słowo na dziś) roku 2016, po  drugie zaś Magda Kramer zwalnia Mewę Chabierę na stanowisku: najlepszy dziewczyński wokal w tym kraju.

 

12896409_10206905514855557_409634238_o-1

 

06   Masala Soundsystem   Ziemia na sprzedaż

 

To muzyka totalna. Korzenie sięgają Indii i muzyki, jaką zaraził ich Max Cegielski, Praczas robi niezłą dyskotekę, Pan Duże Pe nawija z wściekłością, a są jeszcze Daniel Moński, Bart Pałyga czy DJ Spox, którzy ciągną kołdrę w swoją stronę. Nie nagrywają często, ale każde pojawienie się na scenie to potężna dawka energii, przede wszystkim jednak przerażający raport o stanie świata i apel o pobudkę, nim będzie za późno. Wysłuchajmy ich, nim rzeczywiście będzie.

 

okl_okl_55437

 

05   Las   Kristen

 

Mamy to! Kristen nagrał album życia, złożony z repetycji, pulsu, pędu i drive’u. To math rock w najczystszym wydaniu, myślę że Battles mogą czuć się zazdrośni. Instrumentalne utwory prowadzą do finału, do tytułowego lasu gdzie w końcu pojawia głębszy oddech i słyszymy śpiew Michała Bieli. Muzyka rodziła się podczas improwizacji w sali prób, ale właściwy kształt przyjęła w studiu, gdzie zaczęły powstawać coraz bardziej rozbudowane pętle, a nowy nabytek podkradnięty z Robotobiboka, Maciej Bączyk otwiera kolejny wymiar, w którym zespół śmiało podążył. Zaryzykowali, udało się. Mamy to!

 

prosta-piosenka-b-iext40602211

 

04   Prosta Piosenka   Martyna Jakubowicz

 

W roku 60. urodzin, prawie czterdzieści lat po debiucie Martyna Jakubowicz wciąż brzmi świeżo, żywo, przede wszystkim mądrze. Znów opowiada nam o sobie, tak jak zawsze dzieli się przemyśleniami i jak zwykle trudno się z nią nie zgadzać. Jest relacja z przyjacielskiej popijawy („Kota na kolanach mam”), kronika sercowych uniesień („Wielka słabość”), ale i smutne refleksje osobiste czy nad stanem świata. Mało kto tak jeszcze potrafi pisać w tym kraju.

 

Print

 

03   Shy Albatross   Woman Blue

 

Do niedawna animator muzyki żydowskiej w Polsce, jakiś czas temu rozpoczął poszukiwania nowych inspiracji wśród folkowych tradycji z różnych świata stron. W ciągu kilku lat zebrał dwie supergrupy (może nawet trzy, o czym później) i nagrał kilka płyt, które wprawiają w osłupienie. Tym razem mamy opowieść o uciśnionych mieszkańcach Ameryki, i to uciśnionych podwójnie. Blues czarnych kobiet rozbrzmiewa po afrykańsku w „See See Rider”, azjatycko w “Blind man stood on the way and cried” i amerykańską tradycją w „Dink’s song”. Subtelnie zaznaczone aranżacje pozwalają docenić też kunszt pozostałych gwiazd, perkusistę Huberta Zemlera i wibrafonistę Miłosza Pękalę. Muzyka płynie wagonowym rytmem a jej trans udziela się tym bardziej, im dłużej się jej słucha.

 

okl_okl_55699

 

02   Zaświeć Niesiącku and Other Kurpian Songs   Żywizna

 

Skąd jest ten gość? Raphael Rogiński stał się dziś chyba najważniejszą postacią na polskiej scenie, nowym Niemenem. Co kilka miesięcy wyciąga z rękawa kolejnego asa, końca nie widać. Coltrane, muzyka afrykańska, blues czy kurpiowski folk – bez różnicy, wszystko doskonałe, w dodatku wszędzie słuchać pieczęć autora. Tym razem w duecie z Genowefą Lenarcik tworzy zaskakujący duet gdzie tradycyjne pieśni kurpiowskie spotykają world music z Afryki, Azji i kto wie skąd jeszcze. Zaskakujące jest w niej to, jak te dwie odległe tradycje doskonale współgrają ze sobą. To lekcja humanizmu ale i spotkanie z naturą – płyta nagrywana była w środku Puszczy Kurpiowskiej, pod chmurką, żywizna oznacza naturę właśnie. Czym Rogiński zaskoczy nas jutro?

 

blysk-b-iext36331832

 

01   Błysk   Hey

 

2015 – Błysk – Szum – Prędko/Prędzej – Ku Słońcu – Dalej – Hej Hej Hej – I tak dalej. Nie pozostawiają wątpliwości o czym rzecz. Miejska gonitwa, warszawskie starcia i zwarcia, pęd ku obietnicy szczęścia. Niby nic odkrywczego, żadne fajerwerki, każdy fragment wyposażony jednak w szlagwort, ten mały fragment który nadaje szlachetności utworom w warstwie dźwiękowej, co do liryki nie ma o czym w ogóle mówić. Nosowska godnie zastępuje Osiecką, Młynarskiego, Olewicza. Przez te prawie ćwierć wieku zbudowali sobie taką pozycję, odsadzili konkurencję tak zdecydowanie że sami zastawili na siebie sidła, nikt nie oczekuje po prostu nowej płyty Heya, to już zawsze musi być wydarzenie, nowy rozdział  w muzyce. Dlatego zwolnili wydawnicze tempo, nagrywają dopiero wtedy kiedy mają coś do powiedzenia. I znów powiększają przewagę, inni zaliczają pudła i karne rundy, tu niezmiennie strzały w dziesiątkę. Ciągle błysk.

 

 

Nagroda specjalna:

 

masecki

 

Symfonia nr 1 „Zwycięstwo”   Marcin Masecki, Orkiestra Dęta OSP w Słupcy

 

To projekt muzyczny, ale jeszcze bardziej ludzki. Pan z Warszawy, Marcin Masecki przyjeżdża do małej Słupcy, do skromnych muzyków strażackiej orkiestry i pokazuje im nowy muzyczny świat. Do tej pory grali proste marsze, teraz mają do czynienia z muzyką współczesną, z profesjonalnym podejściem do grania, ale jeszcze bardziej myśleniem o muzyce. Po kilku miesiącach muzycy są już innymi ludźmi, widzą więcej i chcą więcej. Chciałoby się żeby tego więcej zachciało więcej Polaków.

 

karl