Archiwa kategorii: FILM

Janusz Głowacki. Antypolak w Nowym Jorku

głowa

 

Żaden sztylet nie wchodzi tak głęboko i brutalnie w ciało, jak dobrze postawiona kropka.

Janusz Głowacki

 

Niedawno zrobił nam kolejnego psikusa, jak to on. Tym razem jednak nikt się nie śmiał, bo odszedł człowiek z gatunku tych, których brakuje dziś bardziej.

Hedonista z krwi i kości, diablo inteligentny, od zawsze posługiwał się celną ripostą i ostrym piórem. Wszystkie te przymioty wykorzystywał z premedytacją, kiedy jednak spływały na niego zasłużone pochwały, lub równie często spadały gromy, głównie ze strony tych którzy zazdrościli przenikliwości oceny, lekkości frazy (powodzenia u płci przeciwnej nie wspominając), Głowacki do jednych i drugich podchodził za stoickim spokojem. Był zaprzeczeniem typowego polaka, „Mówił, jak jest”, zanim stało się to modne, nie pytał „Co z tą Polską”, od razu przechodził do odpowiedzi. Gorzko trafnej i przerażająco przytłaczającej. Robił to jednak z taką klasą, że nikomu nie przyszło do głowy się na nie go gniewać. Może z wyjątkiem paru tych, którym poderwał dziewczynę albo opisał tu i ówdzie tak, że nie było wątpliwości o kogo chodzi. Jego nie interesowała polska gorączka, niekończące się dyskusje za czy przeciw, żyć czy umierać. Bardziej interesowało go życie, najwspanialsza przygoda rozumiana pod każdą szerokością geograficzną niż wchodzenie po raz tysięczny do tej samej rzeki, czy może raczej kanału. Najlepiej było to można dostrzec w potyczkach z archetypem męczennika pamięci, ambasadorem polskiej narodowej traumy, Andrzejem Wajdą przy pracy nad scenariuszem filmu o Wałęsie. Kiedy Wajda myślał raczej i Iliadzie i Odeysei, Głowacki kombinował w stronę „Wściekłego Byka”. Reżyser widział Konrada na Mount Blanc, autor zaś spracowane ręce elektryka dobierające się do kuszącego ciała małżonki. Nie interesowały go legendy i mity, interesowało go życie.

Głowacki urodził się, by być obywatelem świata i osiągnął to pomimo panujących u nas mroków komunizmu. A być może paradoksalnie dzięki nim, żelazna kurtyna pobudzała wyobraźnię i wyostrzała zmysły, po naszej stronie chciało się po prostu bardziej. Nie miało jednak dla niego znaczenia po której stronie akurat się znajdował, bez wielkich planów na przyszłość, zawsze jednak pełen nadziei najpierw awansował z anonimowego polskiego felietonisty na jednego z najważniejszych piór młodego pokolenia, autora choćby „Rejsu” czy „Polowania na Muchy”, by za chwilę wykładać na Columbia University i zdobywać kolejne stopnie wtajemniczenia w nowojorskiej society. Pisał felietony dla New York Timesa i sztuki wystawiane w Stanach i Europie, ale na zawsze pozostał Januszem z Polski, od polskiego DNA nie udało się uciec nawet jemu.

 

karl

Po moim trupie!

 

lamancha

 

Słynną powieść Miguela Cervantesa otacza diaboliczna aura. Wiele wskazuje na to, że autor szukał wsparcia w siłach, o których nawet nie chcę wspominać. Z pewnością wisi nad Don Kichotem klątwa, nieprzerwanie od czterech wieków. Padła na samego Cervantesa, od momentu ukończenia powieści doświadczanego przez przeróżne plagi, następnie na Orsona Wellesa, który przez 30 lat bezskutecznie próbował przenieść historię na filmową taśmę, przez Terry’ego Giliama, aż po piszącego ten tekst – bezskutecznie podchodziłem do niego od wielu miesięcy.  A zatem czytacie na własne ryzyko, kto wie jak działa donkiszotowskie mojo.

 

Kilka tygodni temu do sieci trafił lakoniczny komunikat o przerwaniu prac nad filmem „The Man Who Killed Don Quixote”. Z miejsca przykryty lawiną newsów i memów o „Star Warsach”, „Avengersach” i „Grach o Tron” na kilku osobach zrobił jednak wrażenie i to zapewne o nich mógłby być ten film. A może najbardziej o autorze całego przedsięwzięcia. Cervantes pisząc Don Kichota nie mógł przypuszczać, że jego bohater jako żywy będzie chodził po ziemi kilka wieków później. Obaj to to staromodni romantycy. Obaj to wariaci. Trudno o bardziej dobraną parę, niż szlachcic z La Manchy i Terry Gilliam.

 

 

Pełen zapału do pracy Gilliam rozpczął prace nad dziełem życia w 1998 roku, dwa lata później, bez najmniejszego choćby wsparcia ze Stanów zamknął budżet i w hiszpańskiej prowincji Navarra ruszyły zdjęcia. Obsada najlepsza możliwych, Jean Rochefortowi parterował Johnny Depp wraz z ówczesną narzeczoną Vanessą Paradis, wszystko szło świetnie przez pierwsze kilka dni, aż w skutek ulewy woda podmyła plan, niszcząc wszystko na swojej drodze.  Zdjęcia wznowiono tylko po to, żeby Rochefort musiał udać się do szpitala z dwoma naruszonymi kręgami (kto normalny jeździ konno w wieku 70 lat?). Następnie wyniknęły kłopoty z ubezpieczeniem, budżet został nadwyrężony do granic wytrzymałości… Jednym słowem projekt upadł. Pamiątką tamtych czasów jest dokument „Lost in La Mancha” z 2002 roku, w którym możemy zobaczyć większość nakręconych wówczas scen.

 

Gilliam nie przestaje myśleć o swoim opus magnum i w 2005 roku, z Robertem Duvallem i Evanem McGregorem w głównych rolach podejmuje drugą próbę. Prace trwają z przerwami przez następne kilka lat, ostatecznie w 2010 reżyser oznajmia, że budżet świeci pustkami i tym samym po raz drugi musi uznać wyższość sił od niego niezależnych. W styczniu 2014 roku Gilliam ogłasza na fejsbuku: „Marzenie o Don Kichocie znów odżyło! Czy uda się wsadzić starego drania z powrotem na koń?”

 

Z producentem Adriánem Guerrą i scenarzystą Davem Warrenem u boku znów podejmuje rękawicę. Tym razem w rolach głównych William Hurt i Jack O’Connell. W czerwcu 2015 roku robi się jeszcze bardziej optymistycznie, kiedy projekt postanawia wesprzeć Amazon Studios, zapowiadając szeroką promocję w kinach i dystrybucję online. We wrześniu, kiedy własnie mają ruszać zdjęcia, lekarze diagnozują u Hurta raka trzustki. Prace zostają wstrzymane.

 

Wiosną tego roku Gilliam ogłasza ostatnią jak dotąd próbę wypełnienia szaleńczej misji. Kolejnym duetem aktorskim zostają Michael Palin i Adam Driver, fundusze objecuje zebrać Paulo Branco. To jeden z najważniejszych ludzi kina w Europie, ma na koncie ponad 300 filmów, zasiadał w jury festiwali w Berlinie, Wenecji czy Locarno. Współpracował z Cronenbergiem i Wendersem, ale także z Żuławskim i Skolimowskim, jest wielkim pasjonatem kina artystycznego, które potrafi też przekuwać w sukces finansowy. Na początku października oznajmia, że tym razem dopięcie budżetu okazało się niemożliwe. Czy wspominałem już o klątwie Don Kchota? Gilliam zdaje się dobierać współpracowników o niewłaściwej duchowej prowieniencji, można rzec z niewłaściwej parafii. Może jednak sytuacja wygląda całkiem inaczej, być może w całym tym procesie nie ma przypadków, a my oglądamy przedstawienie, które wykracza poza jedynie salę kinową?

 

Choć Gilliam nie pokazał nawet minuty skończonego filmu oferuje nam coś więcej, sama walka o ukończenie produkcji stała się metafizyczną opowieścią o szaleństwie i walce z niewidzialnym wrogiem. Sam obsadził się w roli głównej i od lat prezentuje dzieło hiszpańskiego pisarza w niezamierzonym (a być może właśnie z premedytacją zamierzonym!) performansie. Jak na XXI wiek przystało, kolejne rozdziały oglądamy przy pomocy plotkarskich portali, a do tego sami musimy tę opowieść poskładać do kupy. Nawet jeśli nie do końca świadomie, Gilliam po raz kolejny okazuje sie genialnym wizjonerem,  przekraczając granice sztuki w sposób, jaki do tej pory nikomu sie nie śniło.

 

Czy usłyszymy jeszcze o człowieku, który zabił Don Kichota? Chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości? Kilka lat temu w jednym z wywiadów opowiadał: Zaczynam chyba myśleć „jeśli tym razem się nie uda, chyba dam sobie spkój. Straciłem tyle lat… Jeśli zamerzasz robić Don Kichota musisz byc szalony, jak sam Don Kichot”. Zapytany niedawno o rezygnację z projektu odpowiada jasno: po moim trupie!

 

karl

Będę mówił po polsku. o Andrzeju Wajdzie

Andrzej Wajda

 

Będę mówił po polsku, bo chcę powiedzieć to, co myślę, a myślę zawsze po polsku – tymi słowami rozpoczął wystąpienie w Kodak Theatre w 2000 roku, kiedy odbierał Oskara za całokształt twórczości. I nie była to kokieteria. Wajda to Polska mówił wczoraj daniel Olbrychski. Żeby zrozumieć Wajdę trzeba urodzić się w kraju Mickiewicza, Iwaszkiewicza i Wyspiańskiego.

 

Z jednej strony chciał ze swoim kinem mówić do publiczności na całym świecie, w tym celu często w swoich filmach używał obrazu, skrótu, symbolu, tak by miały one wymiar uniwersalny i łatwo zrozumiały nawet w innych kulturach. Mogłoby się wydawać że tak rzeczywiście się działo. Oskar a do tego cztery nominacje, Złota Palma, Niedźwiedź i Lew musza robić wrażenie. Kiedy jednak próbował jeden ze swoich najlepszych filmów, Ziemię Obiecaną wprowadzić do dystrybucji w Ameryce, słusznie skądinąd sądząc że opowieść o selfmademanach jest na wskroś amerykańska, spotkał się z zarzutem, że to film antysemicki. Z dystrybucji nic nie wyszło.

Patrząc jednak z polskiej perspektywy był twórcą wybitnym. Sam będąc świadkiem najważniejszych wydarzeń XX wieku skrupulatnie je opisywał. Zaprzysiężony w poczet Armii Krajowej opisywał powstanie. Musiał też nakręcić Katyń, zginął tam jego ojciec. „Człowiek z Marmuru” czekał na realizację 17 lat. Mimo to był pierwszym spojrzeniem na stalinizm w polskiej kulturze. W jednym z ostatnich wywiadów pytany o rady dla młodych adeptów sztuki mówił nie czekajcie aż wykształci się cały koncept w waszych głowach, dzieło powstaje w czasie pracy. I tak własnie powstawał „Człowiek z Żelaza”.

Warto też wspomnieć, że odcisnął piętno nie tylko na obszarze kina czy teatru, ale także architektury. Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha i Pawilon Wyspiańskiego w Krakowie czy Muzeum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu.

Nie ma w jego twórczości, jak u niektórych reżyserów jednego motywu przewodniego powtarzającego się we wszystkich filmach. Zawsze zaczynał od początku. I niemal zawsze udawało mu się stworzyć coś godnego uwagi. Bohaterem ostatniego filmu uczynił malarza Władysława Strzemińskiego, niepełnosprawnego, chodzącego o kulach podobnie jak sam Wajda, który w ostatnich miesiącach również nie był w stanie poruszać się o własnych siłach. To postać niepokornego malarza, który do końca nie rezygnuje ze swojej niepodległości jako artysta. Wajda również nigdy jej nie utracił, choć wielu sugeruje inaczej.

Marszałek Piłsudski zwykł mawiać o Polsce, że jest jak obwarzanek: tylko to coś warte, co jest po brzegach a w środku pustka. Postać Wajdy urodzonego w Suwałkach z ta opinią nie polemizuje. Ona staje się jej żywym dowodem.

 

karl

Teatr, czyli Polska. O serialu Artyści

 

art

 

Po raz pierwszy od wielu lat oglądam serial jak Pan Bóg przykazał, z tygodnia na tydzień. Zdaje się, że ostatnim dziełem które zasłużyło sobie na taki zaszczyt był Pitbull, od tamtej pory oddawałem się słodkiemu binge watchingowi. Innymi słowy mamy do czynienia ze zjawiskiem niezwykłym.

 

Nierozłączni niczym Przybora i Wasowski, Mann i Materna czy Tom i Jerry, duet Strzępka i Demirski od lat w swoich głośnych sztukach bezwzględnie ukazywali szorstkość naszej młodej wciąż demokracji, rzucali światło na ostro sterczące naokoło krawędzie powstałe w trakcie budowy nowego państwa. Przez wielu wynoszeni na sztandary, zupełnie jednak nie znani w przestrzeni publicznej.

 

9411719-artysci-643-428

 

I oto w krainie paradoksu objawił się kolejny paradoks – idole polski lewackiej otrzymali dostęp do masowej publiczności z rąk Jacka Kurskiego. Co prawda serial zamówił jeszcze poprzednik, Janusz Daszczyński, ale choć pan Nowy Prezes otwarcie stwierdził, że serialu nie lubi, postanowił dać mu szansę, po długotrwałym nagabywaniu ze strony Moniki nawet własnoręcznie przesunął go z poniedziałku i 23.15 na piątek. Masowej publiczności emisja o 22.20 nie zapewnia, ale nic to.

 

uid_b11e451ce85b56551c7b4b8b4a53d58a1449850198664_width_700_play_0_pos_525_gs_0

 

Paweł i Monika znają polski teatr od podszewki i stąd pomysł, by w zaskakującej w naszym kraju manierze zająć się tym, na czym się znają i stworzyć serial o teatrze. Nie są jednak na tyle szaleni, żeby portretować środowisko, które oprócz psa z kulawą nogą obchodzi może 1% społeczeństwa. Szybko zdajemy sobie sprawę, że to jedynie pretekst do przedstawienia przeciętnie radosnego portretu współczesnej Polski. Głównym bohaterem jest wrażliwiec, który chciałby wokół siebie odrobiny normalności, tak by móc normalnie, zgodnie ze swoim sumieniem działać i otwarcie rozmawiać z innymi ludźmi. Niestety szybko okazuje się to niemożliwe. Ten serial to w pewnym sensie polska odpowiedź na modne za oceanem seriale o zombie i wampirach. Nieustanne napięcie, zagrożenie z każdej strony czyni go niemal thrillerem czy nawet horrorem, i nie chodzi nawet o wszechobecne duchy dawnych czasów. Te akurat wcale mnie nie dziwią, możecie wierzyć lub nie, ale sam kiedyś spotkałem ducha w starym szekspirowskim teatrze w Anglii. Przesadnie potraktowane niebieskim filtrem zdjęcia, gra aktorska i sam scenariusz ukazują Pałac Kultury i jego okolice jako najeżone minami pole bitwy, z każdego kąta czyha zagrożenie, każdy jest tu potencjalnym wrogiem.

 

artysci

 

 

Dziś hasło serial TVP można uznać za synonim tego, co najgorsze we współczesnych mediach. Idylliczna opowieść o Nibylandii na wzór Niewolnicy Izaury, którą polska publiczność wciąż zdaje się kochać. Z przyklejonymi uśmiechami tzw. aktorzy serialowi wygłaszają drewniane kwestie w zasadzie nie wiadomo po co. „Artyści” to lustro zwrócone w stronę widzów. Być może krzywe, zaśniedziałe i z dorysowanymi wąsami, mimo to zmuszające przynajmniej niektórych do zadania sobie pytania: gdzie my właściwie żyjemy? Co to za potworna kraina nad Wisłą? Nieliczni tym stanem rzeczy przejęci są od dawna. Może dzięki „Artystom” świadomych obywateli przybędzie.

 

karl

Strzemiński, czyli polskie kino o znanych i nieznanych

abc

 

Od kilkudziesięciu lat Polska nie może się wyzwolić z niewoli propagandy najpierw komunistycznej, potem kapitalistycznej. I wciąż cierpi na brak tożsamości. Nie wie kim jest, jakie są jej korzenie, jacy byli jej głośni i cisi bohaterowie. Polskie kino próbuje temu zaradzić. Z coraz lepszym skutkiem.

 

Coraz częściej polskie kino zagląda do podręczników historii. jednak rzadko kończy się to artystycznym sukcesem. Jeszcze niedawno historia na dużym ekranie pisana była ręką Hoffmana, który po raz ostatni wykazał się błyskiem talentu przy okazji „Potopu”. „Stara Baśń” i „Bitwa Warszawska” to przykłady gniotów klasy światowej. A było tego więcej. „Bitwa Pod Wiedniem”,cz wysyp filmów o pokoleniu Kolumbów, z których może „Kamienie na szaniec” broni się w kategoriach filmowych to przykłady pierwsze z brzegu. Twórcy albo kręcą swoje filmy na kolanach („Nil”,  ”Popiełuszko”, „40 Milionów”), albo przeżywają artystyczną zapaść („Westerplatte”, „Skazany Na bluesa”) albo jedno i drugie („Wałęsa”). Najgorzej, gdy za film biorą się artyści wyklęci. „Historia Roja” i „Smoleńsk” to przykłady tego, jak mieszanie polityki i filmu rzadko przynoszą dobre skutki. Czasami udaje się stworzyć co najwyżej przyzwoite kino, jak w przypadku „Katynia”, „Czarnego Czwartku”, „Jacka Stronga”  czy kontrowersyjnej „Hiszpanki”.

 

Ale ku lepszemu idzie. „Bogowie”, „Jestem Bogiem”, „Czerwony Pająk”  czy „Rewers” który nastrój epoki pokazuje jak mało który to przykłady kina historycznego czy biograficznego z prawdziwego zdarzenia. Dlatego zapowiedzi kilku kolejnych filmów muszą rozbudzać wyobraźnię. Borys Szyc zagra Tadeusza Kantora w „Nigdy tu nie powrócę” Jana Hryniaka. Zdjęcia opublikowane w zeszłym roku robią wrażenie, głównie z powodu metamorfozy samego Szyca. Wajda nie rozstaje się z kinem historycznym, jednak zamiast nośnych tematów tym razem przypomni zapomnianego artystę, awangardowego malarza Władysława Strzemińskiego, w głównej roli Bogusław Linda. Jan P. Matuszyński, rocznik 84’ nakręcił „Ostatnią rodzinę”, biografię Beksińskich. A przed kilkoma dniami Łukasz Palkowski, opromieniony sukcesem „Bogów” zapowiedział produkcję filmu o Dywizjonie 303. Scenariusz ma być oparty na powieści Arkadego Fidlera. Kolejne dwie produkcje podobnie jak „Rewers” nie są filmami stricte historycznymi, niemniej literackie pierwowzory świetnie przedstawiały historyczne tło fikcyjnych wydarzeń. Xawery Żuławski bierze się za adaptację „Złego” Leopolda Tyrmanda, legendarną opowieść o półświatku powojennej Warszawy. Zaś Jacek Borcuch wraz z autorem, Szczepanem Twardochem oraz Łukaszem Orbitowskim i Małgorzatą Szumowską zamierzają sfilmować „Morfinę”.

 

Jeśli czyta to jakiś polski reżyser to są dwa wciąż nienakręcone filmy, które osobiście bardzo chciałbym zobaczyć. Jeden opowiadający o szarży polskiego Pułku Szwoleżerów pod Somosierrą z imponującą sceną batalistyczną, a drugi wreszcie odkłamujący prawdę na temat kodu Enigmy, czyli historia trzech skromnych matematyków: Rejewskiego, Różalskiego i Zygalskiego w kontekście historii Europy i świata. XX wiek minął całkiem niedawno, ale wciąż ma nam sporo historii do opowiedzenia. Sala kinowa nadaje się do tego wręcz idealnie.

 

karl

House of Cards: Superbohaterowie Ameryki à rebours.

 

house-of-cards

 

 

PONIŻSZY TEKST JEST JEDNYM WIELKIM SPOILEREM, CZYTAĆ PO OBEJRZENIU.

Przy okazji premiery trzeciej serii o tym, co nowego u Franka i Claire, generalnie jednak o serialu w ogóle. Nie mogłem odmówić sobie obejrzenia wszystkich 39 odcinków razem, i oto kilka nowych refleksji, które przyszły mi do głowy.

Większość filmów i seriali daje nam czas na oswojenie się z głównym bohaterem. W kolejnych scenach stopniowo odkrywamy prawdę na jego temat. „House of Cards” nie traci czasu na grę wstępną, w przeciwieństwie do większości produkcji to nie ostatnia, ale otwierająca scena jest  kluczowa. W kilku zdaniach wypowiadanych wprost do kamery odsłania motywacje głównego bohatera, jego wizję świata i swoją w nim rolę. Przy okazji dość mocno zawęża tematykę: nie będzie to serial rodzinny, historyczny ani policyjny. To opowieść o żądzy władzy.

Frank Underwood  pochyla się nad potrąconym psem, tłumacząc:

Są dwa rodzaje bólu. Ból, który czyni cię silniejszym lub bezużyteczny ból, ból, który powoduje tylko cierpienie. Nie mam cierpliwości do bezużytecznych rzeczy. W chwilach jak ta, potrzeba kogoś kto zajmie się tym co nieprzyjemne, ale niezbędne.

On znajduje w ludziach ten ból i usuwa jego źródło. To ciążąca odpowiedzialność. Jeśli tego bólu nie ma, on go wywoła, a następnie zajmie się jego usunięciem. Aż na szachowej planszy dokona się mat i przeciwnik przestanie odczuwać niepewność. Poczuje ulgę. Frank nie ma najmniejszego problemu z ponoszeniem ciężaru odpowiedzialności czy władzy. Ważniejsza jest jednak pierwsza część, ta o dwóch rodzajach bólu czy raczej o tym, co możemy z nim zrobić. Frank ból porażki i poczucia winy potrafi bezbłędnie przekuć w miecz, którym godzi w przeciwników stających mu na drodze.

Serial nie ma jednego protagonisty. Jeśli wierzyć przysłowiom, za każdym wielkim mężczyzną stoi wielka kobieta. Frank i Claire są w swoim stadzie najsilniejszą, najbardziej przebiegłą i bezwzględną parą wilków. Natura skojarzyła ich w coś na kształt pary idealnej. Współpracują, co nie znaczy że nie rzucają sobie do gardeł, zostawiając trwałe ślady, ale w drodze do ostatecznych celów zdaje się to nie mieć większego znaczenia. Nie są, przynajmniej  nie tylko, jak chcieliby niektórzy, parą na wzór Makbeta i Lady Makbet. Frank i Claire są nie tyle parą, co jednym organizmem, symbolizują raczej dualizm ludzkiej natury. Frank jest naturą, Claire kulturą, tą, której zdarzają się wątpliwości natury moralnej. Są niczym Doktor Jackyl i Mister Hyde, czy batmanowski Człowiek o Dwóch Twarzach.

Niektórzy piszący o serialu zorientowali się, że istnieje brytyjski oryginał, sprzed prawie ćwierć wieku. Mało kto natomiast zwrócił uwagę, że pewna mało zauważona produkcja sprzed kilku lat stanowi nie mniejszą inspirację do powstania HoC. „Stan Gry” Kevina Macdonalda (film również wzorowany na brytyjskim serialu) zawiera wiele motywów, które możemy odnaleźć w naszej produkcji. Młoda blogerka, która stara się wyrobić nazwisko, konflikt między dziennikarstwem drukowanym a twitterowym (jeśli takie istnieje). Mamy romans polityka z asystentką, ukrywaną relację między kongresmanem a światem dziennikarstwa, a żonę kongresmana gra Robin Wright. Brzmi znajomo? Macdonlad opowiada historię z punktu widzenia dziennikarza, Beau Willimon odwraca szachownicę i zamiast oglądać ruchy białych, emocjonujemy się ruchami czarnych pionków. Ale robi coś jeszcze. „Stan Gry” trzyma w napięciu, jest dobrze zrobiony, ale postaci są tu szare, nie zapadające w pamięć. Forma wizualna „House of Cards” jest być może najmocniejszym punktem, Underwood to nie tylko najlepiej zagrany, ale z pewnością najlepiej ubrany prezydent USA. To nie tylko świetnie skrojone garnitury, nawet w sytuacjach prywatnych ma na sobie stroje, które aż krzyczą jakością i dobrym smakiem. Mógłby konkurować z samym Clooneyem z  „Id marcowych” , kolejnej pozycji którą możemy uznać za mniejszą lub większą inspirację. Scenarzystą był tam nie kto inny jak Willimon, to jego pomysłem była Ida Horowicz, dziennikarka  o polskim nazwisku grana przez Marisę Tomei, asystent romansujący z młodą blondynką postawiony w sytuacji jak z antycznego dramatu, ukrywana aborcja  czy rozmowy w wielkim, czarnym służbowym SUV-ie schowanym w bocznej uliczce. Ogądając „House of Cards” widać, że Beau Willimon wyciągnął wnioski, to opowieść o wiele bardziej emocjonująca niż dość schematyczne w gruncie rzeczy „Idy Marcowe”.

 

W trzeciej serii Frank wygląda jakby postarzał się o kilkanaście lat. Natomiast Claire wciąż zachwyca, nigdy jej sex appeal nie był wystawiony na pierwszy plan tak wyraźnie. Nie będę się rozpisywać o jej strojach, zrobiły to już wszystkie portale plotkarskie. Kostiumy dopasowują się do przepychu wnętrz, zachowawcze i pretensjonalne, robią jednak wrażenie. W połączeniu z nastrojowymi zdjęciami wszystko tworzy wizualny majstersztyk. Siłą tego serialu jest jednak precyzja, na papierze (scenariusz) i na ekranie (realizacja). Jej emanacją jest precyzja ruchów Franka, dzięki doświadczeniu i determinacji porusza się on po politycznym polu minowym Waszyngtonu niczym najlepszy saper. To zdaje się być celem Willimona, który świadomy jest czasów, w których przyszło mu tworzyć. W dobie postmodernizmu i dominującej popkultury wracamy powoli do komunikacji obrazowej, dlatego każdy kadr tego serialu musi działać na naszą wyobraźnię. Chodziło o stworzenie charakterystycznej formy wizualnej, do tego garści chwytliwych cytatów powtarzanych przez lata, przede wszystkim jednak ikonicznej postaci zepsutego polityka, najbardziej złego ze wszystkich złych polityków w historii. Jego synonim, wzorzec z Sèvres, tak jak synonimem miłego głupka jest Forrest Gump, synonimem kowboja John Wayne, tak jak największym komikiem w historii jest Charlie Chaplin. Frank Underwood miał zostać ikoną i nią został. Celem było nie tyle przedstawienie świetnej opowieści, ale cytowanej i naśladowanej marki, za co zasługi przypadną ich twórcom. Zbudowany z tak charakterystycznych elementów (czołówka, mówienie do kamery z charakterystycznym akcentem, stukanie pierścieniem w stół, liczne bon moty o charakterze władzy czy forma wyświetlania treści sms-ów), że już przeszedł do historii nie tylko serialu, ale też kina, wkrótce z pewnością zobaczymy aluzje do postaci Uderwooda. Frank i Claire są tak jednowymiarowi, pomnikowi, tak doskonali we wszystkim, co robią – wręcz sztuczni, że nie sposób traktować ich inaczej jak figury, które Willimon i David Fincher wykorzystują do

przedstawiania problemów wspołeczesnego świata. Paradoksalnie to doskonałość tej dwójki, Amerykańskich Superbohaterów à rebours, świadczy o atrakcyjności serialu.

 

To nie tyle opowieść o polityce, co generalnie traktat o stosunkach we współczesnym społeczeństwie. W korporacji, szkole czy nawet w rodzinie. W wymownej, jednej z bardziej przejmujących scen Frank spotyka bezdomnego, który przypomina jaskiniowca. Cały miota się i krzyczy, aż Frank spokojnym głosem zwraca się do niego: Nikt cię nie słyszy, nikomu na tobie nie zależy, nic ci z tego nie przyjdzie. Bezdomny uspokaja się, widzimy jego zrezygnowaną twarz. Dziś też, jak w epoce kamienia łupanego wygrywają najsilniejsi. Ale to ci, którzy noszą garnitury. Jeśli nie urodziłeś się w dobrej rodzinie, nie skończyłeś odpowiedniej szkoły i nie masz za sobą wielu lat doświadczenia w poznawaniu nowych przyjaciół, którzy mogą ci pomóc, nie masz najmniejszych szans. Serial ma jednak szerszą, nieoczywistą tonację. Mieszanka political fiction, thrillera i dramatu obyczajowego staje się  bardzo subtelnym pastiszem. Bezbłędnie wyśmiewa współczesne formy komunikacji, choćby sformatowany, sztuczny korporacyjny język komunikatów medialnych i oficjalnych wystąpień, precyzyjnie ćwiczonych i odgrywanych na scenie z całym sztafażem wizualno-dźwiękowym. Kiedy Frank, Claire czy inni bohaterowie wygłaszają płomienne przemowy, za chwilę w tle pojawia się podniosła, absurdalnie patetyczna muzyka i całość zaczyna przypominać reklamę, spot wyborczy czy scenę z hollywodzkiego blockbustera. Same postaci Franka i Claire są zresztą tak idealne, wręcz pomnikowe że aż nierealne. On to James Bond po pięćdziesiątce, ona – połączenie Hillary Clinton i supermodelki. Przypominają figury z muzeum Madame Tussaud poruszane rękami wszechmocnego reżysera, Nie różnią się od kukiełek z Ulicy Sezamkowej, gdzie zresztą, jako House of Bricks, serial zdążył już trafić:

 

 

Trzecia seria nie spełnia nie tylko moich oczekiwań. Zamiast kilkunastogodzinnego smakowitego spektaklu otrzymujemy serię sztucznych ogni, niczym 4 lipca. Widowiskowe, trwają zaledwie parę sekund. Frank sikający na grób ojca, plujący na figurę Jezusa i zrzucający go na ziemię, niczym w „Złym poruczniku”, Claire rozmawiająca z ambasadorem Rosji podczas sikania, nieudany aktorsko występ dziewczyn z Pussy Riot i w końcu kuriozalny pomysł  umieszczenia ich teledysku na końcu odcinka, transakcja wiązana – niedługo premiera nowej płyty „Pusiek”. To kroki mocno desperackie, szukające popularności poza głównym polem, na którym do tej pory poruszał się serial.

 

Nie znaczy to, że „House of Cards” nie dostarczył żadnych przyjemności. Pierwszą był Paul Sparks czyli Mieczysław Kuzik z ”Zakazanego Imperium”. Tam był jedną z gwiazd, wielokrotnie nominowany i nagradzany za tamtą rolę, tu jedynie dowodzi swojej klasy. Gra postać niejednoznaczną, tajemniczą, nie do końca wiemy, jaka jest dokładnie jego rola. Zbliża się do prezydenta na odległość, na jaką udało sie podejść niewielu przed nim. Ze swoim zarostem, luźnym ubraniem i torbą przewieszoną przez ramię wprowadza do zuniformizowanego waszyngtońskiego stylu sporo luzu. Kilka dni po premierze w prasie pojawiły się informacje, które okazały się przyjemnością nie mniejszą – ponownie zostaliśmy mistrzami Europy w ściąganiu serialu z internetu. W ciągu pierwszej doby pobraliśmy z sieci 37 tys. razy. W przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców daje to wynik 102. Lepsi okazali się tylko Australijczycy z wynikiem 173 pobrania na 10 000 mieszkańców. Oto kolejny dowód na to, że Polak potrafi. Zaraz po Agnieszce Holland, reżyserce dwóch odcinków „House of Cards” rzecz jasna.

 

karl

Stąd do wieczności 08/2015

08

 

Bohater tygodnia

 

Młynarz zambrowski, Jerzy Wysocki. Stare biznesowe powiedzenie mówi „kto stoi w miejscu, ten się cofa”. Albo, jak mawiał Winston Churchill, „poprawa wymaga zmian, perfekcja wymaga zmian nieskończonych”. Zambrowski przedsiębiorca w przeciwieństwie do większości polskich pracodawców i pracowników zrozumiał konieczność zmian. Zakończył 110-letnią rodzinną tradycję, zamknął młyn na cztery spusty, i rozpoczął produkcję talerzy ze sprasowanych otrąb. Swój produkt doskonalił przez 5 lat, własnoręcznie skonstruował maszyny do produkcji. Nie powinien mieć problemu z jego dystrybucją, produkty ekologiczne cieszą się na zachodzie sporą popularnością, przy odpowiedniej reklamie to może być hit eksportowy. Być może powinien zorganizować serię wykładów przy okazji zielonego miasteczka.

 

Krzysztof i Solange Oszewscy. Właściciele Solarisa to przykład, że noże nie dzięki, ale pomimo działaniom polskich rządów można stać się nie tylko krajowym, ale wręcz europejskim potentatem. Ich autobusy jeżdżą już we wszystkich większym miastach Niemiec i Czech, w zeszłym roku podpisane zostały kontrakty w Turcji, Chorwacji, Izraelu i Rumunii. Mediolan zakupił 85 sztuk specjalnie na wystawę EXPO. Coraz popularniejsze stają się autobusy elektryczne i z napędem wodorowym produkowane przez Solaris, co nie może dziwić, miasta takie jak Hamburg do 2020 roku rezygnują zupełnie z napędu spalinowego.

Największą sensacją może być jednak decyzja ogłoszona w zeszłym tygodniu. Od kwietnia rezygnują z funkcji prezesa, którą obejmie Andreas Strecker. To zmiana o tyle rewolucyjna, że w Polsce zagraniczni prezesi sprawowali swoje funkcje w firmach zagranicznych. Tymczasem Strecker był jeszcze do niedawna prezesem największego konkurenta, autobusowego Mercedesa w Stanach. Od czasu Młodych Wilków Polska przebyła długą drogę. Kiedyś szef wysyłał ludzi do Niemiec po Mercedesy, dziś ludzie Mercedesa mają polskich szefów.

 

Jan Karski. Ukazał się właśnie przetłumaczony na polski komiks Marco Rizzo i Lelio Bonaccorso „Jan Karski. Człowiek, który odkrył Holokaust”. Rok temu album miał uroczystą premierę w Instytucie Polskim w Rzymie, w międzyczasie ukazał się także po francusku. Jan Romuald Kozielewski, bo takie było jego prawdziwe nazwisko był naocznym świadkiem Holocaustu w hitlerowskim obozie zagłady w Auschwitz, który przekazał swoją relację światowi zachodniemu. Za swoją postawę był wielokrotnie nagradzany odznaczeniami największych państw świata. Jego postać to wyrzut sumienia państwa polskiego, dobitnie przypomina, jak pozwoliliśmy zepchnąć pozycję Polski na arenie międzynarodowej do roli egzotycznego państewka.

Antybohater tygodnia

 

Dominique Strauss-Kahn. Adwokaci pięciorga skarżących poinformowali w poniedziałek, że wycofują powództwa cywilne przeciwko byłemu szefowi Międzynarodowego Funduszu w procesie karnym o stręczycielstwo, który toczy się przed sądem w Lille na północy Francji. zarzuca się, że był głównym beneficjentem i inicjatorem „libertyńskich wieczorów”. Grozi mu do dziesięciu lat więzienia i kara 1,5 mln euro.

Wielka Brytania. A w zasadzie jej rząd, choć można by go uznać zarówno za bohatera, jak i antybohatera. Ustami komisji parlamentarnej przyznał się do „katastrofalnych błędów” w polityce wobec Rosji i działał „jak szalony”. Wielka Brytania miała szczególne zobowiązania wobec Ukrainy, gdyż była jednym z czterech sygnatariuszy memorandum budapeszteńskiego z 1994 roku, w którym zagwarantowano integralność terytorialną tego kraju. Jednak brytyjski MSZ zmniejszył liczbę ekspertów od spraw Rosji, analiza sytuacji w tym kraju przestała być też priorytetem. W konsekwencji zupełnie nie zdawał sobie sprawy z wrogości Rosji wobec pogłębiania relacji z Ukrainą. „Brak solidnych zdolności analitycznych w Wielkiej Brytanii i całej Unii Europejskiej doprowadził do katastrofalnie błędnej interpretacji nastrojów w okresie poprzedzającym kryzys” – oświadczył szef komisji ds. Unii Europejskiej Izby Lordów, Christopher Tugendhat. Niby popełnili błąd, ale przyznali się do błędów. Paru naszych tuzów mogłby się uczyć.

 

Geir Kvalsvik. Szef Kvalsvik Produksjon dyskryminował Polaków zatrudnionych w swojej firmie z powodu rzekomo złej sytuacji finansowej. Nie wypłacał im pensji od listopada. Tymczasem Norwegowie otrzymywali swoje wynagrodzenia bez ograniczeń.  Polacy nie otrzymali rónież premii świątecznej, 10 tys koron. Norwegowie jak najbardziej. Czy pisałem już coś o pozycji Polski?

 

Cyganie z Puław. Miasto przeznaczyło 2 mln złotych na „program aktywności lokalnej” skierowany do Cyganów. Jednak w ciągu siedmiu lat żaden Cygan nie podjął pracy, ani nie przestał korzystać z opieki socjalnej. Bracia Figo Fagot by to załatwili inaczej.

 

Jakub Pitera. Prokuratura umorzyła postępowanie wobec muzyków grających w lokalu na warszawskiej starówce. Zgłoszenie było autorstwa Jakuba Pitery, syna swojej matki. Jak stwierdził: „Ta muzyka uniemożliwiała mi normalne funkcjonowanie w moim mieszkaniu w biały dzień i wieczorem. Jeżeli muszę zamykać okna w upał, żeby móc w spokoju obejrzeć telewizję lub poczytać książkę albo posłuchać swojej muzyki, to dla mnie jest to zakłócenie miru domowego”. Policjanci z początku uśmiechali się pod nosem, ale kiedy zobaczyli nazwisko zgłaszajacego nie mieli wyjścia i zgłosili wiekowych muzyków grających przedwojenne szlagiery do sądu. Tu wyjątkowo trafił się ktoś mądry i muzyków uniewinniono. W sumie nie ma co winić biednego Kuby. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, skora mama prowadzi śledztwo w sprawie dorsza za 8 zł, to Kuba przynajmniej na kapelę podkabluje.

 

Na koniec Robert Biedroń, przyszły prezydent Polski. Od momentu objęcia fotela prezydenta Słupska czyści tą stajnię Augiasza, kilkumilionowe zadłużenie nie wzięło się znikąd, dziesiątki pijawek drenowały kasę miasta nie oferując w zamian nic. Jednak wszystko przebija ostatnie znalezisko. W zabytkowej szafie w Urzędzie Miasta znaleziono telewizor z wykupionym pakietem kanałów porno. Biedroń kazał zerweać umowę niczym pajęczynę w dawno nie używanym skłądziku. A mieszkańcy mają kolejny dowód, czemu dokonali właściwego wyboru.

 

Kultura

 

A więc jednak. Zwycięski marsz uhonorowany wcześniej 26 pośrednimi nagrodami zakończył się w Dolby Theatre przemową, która nie mogła się zakończyć. Nie wiem, jak się tu dostałem, zrobiłem czarno-biały film o potrzebie spokoju, wycofania się ze świata i kontemplacji. I oto jestem, w tym zgiełku, w centrum światowej uwagi. To fantastyczne, życie jest pełne niespodzianek – mówił Paweł Pawlikowski. To dla polskiego kina moment historyczny, pierwszy raz polski film dostał nagrodę w tej kategorii. A w kraju już tysiące pijawek próbują podpiąć się do tego sukcesu. Pierwsza była Kopacz, która już stała się bohaterką memów:

 

IDA

 

Rano podlansował się Prezydent, na czerwonym dywanie brylowała Odorowicz i jej zdumiewająca fryzura, minister Omilianowska już zapowiedziała tournee po telewizjach śniadaniowych a wszystkie blondynki o telewizyjnej inteligencji na wyprzódki, niemal łąmiąc sobie nogi starają się udowodnić że to właśnie one najgłośniej i z największym uśmiechem na ustach poinformują o wygranej. Jak zwykle rekordy głupoty bije TVN. Kinia Rusin prosto ze zwijanego czerwonego dywanu bełkotała coś niezrozumiale, a wczoraj wieczorem coś, co przypominało nieco mężczyznę zaprezentowało cały repertuar fochów na widok mężczyzn spacerujących po czerwonym dywanie nie odzianych dokładnie tak, jak by to coś tego oczekiwało. Za to na widok szeregu szkieletów ścisło zawiniętych w zwoje materiału wznosił rąsie i składał usteczka. Nie wiem czy ta scena była bardziej groteskowa czy przerażająca. A wracając jeszcze do samych Oskarów zwycięzca okazał się niezły „Birdman”, który jednak nie dorastał do pięt „Whiplash” (dla jednej z blondynek o telewizyjnej inteligencji znany też pod tytułem „Wiszlasz”), nagroda dla J.K. Siommonsa to zbyt mało. Zasłynęła też Particia Arquette wystąpieniem o nierównych zarobkach kobiet i mężczyzn. Powiedziała to aktorka, która kasowała 2,5 miliona rocznie za przeciętny serial „Medium”. Na jej zarzuty można odpowiedzieć na przykład tym nagraniem:

 

 

Ale to już problemy pierwszego świata.

 

karl

Premiery 2015: Film

# 2015

 

Na ekranach królują niezły „Birdman”, w zgodnej opinii krytyków najbardziej elektryzująca premiera roku, w której Michael Keaton zalicza wielki powrót. Przede wszystkim jednak fenomenalny „Whiplash”. Mały dobosz bije się do swoją szansę, a sam film wbija fotel. Warto również zwrócić uwagę na ”Boyhood”, opowieść o chłopcu w wieku od lat 5 do 18 Richarda Linklatera.

To jednak dopiero początek emocji. W tym roku Martin Scorsese prezentuje aż dwa filmy. Na razie nie wiadomo zbyt wiele o „Sinatrze”. Według niesprawdzonych pogłosek tytułowa rolę ma zagrać Di Caprio, co raczej nie wróży najlepiej. Znane są natomiast szczegóły pierwszej premiery. „Milczenie Boga” dzieje się w XVII-wiecznej Japonii, a w rolach głównych w końcu nowe twarze – Anndrew Garfield, świetny Adam Driver i Liam Neeson. Sounds like fun.

 

Na ekrany polskich kin wchodzi właśnie „Snajper”. Kontrowersyjne dzieło Clinta Eastwooda, który na bohatera namaszcza najlepszego strzelca w historii amerykańskiej armii. Z jednej strony to produkcyjniak próbujący usprawiedliwiać amerykańską interwencję w Iraku, którą usprawiedliwić naprawdę trudno. Z drugiej to fantastycznie zrobiony, trzymający w napięciu dramat. Warto zwrócić uwagę na „Chappie”, sci-fi z Hugh Jackmanem i muzykami Die Antwoord. Film z RPA może niektórym przypominać „Dystrykt 9”, choć znaleźć można również echa „Wall.E”, „A.I. Sztuczna Inteligencja” czy „Krótkie Spięcie”. W „Tomorrowland” za pomocą metalowego znaczka przenosimy sie do krainy fantazji. Tego żądamy od kina, czy tego chcemy od życia? W tym roku rónież premiera „St Jame’s Place”, czyli jak Spielberg Wrocław zablokował. „Królowa Pustyni” – Herzog opowiada historię Gertrude Bell ikonę sufrażystek, jednocześnie zasłużoną dla potęgi Brytyjskiego Imperium. „Siscario” to historia dziejąca się na pograniczu meksykańsko–amerykańskim, symbolizujączm granice przekraczane przez Emily Blunt, agentkę FBI w pościgu za szefem kartelu.

Najpierw Tarantino obraził się na cały świat i odwołał produkcję, po tym jak wyciekł scenariusz (głównym podejrzanym agent Bruce’a Derna). Ostatecznie „Hateful Eight” ujrzy w tym roku światło dzienne. Ma to być ostatni, dziesiąty film w dorobku QT, niechaj więc będzie dobry.

„Inherent Vice” czyli Paul Thomas Anderson po kontrowersyjnym „Mistrzu” ekranizuje nowelę Thomasa Pynchona. Zapowiada się kolejny seans w alternatywnym świecie:

 

 

Z lakonicznego opisu „Knight of Cups” Terrence’a Malicka dowiadujemy się, że będzie to obraz o hollywoodzkim scenarzyście, który z jednej strony zdeterminowanego, by odnieść sukces, z drugiej spokoju nie daje mu rozdzierające poczucie wewnętrznej pustki. Uwagę z pewnością zwraca znakomita obsada, główne role grają Christian Bale, Natalie Portman i Cate Blanchett. Jak ktoś lubi dwugodzinne seanse o sensie istnienia, w najbliższym czasie nie znajdzie nic lepszego.

„Makbet”. Według Filmwebu to 12 film o takim tytule. Dla głodnych dzieł Szekspira film z Fassbenderem i Cotilliard w reżyserii Justina Kurzela, australijskiego autora dość dobrego Snowtown. W „Foxcatcher”  sport staje się paralelą stosunków społecznych w USA. W kinach w maju. „Wielke Oczy” czyli Tim Burton nakręcił film bez efektów specjalnych. Bo sztuka nie jedno ma imię, choć czasem to samo nazwisko. Od zawsze zainteresowany postaciami popkultury, żywymi (Ed Wood) czy fikcyjnymi (Batman, Sweetney Todd, Alicja w Krainie Czarów), po raz pierwszy kręci film obyczajowy, zupełnie realistyczny. Wkrótce okaże się, czy wyszedł z tej próby obronną ręką.

Scott nakręcił „Pojedynek”, Potem „Obcego”, aż udało mu się nakręcić arcydzieło – Blade Runnera. I na tym jego geniusz się skończył. Czy odkuje się „Marsjaninem”? W Polsce premiera prawdopodobnie dopiero w 2016.

„Plemię” to portret współczesnej Ukrainy zagrany w języku migowym. Dla mnie wystarczająca zachęta. „Chuck Norris vs. Communism” to rumuński dokument o kilku entuzjastach, którzy dzięki pirackim kopiom filmów z Norrisem własnej produkcji obalali komunizm.

 

„A most violent year”. Lata 80. Nie wypadają z orbity zainterseoań Hollywood. Po „Wilku z Wall Street”, „American Hustle” czy stylizowanym „Drive” kolejna pozycja w stylistyce filmów Manna. Historia jak z „Chłopców z Ferajny”, Oscar Isaac po ostatnim występie u Coenów przechodzi niesamowitą metamorfozę.
Anglosaski humor  był w Polsce reprezentowany w zasadzie tylko przez brytyjskich komików, takich jak Monty Python, Jaś Fasola czy Benny Hill. Tymczasem klasyka amerykańska, równie anarchistyczna i zgryźliwa w zasadzie nie dotarła do naszego kraju. Niedawno 40-lecie obchodził program Saturday Night Live, kuźnia amerykańskich komików. Dokumentu na swój temat, “Drunk Stoned Brilliant Dead: The Story of the National Lampoon” doczekał się też National Lampoon, pismo satyryczne, którego twórcy mają na koncie również serię filmów. Dla chętnych wyjścia spoza kręgu Pythonów lektura obowiązkowa.  „The End of the Tour” to kolejny film, który wymaga znajomości amerykańskiej kultury. Ukazany jest w nim David Foster Wallace, amerykański pisarz i felietonista, zajmował się tak odległymi tematami jak polityka, tenis, film czy kuchnia. Pisał reportaże z amerykańskiej prowqincji i krótkie teksty o „przyszłości amerykańskiej idei”. Warto zwrócić uwagę na „I Smile Back” dramat obyczajowy z Sarah Silverman i Joshem Charlesem. „Slow West”, czyli kolejny rozdział mitu założycielskiego Ameryki w kinie, tym razem Szkoci w drodze do Ziemi Obiecanej.

„Biały Bóg” to kolejna wariacja na temat Hitchcockowskiech „Ptaków”. Tym razem chodzi o psy, co ważniejsze jednak reżyserem jest Kornel Mundruczó, autor świetnej „Delty”. Od dziś w kinach.

„Carol” to dramat obyczajowy umieszczony w niezwykle modnych, ostatnio latach 50.Cate Blanchett i Ronney Mara w opowieści o przełamywaniu społecznego i obyczajowego tabu.

„Sea of Tress”, czyli Gus Van Sant kręci McConaughey’a. Albo odwrotnie. Dwóch mężczyzn w podróży przez Las Aokigahara zwany „Morzem Drzew” u podnóża góry Fudżi w poszukiwaniu sensu życia. Na koniec „Czarny węgiel, kruchy lód”. Wbrew pozorom to nic o rozmowach z Kompanią Węglową. Stylowy thriller z Chin naśladujący (przynajmniej w opisie) kino noir.

 

Będzie też cała masa blockbusterów, o których pisanie to jedynie strata czasu. Raz, że niezbyt mądre, dwa, że wszędzie będą o tym trąbić na wszystkie strony świata. W końcu są robione po to żeby zarabiały. Gwiezdne Wojny, Bond, Mad Max (Miller to szmata!), Avengers, Fantastyczna Czwórka, Człowiek Mrówka (naprawdę!), Jurrasic World, Terminator, Gra Śmierci 57, Mission Impossible, 50 Twarzy Greya. Uff… kupa śmiecia przeleje się przez kina w tym roku.

Zapowiedzi na kolejne lata to Zły Tyrmanda i „Hail, Caesar”, czyli kolejna niespodzianka od braci Coen. Przede wszystkim jednak rozpoczną się prace nad Złotym Graalem kina: Terry Gilliam kręci Don Kichota!

 

karl

Stąd do wieczności 05/2015

#05

 

Sekretarz Stanu John Kerry otrzymał mandat za nieodśnieżony chodnik. Publicznie wyraził skruchę i obiecał jak najszybciej mandat zapłacić. Tymczasem poseł Łukasz Tusk, który dostał się do Sejmu dzięki zbieżności nazwisk z byłym polskim politykiem po otrzymaniu mandatu za przekroczenie prędkości stwierdza: Dopóki Sejm nie podejmie decyzji, że parlamentarzyście nie przysługuje immunitet, dopóty będę się uchylał od płacenia mandatów.Wicepremier Szwecji Mona Sahlin straciła stołek, bo służbową kartą kredytową zapłaciła za batonik, pieluchy i papierosy, choć po kilku dniach zwróciła całą kwotę. Słynny podróżnik z dużym… doświadczeniem, Adam Hofman wyłudził z Kancelarii Sejmu 64 tys. zł. Od czasu afery madryckiej przestał pokazywać się w Sejmie, co nie przeszkadza mu pobierać 8 tys. miesięcznie poselskiej pensji. Te dwa przykłady wystarczą, żeby zrozumieć, kto nami rządzi. Opuchnięci nieudacznicy, którzy nie potrafią nic poza pobieraniem pensji z państwowej kasy. Zaprzeczenie słów państwowiec i społecznik, które teoretycznie powinno definiować kogoś, kto działa w imieniu obywateli na rzecz rozwoju państwa. Przez ostatnie 25 lat u władzy pozostaje partia szkodników podzielona na liczne skrzydła, obozy, nurty czy spółdzielnie. Jest skrzydło PO, zakon PiS, jest spółdzielnia SLD i rodzina PSL. Wszyscy od lat ramię w ramię napychają sobie kieszenie publicznymi pieniędzmi, jednocześnie prosto w twarz obywatelom rzucając: mam was gdzieś. Nie obchodzicie mnie. Jak ktoś tu podskoczy, to się nim zajmie prokurator i sędzia, moi koledzy. Szkodnik może ukraść ciągnik, zabrać oszczędności emerytce, doprowadzić do upadku firmę czy umorzyć sprawę kolegi – szkodnika. Nic im nie grozi, należą do partii szkodników trzymającej władzę, wszystko gra. A zwykli obywatele mogą się przyglądać i płacić na podwyżki związkowców górniczych, lekarzy, nauczycieli i rolników. Weźmy takiego Piotra Janczarka. Działacz PSL miał przygotować plan na cyfrową Lubelszczyznę. Przygotował i… dalej jest pełnomocnikiem z niezłą pensją. Nawet marszałek województwa ma problem z powiedzeniem, czym zajmuje się Piotr Janczarek, dyrektor departamentu gospodarki i innowacji w urzędzie marszałkowskim, gdzie od kilku lat rządzi koalicja PSL-PO. Jak prezentuje swoje dokonania na swojej stronie internetowej? Z olbrzymią radością i satysfakcją wziąłem udział w imieniu marszałka województwa lubelskiego – pana Krzysztofa Hetmana w konferencji naukowej poświęconej dziedzictwu Jana Pawła II „Dziedzictwo Jana Pawła II. Przesłanie dla Polski. Czyli zamy już wymagane kompetencje – chodzi do kościoła. Ale wydaje się, że czara jest już prawie pełna, i niedługo trafi tam kropla, która ją przepełni. Zmiany wiszą w powietrzu.

 

Można dostrzec wzmożenie świadomości i rosnącą liczbę protestów społecznych. W Gdańsku w ostatnich tygodniach protestowano przeciw wyburzaniu stoczni, zamykaniu Pałacu Młodzieży i Gdańskiego Ośrodka Kultury Fizycznej. Powstają kolejne czarne listy pracodawców. Z drugiej strony sądy wdały ostatnio wyroki w sprawie polityków SLD, PO, rejenta z Mławy i szefowej prokuratury w Rzeszowie. To niewielkie kroki, ale kroki w dobrym kierunku.

Tym bardziej, że ludzie są dziś przypchnięci do muru. W ciągu ostatnich czterech lat liczba osób pracujących na rzecz agencji pracy wzrosła prawie o połowę i wynosi 600 tys. To dane oficjalne, w rzeczywistości spokojnie przekracza milion. Dziennikarz Wyborczej komentuje ta informację słowami: świadczy to o pozytywnych zjawiskach w badanym segmencie i zwiększeniu zapotrzebowania na usługi agencji. Przepisał bez zastanowienia z maila, który dostał od Lewiatana albo BCC? Polski system zdrowia na 31 miejscu. Polska jako jeden z nielicznych krajów objętych Europejskim Konsumenckim Indeksem Zdrowia (EHCI) miała w 2014 r. wynik gorszy niż rok wcześniej. Wyprzedziły nas m.in. Bułgaria, Słowacja, Albania czy Macedonia. Tymczasem Jan Kulczyk buduje największą w Polsce serwerownię, której będą chronić drony. 25 lat wolności.

 

A przyszłość Ukrainy maluje się w coraz gorszych barwach. Z wizytą przybył tam Leszek Balcerowicz. Niedługo w Amazonie pod Kijowem będą płacić dolara za 16 godzin pracy dziennie. A Ukraińcy będą dziękować swoim panom. Strzeżcie się, póki nie jest jeszcze za późno.

Kultura

Niby kultura, ale wciąż o partii szkodników. No nie da się po prostu inaczej. Polski rząd w panice. Rośnie czytelnictwo, ludzie coraz częściej chodzą do kin, w ubiegłym roku p raz pierwszy przekroczono liczbę 40 mln. Została wszczęta natychmiast akcja odwetowa, po raz kolejny otwarto okno z napisem: plan Balcerowicza. Za jednym zamachem pozbyto się Studia Semafor, w którym powstawały nie tylko klasyczne „Colargol” czy „Uszatek”, ale też całkiem niedawno wyprodukowano oskarowy film „Piotruś i Wilk” oraz Polskich Nagrań, które kupił Warner, razem z prawami do ponad 40 tysięcy nagrań, w tym klasyki z lat 50 i 60, polskich filharmoników i jazzmanów. A do tego rząd zapowiedział, że zamierza zamknąć 500 szkół. Zamiast wykorzystać niż demograficzny do zmniejszenia klas i zmiany programu na bardziej życiowy, zamyka się kolejne szkoły, a zamiast lekcji plastyki i muzyki rośnie liczba lekcji religii.

W tym tygodniu trzydziestolecie obchodziła wrocławska Antena Krzyku, jedno z najważniejszych czasopism poświęconych kulturze alternatywnej w Polsce. Powstało jeszcze w czasach komuny, aby z większymi i mniejszymi sukcesami kontynuować działalność prze kolejne lata. Z tej okazji władze miasta… nic nie zorganizowały, impreza odbyła się w Krakowie. W podobnym tonie wypowiadają się muzycy zespołu The Kurws, którzy prowadzą też wrocławskie Centrum Reaktywacji Kultury. Jakiś czas temu w wywiadzie opowiadali, jak to miasto nie odpowiadało na żadne apele o dofinansowanie, wykonali remont który de facto utrudnił im działanie, a do tego zażądali jeszcze od nich 30 tysięcy złotych. Zamiast finansować kulturę, żąda jeszcze zapłaty! Teraz nad CRK wisi już groźba eksmisji. Tymczasem kosztem 2 milionów złotych miesiąc temu Wrocław zorganizował przaśną imprezę sylwestrową, na której można było podziwiać Bajm, Margaret, Natasze Urbańską, Donatana I Cleo czy Modern Talking.  Teraz w życiu kulturalnym uczestniczy aktywnie 7-8 procent mieszkańców. Chcemy, żeby było ich 15-16 procent – mówił Krzysztof Maj, dyrektor generalny ESK. Jesteśmy otwarci na wszelkie pomysły - twierdzi prezydent Rafał Dutkiewicz. Na razie zamiast otwierania zajęty jest raczej zamykaniem. Jeśli nawet w mieście, które w przyszłym roku będzie mienić się Europejską Stolicą Kultury tak traktuje się jej animatorów, to jak to musi wyglądać z dala od wielkich miast? Najdalej za dwa pokolenia czekają nas kolejne rozbiory. Ostatni myślący wyjadą za granicę, a młode pokolenia będą się wychowywać na Wojewódzkim, Siwiec, Dodzie i Jacykowie. I wciąż głosować na partię szkodników. Alleluja!

 

Na szczęście sa jeszcze na świecie miejsca, gdzie kultura kwitnie. Filmowy sezon festiwalowy otworzyło Sundance. Z początku kameralny festiwal Roberta Redforda dziś jest jednym z najbardziej znaczących wydarzeń roku. Od kilu lat selekcja rozpoczyna się filmem muzycznym, i podobnie było w tym roku. Po „Sugar Manie”, „O krok Od Sławy” i „Whiplash” tym razem „Where are you, Miss Simone?” Liz Garbus. Premierę miał także dokument na temat Kurta Cobaina. A krytycy przerzucają sę tytułami, które warto zwrócić uwagę. „Mistress America” Noah Baumbacha, nazywanego następca Woody Allena, „Slow West”, specyficzny western, postapokaliptyczny „Z for Zachariach” czy „Konck Knock”, thriller z Keanu Reevesem. Zauważone zostały też „The Amina Profile” i Dope”. A Polacy zdążyli już zdobyć nagrodę za krótkometrażowy Obiekt” w reżyserii Pauliny Skibińskiej. Przypomnijmy, że dwa lata temu tą sama nagrodę zdobył „Gwizdek” Grzegorza Zaricznego. Do filmu o Marlonie Brando muzykę skomponował Stefan Wesołowski.

 

Sport
Niby sport, ale o szkodnikach ciąg dalszy. Tym razem o szkodnikach międzynarodowych. Jeszcze dwa tygodnie temu polscy szczypiorniści byli przekonani, że jadą na Mistrzostwa Świata, a nasi kibice zacierali ręce na myśl o wielkich emocjach. Na miejscu okazało się, że to Mistrzostwa Kataru, w których Katar ma wykupiony karnet na finał, reszta walczy o dalsze pozycje. Katar kupił sobie drużynę, sędziów i po raz kolejny pokazuje, przeciw czemu protestuje niemiecka Pegida. Mieszkańcy państw arabskich nie zamierzają przestrzegać ogólnie przyjętych zasad, nie są w najmniejszym stopni partnerami do rozmowy. Wykazują pogardę każdemu, kto nie bije im pokłonów. Tą samą mentalność wykazywali ci z madryckich pociągów, londyńskiego metra, ulicy Woolwich, redakcji Charlie Hebdo. Nie spoczniemy, dopóki ostatni niewierny nie zniknie z powierzchni ziemi! W geście nuworyszy próbują udowadniać swoją wspaniałość, wydając masowo petrodolary. Ale kupowanie sobie sportowych sukcesów to nie nowość. Niemieckie pływaczki, radzieccy sztangiści, amerykańscy lekkoatleci, kolarze wygrywający Tour de France, reprezentacja Korei podczas MŚ w 202 roku – wszystko w imię zwycięstwa. Również Polska dzięki byłemu już prezesowi Przedpełskiemu kupowała sobie regularnie miejsce w siatkarskim Final Four, bez względu na sportowy wynik. Chyba najbardziej odrażające kreatury w świecie sportu to Sepp Blatter i Bernie Ecclestone, obaj dla zwiększenia zarobków wychwalają pod niebiosa dyktatorów z krajów arabskich, Chin czy Rosji. Tą tendencję trudno będzie odwrócić, od kiedy sport stał się częścią show-biznesu, ale przede wszystkim częścią neoliberalnej gospodarki. Dopóki nie uzdrowimy współczesnego kapitalizmu, sport będzie miał coraz mniej wspólnego ze sportem. Choć podejrzewam, że polskiemu sportowi może to zająć trochę więcej czasu.

 

karl

Stąd do wieczności 52/2014

#52

 

Bohater tygodnia

Któż mógłby w tym tygodniu wygrać ze Świętym Mikołajem? Nawet Jezus jakiś czas temu musiał uznać jego wyższość, chociaż choć właśnie wtedy wypadają jego urodziny. Jedni dostali prezenty, inni (zdecydowanie zbyt mało) otrzymało rózgi, niemal wszyscy pojedli, popili i można było zasiadać do oglądania Turnieju Czterech Skoczni. Warunki pogodowe nie pozwalały na przeprowadzenie zawodów, ale Walter Hoffer załapał to dopiero po trzech godzinach. Chyba Donald będzie musiał wezwać go na dywanik. W końcu jest prezydentem Europy i może wszystko.

Świąteczna atmosfera także w Brukseli. Odchodzący komisarze zrzekają się swoich premii. Wszyscy z wyjątkiem jednego – Janusz Lewandowski premię przyjął. Ale od razu dodał, że robi to, żeby pieniądze zamiast trafić z powrotem do kasy Komisji Europejskiej, trafiły na konta organizacji charytatywnych. 1:0 dla Polski.

Ale prezentów było więcej. Po słynnym rajdowcu z Monciaka, również Izabela Ch. uniknęła kary. W zeszłym roku po kilku głębszych próbowała wjechać swoim Mercedesem wartym kilkaset tysięcy do przejścia podziemnego, a potem stwierdziła, że nie zgadza się na areszt, bo koliduje to z jej planami. Teraz sąd uznał ,że jest niepoczytalna i uchylił postępowanie wobec niej. Szybko nie zostanie też skazany Robert Nogal, zwany Frogiem. Prokuratura od pół roku próbuje postawić oskarżenie, ale do tego potrzebne są twarde dowody. A o te, okazuje się ciężko. Chociaż pracują nad tym policjanci w czterech województwach, dodatkowo Wydział Techniki Operacyjnej Komendy Stołecznej, ale efekty są mizerne. Nowoczesne kamery rejestrują zbyt nieczytelny obraz, policjanci którzy byli świadkami rajdów nie zdołali zapamiętać numerów rejestracyjnych, prokuratura zamawia coraz to nowe ekspertyzy. A Nogal jest policji doskonale znany. Był zatrzymywany 82 razy, co jednak nie skończyło się odebraniem prawa jazdy. Był już dwukrotnie skazywany prawomocnym wyrokiem za przestępstwa gospodarcze i niszczenie mienia. Na razie biegły psychiatra nie został jeszcze poproszony o opinię. Również w sprawie sprzed 10 lat, dotyczącej Elektrowni Opole. Choć sąd uznał, że miało miejsce wręczenie łapówki, nikt spośród 16 osób, w tym lwica lewicy, Aleksandra Jakubowska, nie został skazany na karę więzienia. Gdyby ukradli batonik za 99 gorszy to co innego.

Za to w Słupsku idzie nowe. Nowy Prezydent, Robert Biedroń od nowego roku ma zamiar ograniczyć korzystanie ze służbowych samochodów, zmniejszyć dodatki za korzystanie z samochodów prywatnych i przekonać urzędników do korzystania z komunikacji publicznej i o zgrozo! – z rowerów. Komentarze nie pozostawiają wątpliwości: to zamach stanu!

skipper_kiper

Urzednikom to sie nie spodoba.
Urzednik genetycznie brzydzi sie rowerem.
Ego urzędnika, który nie porusza się pojazdem spalinowym, jest sfrustrowane.

dyktator_bolandy

oj, Biedroń, orka na ugorze…Ale walcz.

remo29

Urzędnik w autobusie? Jak ten plebs, co przychodzi codziennie na kolanach sprawy załatwić? Świat się kończy…

frup33

Tłuste biurwy na rowerze? No cuda jakieś czy co?

piehemoth

Walka z Januszami..

Wydaje się jednak, że Biedroń idzie w dobrym kierunku. Według raportu opracowanego przez Instytut Transportu i Mobilności z belgijskiego Leuven biznes rowerowy daje w tej chwili zatrudnienie 650 tys. ludzi Europie. Do 2020 ma wzrosnąć do miliona. Jest trzy razy bardziej pracochłonny niż przemysł samochodowy, tworzy więc więcej miejsc pracy i sprawdza się przede wszystkim w małych i średnich ośrodkach. Korzystanie z rowerów przynosi europejskiej gospodarce ponad 200 mld Euro rocznie. Słupsk awangardą Europy!

Jakiś czas temu świat obiegła sensacyjna informacja na temat odkrytej kolekcji zabytkowych aut we Francji. Okazał się jedną z najbardziej niesamowitych kolekcji na świecie. W zeszłym tygodniu na jednym z portali przypomniano, że w Polsce mieliśmy o wiele bogatszą kolekcję. W zbiorach Tadeusza Tabenckiego znajdowało się wiele unikalnych modeli wartych kilka milionów każdy. Po jego śmierci spadkobiercy pozostawili auta na pastwę natury i okolicznych złodziei, aż w końcu kolekcja przestała istnieć. Jej historia to Polska w pigułce. Siedzenie na górze złota i przyglądanie się, jak rok po roku jest rozkradana, przypomina marnowanie potencjału, jaki oglądamy w naszym kraju od 25 lat. Muzeum, gdzie mogłyby trafić wszystkie te odrestaurowane samochody i motocykle miało szansę przyciągnąć fanów motoryzacji z całego świata. Eksperci, którzy mieli okazję oglądać kolekcję, zanim jeszcze przestała istnieć twierdzili, że to mogła być najwspanialsza kolekcja na świecie. Został jednak rozkradziona i sprzedana za mniej niż jedną tysięczną jej wartości. W taki oto właśnie sposób Polska dogania zachód.

Europa zaczyna dostrzegać obecność muzułmańskich imigrantów. W Niemczech w każdy poniedziałek w wielu niemieckich miastach odbywają się antyislamskie protesty organizowane przez związek PAGEIDA. W zeszłym tygodniu w Szwecji spłonął meczet. Jednocześnie Szwajcaria unieważnia zakaz noszenia islamskich chust w szkołach.- Zamiast krytykować ograniczenia wolności prasy w Turcji państwa Unii Europejskiej powinny skoncentrować się na rozwiązaniu problemu „rosnącej islamofobii” na Starym Kontynencie – oświadczył turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan. Taka Turdcja che przyłączenia do Europy. Obok kryzysu ekonomicznego na południu, narastająca fala imigrantów z krajów trzeciego świata będzie w najbliższych latach największym problemem stojącym przed europejskimi przywódcami. Czy Polska będzie w stanie wyciągnąć wnioski z błędów zachodnich sąsiadów?

A w kraju Ewa Kopacz zbudowała swój ekspercki rząd z ekspertek poznanych na kawusi, teraz powstał dodatkowo rząd nieoficjalny, złożony z psiapsiółek drugiego szeregu. Jak tak wszystkie razem siądą, i jak coś uradzą… Czy Machulski nie zamierza przypadkiem nakręcić drugiej części Seksmisji?

 

Kultura

 

„Ida” nie przestaje kolekcjonować nagród na całym świecie, w tej chwili to już 31 statuetek i 19 nominacji, jest uznawana za faworyta do Oskara, ale wydaje się że krytycy są odosobnieni w uwielbieniu dla tego filmu. Prawica widzi w nim antypolską wymowę, lewica zarzuca ma tworzenie nieprawdziwego obrazu Żydów, a krytycy nazywają go wydmuszką. Ja dostrzegam zgoła odmienny problem. Oto Brytyjska i amerykańska branża filmowa, złożona w 99% z Żydów daje naszym twórcom wyraźny sygnał: jeśli chcecie liczyć na nagrody, musicie kręcić filmy, których bohaterami będą Żydzi. Ostatnim polskim filmem, który otrzymał Oskara, był „Pianista”. O nominację otarł się „W ciemności”, dystrybucję miało „Pokłosie”, teraz doskonałe recenzje zbiera „Ida”. Polski reżyser jest przez trenowany: chcesz odnosić sukcesy za granicą – musisz kręcić filmy o tematyce żydowskiej. W kryzysie w jakim jest polska kultura, to sygnał dość czytelny. Mimo to powinniśmy się cieszyć, że taki np New Yorker pisze o Polskim kinie. Ida została tam filem roku,

http://www.newyorker.com/culture/culture-desk/2014-year-review-ten-best-movies-denby?mbid=social_facebook

a kilka dnie wczęsniej można było tam przeczytać artykuł o kinie Kieślowskiego.

http://www.newyorker.com/magazine/2014/12/22/home-16

 

 

Ilia Warłamow, rosyjski fotoreporter przedstawił serię zdjęć, z Warszawy, którą nazwał „Brzydka Warszawa” i podsumował jednym zdaniem: to miasto dobre na samobójstwo.W Polszy zawrzało. Nie będzie Rusek pluł nam w twarz! Taki sam albo i bardziej szokujący reportaż można zrobić bez najmniejszego problemu w Moskwie! Mało kto zauważył, że dwa dni później Ilia dodał drugi album, „Piękna Warszawa”. Tam Warszawa jest nastrojowa, ma niewymuszony urok i nie różni się od innych europejskich stolic, podobne reportaże można zrobić w Paryżu, Pradze czy Rzymie. Obydwa albumy  złożone razem nie powiedzą w żadnym razie prawdy o Polsce. Ale na pewno tej prawdy nie zakłamują.

Mocno zdekompletowane ostatnio AC DC znów zwiera szeregi – Phill Rudd powraca! W  wywiadzie udzielonym „One News” stwierdził: Słuchacie niewłaściwych ludzi. Powinniście słuchać mnie. Jestem dobrym człowiekiem, a do tego niezłym perkusistą. Spytajcie Angusa, on wam powie. Rock and rollowa bezczelność to podstawa.

joe

 

Nowo odkryty gatunek ślimaka zamieszkujący morskie głębiny na cześć brytyjskiego barda punk rocka, Joe Strummera otrzymał dumne imię „Alviconcha strummeri”. Jak twierdzi Shannon Johnson, jedna z odkrywców strummeri, podobnie jak każdy punk rocker jest on wrażliwy w środku i pokryty twardym pancerzem, a do tego może się pochwalić imponującą kolekcją igieł, przypominającą fryzury bywalców Camden Town. Niedługo „alviconcha” ma wydać pierwszą płytę.

 

karl