Archiwa autora: Karol

Dylan.pl – Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru

dyl

 

Nobody sings Dylan like Dylan” to było ulubione powiedzenie Roberta Leszczyńskiego, wielkiego fana. Trafnie definiuje fenomen Dylana, który przecież nie wyróżniał się ani wybitną grą na gitarze, ani aksamitnym głosem, a mimo to nieustannie obdarowuje się go wszelkimi możliwymi nagrodami, co ważniejsze jest dla milionów słuchaczy najważniejszym muzycznym punktem odniesienia. Dowodem choćby strona internetowa, która zbiera wszelkie możliwe multimedia z całego świata stanowiące hołd dla Mistrza pod tytułem… Nobody sings Dylan like Dylan. Fanom czasem nie wystarcza tylko słuchać, muszą uwielbienie udowodnić własnymi próbami wykonania songów Dylana. Zazwyczaj kończy się nie najlepiej.

Co sprawiło, że Zimmerman stał się Dylanem? Głónie fakt, że urodził się w Ameryce. Od najmłodszych lat nasiąkał amerykańską tradycją, głównie folkiem, także country, jazzem czy w końcu rockiem. Muzyka amerykańska, głównie w swoim czarnym korzeniu charakteryzuje się jednym – naturalnym, hipnotycznym pulsem. Trudno się go nauczyć, trzeba go wchłonąć całym sobą, przejąć od otoczenia. Tego przede wszystkim zabrakło na płycie Filipa Łobodzińskiego.

 

 

 

Żeby nie było że to jakaś osobista wycieczka, bardzo cenię Filipa, za jego erudycję, przemyślane komentarze, wreszcie świetny gust w doborze kultury, a więc i za miłość do Dylana. Ale na tej płycie coś nie wyszło, myślę że za bardzo się panowie starali oddać magię Dylana 1:1 przy okrojonych bądź co bądź możliwościach. Brakuje tu zarówno wspomnianego pulsu, amerykańskiego swingu, jak i gładkiej produkcji. Oryginalne produkcje brzmią tak potoczyście i gładko, że mogą służyć zamiast szala jesienna porą, zamiast kominka zimą. Tu wszystko brzmi kwadratowo, po polsku, na dwa, a produkcja bije po głowie, twardo i zupełnie nie po dylanowsku,  a’la americana.

Przeszkodziła nadmierna czołobitność, to bardziej hołd niż płyta z muzyką. Zdarzało się, że nasi artyści grali po dylanowsku z większą finezją, czasem nawet nie nazywając tego po imieniu. W 2005 roku Martyna Jakubowicz do spółki z mężem Andrzejem stworzyli kilkanaście coverów, które dało się słuchać z większą przyjemnością. Duch Dylana naturalnie wybrzmiewa też w solowej twórczości Pablopavo, im dalej tym bardziej jest dostrzegalny. Wystarczy choćby posłuchać „Dancingowej Piosenki miłosnej”, „Nie wiesz nic” czy „Soboty”.

 

Dylanów ci u nas dostatek, ale i tego przyjmiemy, jako że cały on ze szczerego serca i prawdy. po prostu następnym razem warto pamiętać, że „nobody sings Dylan like Dylan”.

 

karl

Nowe-stare na polskiej scenie

gallileous

 

Jeśli szukać bijącego serca polskiej muzyki, szczególnie jeśli mamy na myśli metal albo blues, trzeba jechać na Śląsk. Kiedy oba gatunki sprowadzały się w latach 80. do Polski rządzili TSA i KAT, Dżem i SBB. Jakiś czas później w Wodzisławiu Śląskim zaczęło pachnieć siarką i dudnić funeral doom metalem. To z mroków kopalni i dymów hut wyłonił się Gallileous. Przez ćwierć wieku utrzymywali kurs na powolne i ciężkie do nieprzytomności brzmienie, w końcu jednak przyszedł czas na odmianę. W składzie pojawiła się Ania Szczypior i zespół przeniósł się do Kalifornii. Może nie fizycznie, ale na pewno stylistycznie.

 

 

 

 

W rozmowach z mediami zaczęli opowiadać historie typu ” Kosmiczni Pielgrzymi eksplorują lata świetlne czasoprzestrzeni kontynuując kosmiczne wątki liryczne” co w kwestii najważniejszej, czyli tej dotyczącej brzmienia oznaczało fascynację pustynnym rockiem. I tu pojawia się blues, bo tak jak nie ma porządnego stonera bez metalu, tak nie ma i bez odrobiny bluesa. Fascynacja nie oznaczała tylko słuchania płyt i chodzenia na koncerty, odcisnęła mocny ślad podczas ostatniej wizyty w studiu. „Stereotrip”, płyta z 2016 roku trzyma krajowy poziom. Nie odkrywa (wbrew przechwałkom) nowych zakątków kosmosu, ale nóżką potupie każdy, kto wie co do dobre i dłużej posłucha kolejnych kawałków. Klasyczne autostradowe monotonne tempo, przeciągane dźwięki wokalisty, fuzz i delay podpięte pod gitary.

 

 

Coraz powszechniejsza jest konstatacja, że muzyka wydała już z siebie wszystko co miała najlepszego. Wszystko zostało już powiedziane, zaśpiewane i zagrane. Kres nastąpił dwadzieścia lat temu, dziś zarówno ci co słuchają, jak i ci co grają odkurzają stare płyty. Najlepiej grało się w latach 50, 60 i 70 i do grania z tamtych lat wraca cały świat (czy czuję że rymuję?). Wrócili też panowie i pani z Gallileous, do psychodelii i bluesa, do AC/DC i Motorhead. Nie ma wyjścia, trzeba szyć z tego co już było. Ale to paradoksalnie dobra wiadomość. Więcej dobrego – to powinno być nasze motto podczas rozmów na temat charakteru współczesnego grania.

 

karl

NOWOŚCI | Warsaw Afrobeat Orchestra – Man Is Enough

afro

 

Kiedy poprzednio pisałem o zespole, wspominałem coś o ludowszczyźnie i proszę, nowy album zaczyna się od ludowej przyśpiewki. Szybko jednak muzyka niesie nas do Lagos, Dakaru czy małej wioski gdzieś w Zachodniej Afryce.

Pisanie o tym zespole, że grają afrobeat nie byłoby oddawaniem rzeczywistości. Słychać że muzykę afrykańską, znają, lubią i szanują, ale też słuchają całej masy innych nagrań z całego świata. I dzięki Bogu, po co niby mieliby być festyniarską atrakcją typu Fela Kuti Tribute czy Tony Allen Trubute, skoro mogą zaoferować coś oryginalnego. I to robią, osobiście ustawiłbym metronom na trochę szybsze tempo, brakuje mi tu trochę szalonego afrykańskiego pulsu, wrzucenia wyższego biegu, ale co ja tam wiem. Mamy tu wszystko to, co tradycyjna muzyka ludowa powinna oferować, z jednej strony okazję do beztroskiej zabawy, z drugiej mistykę, która otwiera drzwi do podświadomości, uruchamia kanały komunikacji z Wszechświatem i Naturą.

Zdawałoby się że trudno o bardziej odległą inspirację dla przyzwyczajonych do prymitywnego rytmu „na dwa” Polaków. Ale Polacy nigdy oczywistych ścieżek nie wybierali, bo po co. Lata, lata temu mogliśmy obcować z rodzimą muzyką, która czerpała ze źródeł równie odległych i była równie prawdziwa, zapewne dlatego, że podobnie jak oni, my tęskniliśmy wtedy za wolnością. Rege, jakie grali Jafia Namuel, Bakshish, Gedeon Jerubaal  czy Tumbao było naszą odpowiedzią na jamajskie granie, odpowiedzi zresztą całkiem udaną. Dzisiejsze rege ma już całkiem komercyjny sznyt, za to możemy z przyjemnością posłuchać Warsaw Beat Orchestra. „Man Is Enough”, płyta do tańca i do różańca, to kolejny krok do globalnej wioski, przybliża Polskę do Afryki a Afrykę do Polski. Być może dziś zespól który jest jeszcze trochę „Niepoznany”, już niedługo będzie całkiem „Unstoppable”.

 

karl

Siostrzeńcy Kaczora

Środowisko pokazane w „Uchu Prezesa” jest dosyć paskudne. To albo osoby niespełna władz umysłowych, albo integralne kanalie.

 

Jacek Kurski

 

Obserwuję mojego siostrzeńca. Zbliża się do przełomowej chwili w życiu, pierwszych urodzin i coraz intensywniej poznaje świat. Najczęstszym sposobem jest chwytanie za klamki i uchwyty i sprawdzanie co jest za drzwiami, co kryją wszystkie szuflady w zasięgu wzroku. Energicznie rozrzuca całą zawartość, która w mgnieniu oka ląduje na ziemi. Opieka nad takim młodym człowiekiem sprowadza się więc głównie do sprzątania, większość czasu zajmuje mozolne układanie na powrót wszystkiego na swoje miejsce.

 

Siostrzeniec doskonale przypomina w swoim zachowaniu PiS. Wszyscy obserwujemy z rosnącą irytacją, co PiS-owi uda się popsuć przez cztery lata i co po ich nieudanych rządach trzeba będzie sprzątać. Z dnia na dzień jest tego coraz więcej, rosną koszty, tracimy czas, który moglibyśmy poświęcić na modernizację Polski. Tymczasem musimy znudzeni siedzieć i przyglądać się, jak PiS wysypuje wszystko z kolejnych szuflad. Ale czy rzeczywiście powinniśmy się dziwić? Na czele demolki stoi starszy pan jak żywo przypominający bobasa. Wielki brzuszek, małe tłuste rączki, króciutkie tłuste nóżki, nalana twarzyczka i kilka krzywych ząbków w buzi. Podobnie jak małe dziecko, nic nie potrafi sam zrobić, z wyjątkiem bumelowania przez rok w bibliotece nigdy nie pracował, nie ma samochodu, na nawet prawa jazdy, konta w banku, dziewczyny ani chłopaka, przez kilkadziesiąt lat mieszkał z mamusią, a dziś, żeby nic nie zbroił musi się nim opiekować nie jedna, ale kilka osób, kilku dorodnych panów, którzy chodzą za nim krok w krok i pilnują, żeby nie wyrżnął głową w krawężnik, nic nie zepsuł ani się niczym nie oparzył.

 

Niestety kiedy duzi panowie już ułożą Jareczka do snu i przykryją go kocykiem, ten przed zaśnięciem snuje plany, co by tu jeszcze… Co gorsza, wszystkie jego nianie rano wysłuchują bajań i pilnie wypełniają jego najdziksze plany. Dorośli siedzą i się temu z coraz mniejszym spokojem przyglądają, Ale mam wrażenie, że już niedługo wyciągną z szafy pas.

 

karl

NOWOŚCI | Kasia Lins

kasia-lins

 

Mejdżersi umierają ale wciąż nie chcą umrzeć. Ciągle walczą, cudem przyciągając takie zjawiska jak Kasia Lins. Na tle tego co od lat dostarcza branża, której słoń na ucho nadepnął, nowa dziewczyna od Universala od biedy daje się słuchać.

 

 

Ta bieda trwa już jakiś czas, a ja z przyzwyczajenia nie mam zupełnie pojęcia, czego tam się słucha w gimnazjach i na dyskotekach i za każdym razem muszę sprawdzać w internecie i na przykład teraz na topie są Lisowska, Margaret, Grzeszczak i Jula. Cudowne, jestem wstrząśnięty i zmieszany. Nic się nie zmieniło do lat 90, kiedy Big Cyc śpiewał nie ma na to żadnej rady, dziś śpiewają tyko baby. Kasia na tym tle wypada całkiem znośnie, w porównaniu do konkurencji to półka wyżej, w zasadzie kilka półek. Rzadko w Polsce dostajemy taką produkcję, taki smaczny aranż, smaczny, ciekawy i przystępny (i tylko na jakiś czas na London Grammar powinna dostać embargo). W końcu to Bors, który wciąż zdaje się rozwijać. Świetnie się też ogląda, bo nie wiem czy wiecie, ale dziś muzykę się ogląda (głównie na pewnej stronie na Y jak Yeti) i Kasia ma parę obrazków, które z przyjemnością się ogląda. Jednak wszystko na tym świecie składa się z treści i formy, a skoro forma już została omówiona – słowo o treści. Zahaczają o banał, niestety te piosenki o nieszczęśliwej miłości, było już takich w historii dwa i pół miliona.

 

 

Że Beyonce i Rihanna śpiewają głupiej? Ano śpiewają, ale ciągle mają w Polsce kilka razy więcej fanek niż Lins. I to powinno być wyzwaniem dla Kasi, żeby za parę lat sytuacja się odwróciła, czego wam, jej i sobie życzę.

 

karl

NOWOŚCI | Bownik i Swiernalis

swierbownik

 

Kiedy Kayax startował, polska dusza w myśl słowiańskiego optymizmu wskazała kciuk w dół – nie mają szans! Dziś, po piętnastu latach są hegemonem dumnego polskiego szołbizu. Bez stawiania na pewniaków i naśladowaniu trendów, za to często ryzykując, kierując się raczej wiarą w prawdziwy talent. Zazwyczaj wygrywali, Kayax był oknem na świat dla Marii Peszek, Kilijańskiego, Zakopower czy Skubasa, do tego dołączyli prawdziwi mistrzowie pokroju Heya, Urszuli Dudziak  czy Dyjaka, w poszukiwaniu nowego narybku ostatnio specjalizują się w elektronice. Zdarzało się, że dokonywali złych wyborów i tu dochodzimy do dwóch artystów.

 

 

Bownik, który kiedyś nazywał się Control The Weather to trzech błyskotliwych dżentelmenów którzy lubią żywe instrumenty równie mocno jak komputery i i z tego plotą brzmienie piosenek. Piszę piosenek, bo nie widać tam wyzwania rzuconego Dostojewskiemu,  wszystko raczej dla zabawy i chęci grania. Ale tu pojawia się największy problem, bo brzmienie raczej ubożuchne. Próbując obracać wszystko w żart nazywają swój rzekomo unikalny styl vegan disco i rzeczywiście, zdecydowanie brak tu mięcha. W aranżacji brakuje głębi, a przecież w elektronice teoretycznie można w nieskończoność dokładać kolejne ścieżki. Tymczasem tu bieda aż piszczy, a uboga forma nie może ponieść, być może w innych okolicznościach, nawet ciekawej treści.

 

 

Hiperpoprawność w języku jest błędem. W muzyce jest grzechem śmiertelnym, muzyka musi płynąć jak rzeka, a tu pan podaje tekst jakby obsługiwał młot pneumatyczny. Ta nadekspresyjna maniera lokuje go w modnym ostatnio nurcie płaczków. Nie wiem skąd się oni biorą, takie wychudzone hipsterstwo, które zawodzącym głosikiem wszem i wobec ogłasza, jak im źle, jak niedobrze. To samo w swoich songach mówili Okudżawa i Dylan, z tym że oni jednak nadawali im dodatkowy wymiar. Jak to robili wiedza tylko oni, Swiernalis jak dotąd tej wiedzy nie posiadł i dlatego jego twórczość jest równie fascynująca jak 28. expose Beaty Szydło.

 

karl

NOWOŚCI | Snowman

snowman

 

„Dobrze jest znów wrócić. Zebrać wszystkie swoje najcenniejsze myśli rozpocząć budowanie relacji ze światem i z Wami. Mamy nowy album, mamy nową skórę, mamy piosenki pełne emocji, melodii i tego co w nas prawdziwe. Mamy się dobrze, a nawet bardzo! Wszyscy Jesteśmy jak piosenki na tej płycie. Zbiorem emocji, odpowiedzi i pytań. Otwartym zbiorem brzęczących myśli, które kluczą jedna za druga, czekając ujścia. Spływają po sobie, zmieniając znaczenia”.

 

Niedawno zmarł Wojciech Młynarski. W krótkim tekście przekonywałem, że choć ostatnio z tekściarzami słabo to są jeszcze Adam Zieliński, Paweł Sołtys czy Kasia Nosowska. Jakoś nie umieściłem w tym towarzystwie Kowalonka, powyższy cytat (znów wrócić!) wyjaśnia czemu tak się stało. Jak ktoś zapewnia, że jego pisenki są pełne emocji, melodii i prawdy to znaczy że trzeba się od niech trzymać z daleka. Ale jeśli grafomańskie pustosłowie miałby być tylko poszlaką, nowy numer będzie już dowodem przeważającym:

 

 

 

 

I wszyscy teraz zachodzą w głowę, kto to ten Kowalonek? Parę lat temu Majkel Kowalonek stał na czele nawet ciekawej formacji Snowman. Z jednej strony progresywne brzmienie, złożone harmonie, takie bardziej ambitne podejście do grania, z drugiej – chwytliwe melodie, słowem parę ciekawych numerów udało im się nagrać. Ale coś w nim pękło, coś się zmieniło, najpierw odszedł od konkurencji, która za koncert dostawała tłustsze czeki. Karma szybko zrobiła swoje, Michał zatopił, czy pomógł zatopić Myslovitz, po czym w glorii chwały wrócił do zespołu Bałwan, żeby ustrzelić drugie trofeum. Nie sądze, żeby Polacy padli na kolana, ale zostaje jeszcze Trójka, tam takie miałkie nudziarstwa zawsze miały wzięcie, pięćdziesięcioletni słuchacze w rozciągniętych swetrach i z kubkiem kawusi dają się wodzić za nos wszystkim Kaczowskim, Stelmachom i Niedźwiedzkim świata. Ile to już pokoleń straciło na zawsze muzyczny smak, sam coś o tym wiem. Tym się powinna zająć Konwencja Genewska, to nowy rodzaj broni masowego rażenia, śmierć przez usypianie. Ale może niepotrzebnie wszczynam alarm, idzie wiosna, najgorszy czas dla Snowmanów.

 

karl

Rewolucja wewnątrz rewolucji

warpaint-theonepointeight-5

 

Suzi Quatro zobaczyła ją po raz pierwszy w Continental Hyatt House w zachodnim Hollywood. Swoją młodszą kopię, nosiła taką samą fryzurę, taką samą kurtkę, siedziała w hotelowym lobby i nie odzywała się do nikogo. To samo powtarzało w każdym hotelu na całej amerykańskiej trasie. Joan Jett zaczynała jako gorliwa psychofanka Suzie, żeby wkrótce stanąć na czele Runaways, jednej z najważniejszych, jeśli nie najważniejszej żeńskiej rockowej kapeli. Dwie filigranowe dziewczyny stały się ambasadorkami świata, w którym dziewczyny kruszą skały z większym animuszem niż chłopaki.

 

Jeśli rock buntował się przeciw autorytetom, żeński rock buntował się przeciw dokładnie temu samemu. Plus męskiemu szowinizmowi, kolesie w rockowych kapelach stawiali pod pręgierzem mieszczaństwo i pruderię ówczesnych czasów, laski musiały dodatkowo zmierzyć się ze stereotypowym postrzeganiem kobiet, toczyły dwie wojny, musiały obalać dwa mury zamiast jednego. W popkulturowym micie o rokendrolu przypadły im role drugoplanowe. Męski testosteron prężył się w światłach reflektorów, miejsce dziewczyn było pod sceną. Role zostały rozdane w drugiej połowie lat 50, kiedy rock zyskał twarz Elvisa, Chucka Berry, Eddie Cochrana, Little Richarda czy Jerry’ego Lee Lewisa. Stereotypy długo były bezwzględne na widok rokendrola w spódniczkach, podświadomość dostrzegała dysonans w fallicznych gitarach czy pałkach perkusyjnych trzymanych w rękach dziewczyn. W trakcie kilku dekad powstały tysiące żeńskich zespołów, wśród których było wiele wybitnych. Przy okazji każdego zestawienia najważniejszych zespołów czy płyt w historii muzyki kapele złożone z pań są brutalnie pomijane. Dlatego dziś drodzy czytelnicy otrzymają rodzaj istotnej erraty, zaproszenie do nieznanej krainy, w której rock and roll jest kobietą.

 

Zanim na scenie pojawiła się pierwsza rockowa kapela, która zamiast penisów dumnie prężyła piersi, dziewczyny grały jazz. Sto lat temu, jeśli ktoś miał szczęście, mógł trafić na występ The Schuster Sisters Saxophone Quartette albo The Darling Saxophone Four – jednego z żeńskich kwartetów, które do serca wzięły sobie słowa sufrażystek. Po wojnie, gdy nikt nie słyszał jeszcze o rock and rollu, Ameryka mogła się już poszczycić pierwszym gitarowym dziewczęcym zespołem z prawdziwego zdarzenia - Rhythm Ranch Gals. W składzie pojawiły się perkusja, bas, gitara akustyczna i prawdziwy telecaster. W tamie pojawiło się pierwsze pęknięcie, jednak prawdziwa fala uderzeniowa miała dopiero nadejść.

W kolejnej dekadzie zaroiło się od żeńskich zespołów, takich jak The Continental Co-ets, The Heart Beats, The Belles czy The Models. The Livebirds wyjechały z Liverpoolu do Hamburga, do słynnego Star Clubu, gdzie z miejsca stały się sporą atrakcją. Brzmi znajomo? Wypisz wymaluj historia bitelsów, z tą różnicą że dziewczyny zostały w Niemczech do końca lat 60. Był też zespół Pleasure Seekers, który przekształcił się w Quattro Sisters. Wkrótce basistka postanowiła występować na własny rachunek…

Kiedy Suzi zaczynała solową karierę, jej siostra Patti dołączyła do zespołu Fanny. Siostry Millington przybyły do stolicy Kalifornii z Filipin gdzie od najmłodszych lat grały rocka. Rozczarowane brakiem popularności grały pożegnalny koncert, kiedy zostały dostrzeżone przez wpływowego impresario, Richarda Perry. Zespół zmienił nazwę z Wlid Honey na Fanny i kariera ruszyła z kopyta. Grały ciężko, z niesamowitym groovem, jak mało kto w tamtych czasach. To był wciąż jednak zapowiedź nadchodzących zmian. Historię rocka pisały Nico, Grace Slick czy nieodżałowana Janis Joplin, Patti Smith przecierała szlaki punk rocka, ale śpiewanie to jednak jedno, z instrumentami radziły sobie gorzej. To Suzi Quattro, drobna dziewczyna w skórzanym kombinezonie wkroczyła na scenę z wielgachną gitarą basową w ręku i wszczęła prawdziwą rewolucję.

 

Joan Jett była zakochana w Suzi Quatro od pierwszego wejrzenia w TV, bycie stalkerką Suzi przestało jej jednak wystarczać i zaczęła rozglądać się za koleżankami z którymi mogłaby grać. Sekwencja zdarzeń, która doprowadziła do powstania The Runaways to gotowy scenariusz na film który zresztą wszedł do kin w 2010 roku. Produkcja nosiła zaskakujący tytuł „The Runaways”. Wszystko zaczęło się w klubie Rodney’s w Los Angeles, który w owym czasie był dość liberalny w podejściu do wieku swoich klientów. Kari Krome, lat 14 spotkała Joan, lat 15 i dziewczyny szybko znalazły wspólny język. W Rodney’s lubił się też pokazywać Kim Fowley, który od dawna planował zebranie do kupy paru dziewczyn grających rocka. Dzęki Krome, która była tekściarką poznał Joan Jett i machina ruszyła. Wkrótce Sandy West, lat 14 (nikogo nie zdziwił starszy pan otoczony wianuszkiem nastoletnich dziewczyn bez opieki rodziców) również spotkała Fowleya i napomknęła mu, że gra na perkusji. Lita Ford przyszła na przesłuchanie jako basistka, ale kiedy w przerwie chwyciła za swoją gitarę i razem z Sandy zaczęły grać „Highway Star” wystarczył jeden numer, żeby dwie fanki Deep Purple zakumplowały się na amen, a zespół zyskał nową gitarzystkę. Wkrótce dołączyły Cherrie Curie i Jackie Fuchs, a Fowley w szybkim tempie pokierował zespół na szerokie wody.

 

 

Dziewczyny szybko zyskały sporą sławę, głównie w Japonii gdzie spotykały się z objawami kultu, jednak rokendrolowe życie w trasie było ponad siły wciąż nastoletnich dziewczyn. Faceci wyzywali je, obrzucali, nie pozwalali zrobić soundchecku a to i tak nie były największe zagrożenia, jakie czekały w trasie. Basistka Runaways, Julie Fuchs została zgwałcona przez Fowleya po tym, jak podano jej sporą dawkę quaalude. Tajemnicą poliszynela był również fakt, że zespół był klubem lesbijek, Joan Jett i Cherrie Currie lubiły eksperymentować, przez co 16-letnia Lita Ford na początku była zbyt przerażona i uciekła z zespołu. The Runaways rozpadły się po zaledwie trzech latach, wkrótce pojawił się Joan Jett and The Blackhearts. 23 wytwórnie odrzuciły ich płytę, którą po koncertach sprzedawali prosto z bagażnika. To wszystko tylko nakręcało Joan Jett, która z całych sił starała się pokazać innym dziewczynom, że we wciąż patriarchalnej Ameryce mogą spełniać swoje marzenia, nawet jeśli oznacza to zdecydowane wkroczenie na męskie terytorium.

 

Joan Jett z zespołem często odwiedzały Wielką Brytanię i dziewczyny z Wysp nie chciały być gorsze. Chłopaki po prostu nie chcieli z nami grać – opowiadają członkinie Girlschool, granie w żeńskiej kapeli to był jedyny sposób żeby trafić do zespołu. Szybko wsadziły kij w oko krytykom, kiedy pojechały w trasę z Lemmym i Motörhead. Największą konkurencję robiły im Rock Godess, piękniejsza twarz NWOBHM. Z powodu wieku grającej na perkusji Julie Turner (debiutowała w zespole mając 9 lat!) zespół często miał problemy z występami. Mimo to zdarzało im się supportować Iron Maiden czy Def Leppard.

 

Podobnie jak Quatro za oceanem dziewczyny stojące na czele zespołów takie jak Siouxie Sioux i Poly Sterene były inspiracją dla jednej z najlepszych formacji pierwszej fali punku w UK. The Slits kumplowały się z The Clash, grały z nimi na trasie White Riot Tour. Spotykały się jednak z większą niechęcią niż Sex Pistols czy The Clash, w oczach Brytyjczyków w tamtych czasach bycie dziewczyną-punkiem było większym przestępstwem niż chłopakiem-punkiem. Ari Up dwukrotnie została dźgnięta nożem, gdy szła po ulicy.

Wkrótce punk przeobraził się w Nową Falę. Jednym z prominentnych przedstawicieli były The Raincoats, zespół który walnie przyczynił się do powstania puk rocka w Polsce. To pod wpływem koncertu Raincoats w Warszawie Robert Brylewski i Maciej Góralski postanowili założyć Kryzys. Lata później Kurt Cobain twierdził, że to jego ulubiona kapela, choć „ulubionych kapel” miał co najmniej kilka. Slits i Raincoat łączy postać Kate Korris, która stała na czele Mo-dettes, ska-punkowego bandu z lat 70. Te kumplowały się z Madnessami, Jane Crockford wyszła nawet za Daniela Woodgate. Inny ważny zespół tamtych czasów, The Deltones proponował eleganckie, mainstreamowe ska.

 

Wkrótce żeńskie granie rozlało się po świecie, w Szwajcarii furorę robiły dziewczyny z Kleenex/LiLiPUT, w 1979 w Düsseldorfie powstaje Östro 430, kobiecy wkład w ruch Neue Deutche Welle, w Japonii 5 6 7 8′s grały i wciąż grają surf rocka, Tarantino zaprosił je do występu w Kill Billu, gdzie grają siebie. Inny japoński ansambl, ex-Girl nie zdecydowały się na konkretną stylistykę i ich koncerty przypominają bliskie spotkania 3. stopnia. Hiszpanki z Viudas e Hijas del Roque Enroll grają mieszankę nowej fali, rock and rolla i popu, w Finlandii Mari Halonen, Katariina Haapalainen i Kristiina Haapalainen założyły Micragirls, grający psychodeliczny garage rock. Zapełniając mapę rockowej dominacji kobiet warto wspomnieć o Bitchcock, perwersyjnej trawestacji nazwisk Hitchocok z Holandii.

 

Nowa dekada mocno stępiła ostrze mainstreamowej muzyki. Dziewczyny nie były wyjątkiem, na okładkach muzycznych pisemek królowały żeńskie formacje które próbowały łączyć wodę z ogniem, pozując na buntowniczki, podczas gdy z głośników dochodził melodyjny pop. Gwiazdami były Bananarama, The Bangles, Vixen czy The Graces. Inaczej sprawa wyglądała z  The Go Go’s, obok B-52’s pionierów Nowej Fali w Stanach. Zespół zaczynał jako część punkowej sceny Los Angeles, Belinda Carlisle (wówczas znana jako Dottie Danger) była przez krótki moment wokalistką The Germs, dziewczyny często dzieliły scenę z inną legendą kalifornijskiej sceny, Fear. Najbardziej niedocenianą formacją tamtych czasów jest ESG, w ich muzyce słychać było hip hop, post-punk i elegancję Talking Heads. Kiedy na listach przebojów dominowały dziewczęce zespoły i ich cukierkowe przeboje, w zatęchłych salach prób i śmierdzących klubach podziemia kiełkowała druga fala dziewczyńskiej rewolucji.

 

 

Hardcore punk, Sonic Youth i Pixies, wreszcie grunge sprawiły, że niezależna scena USA przeżywała w latach 80. złote lata. Jednak nawet w lewicowym, domagającym się podmiotowego traktowania człowieka środowisku kobiety były spychane na bok, nikt nie traktował poważnie ich obecności na scenie. Paradoksalnie dzięki temu powstawało coraz więcej charyzmatycznych i oryginalnych dziewczyńskich zespołów w rodzaju kalifornijskiego L7 (nazwa oznaczała sztywniaka, nudziarza), noisowo-punkowego Babes in Toyland z Minneapolis, dziewczyn ubranych w lalkowe stroje kontrastujące co nieco z przekazem czy nowojorskiego Lunachicks. W 1990 roku dołączyły dziewczyny z 7 Year Bitch, kapela z Seattle, gdzie wówczas już mocno wrzało, wciąż jednak w męskim składzie. Nikki and the Corvettes  i The Pandoras doskonale symbolizują ewolucję lat 80. Corvettes tkwiły jedną nogą w latach 70. grając coś w rodzaju pop punku, tymczasem grające w tym samym czasie Pandoras prezentowały muzykę opartą na garage rocku lat 60., granym jednak z przesterowanym brzmieniem i wściekłością hardkoru. Ciekawie działo się też w Bostonie. W 1983 Kristin Hersh i Tanya Donelly zakładają Throwing Muses. Podczas trasy z Pixies Donelly kumpluje się z Kim Deal, która niezadowolona z pośledniej roli w zespole zamierza założyć własny ansambl. Kim wciąga do zespołu swoją bliźniaczkę Kelley, wówczas programistkę komputerową z którą kilka lat wcześniej założyła dla zabawy kapelę o nazwie Breeders (w gejowskim slangu heteroseksualiści – Rozpłodnicy). Odkurzyły dawną nazwę, uzupełniły skład o Carrie Bradley i wkrótce na trasę zaprasza je Nirvana. Całe te podziemne, w dużej mierze hobbystyczne granie w latach 80. było czerwonym dywanem rozłożonym przed nowym, już zinstytucjonalizowanym ruchem dziewczyn z gitarami – Riot grrrl. Panie z Girlchool powtarzały, że płeć nie ma dla niech znaczenia, grają w zespole, w którym tak się składa, są same dziewczyny. Dla Riot grrrl płeć miała znaczenie pierwszorzędne. Kobieta miała dzięki ich staraniom przestać być niewolnikiem świata. Dziewczyny walczyły na scenie o prawa dziewczyn.

 

Ruch łączył działalność muzyczną i polityczną, był w prostej linii efektem obywatelskiej aktywności tamtych czasów. Skumulował w jeden potężny ruch lokalne grupki aktywistów, tworząc pomost pomiędzy wschodnim i zachodnim wybrzeżem, ściślej mówiąc między Waszyngtonem i Olimpią. Wokół riot grrrl szybko wytworzyła się scena muzyczna. Wyróżniały się wśród niej zdecydowanie dwa zespoły – Bikini Kill i Bratmobile.

 

Kathleen Hanna miotała się wraz z rodzicami między wschodnim a zachodnim wybrzeżem, trafiając w końcu do college’u w Olimpii w stanie Waszyngton. Tam grała najpierw w Amy Carter (na cześć córki prezydenta), następnie w Viva Knivel który to zespól służył głównie jako atrakcja w czasie wystaw w jej własnej galerii Reko Muse. Hanna podejmowała się różnych zajęć podczas studiów, rozbierała się w klubie ze striptizem, gdzie szybko poznała męską opinię na swój temat. Występowała jako spoken word artist - wygłaszała przemówienia na spotkaniach organizacji feministycznych. Pod wpływem fanzinu Jigsaw (podtytuł angry grrrl zine) przyłączyła się do redagujących go Kathi Wilcox i Tobi Vail. Skutkiem ubocznym znajomości była punkowa kapela, Bikni Kill. Pierwszego singla wyprodukowała im sama Joan Jett, po czym przyłączyła się do procesu twórczego przy pisaniu materiału na pierwszy album, „Pussy Whipped”.

 

Kathleen Hanna opowiada o życiu w trasie i zabawach z Kurtem Cobainem:

 

Bikini Kill przestało istnieć po 6 latach, w 1998 roku Hanna rozpoczęła nowy etap działalności w ramach electroclashowego Le Tigre. W 2010 roku powróciła do punk rocka w ramach The Julie Ruin. Od 20 lat pozostaje w szczęśliwym związku z panem Adamem Horovitzem, czyli Ad Rockiem z Beastie Boys.

 

Początki Bratmobile sięgają Olimpii, jednak właściwy skład uformował się podczas kilkutygodniowego pobytu w Waszyngtonie podczas prac nad fanzinem riot grrrl, gdzie Allison Wolfe i Molly Neuman poznały gitarzystkę Erin Smith. Kiedy jeden ze znajomych doradził im, że powinny brzmieć jak The Ramones, wiedziały że należy zrobić wszystko, żeby brzmieć zupełnie inaczej. Postpunkowe granie zmieszane z surf rockiem i garage rockiem dało im najbardziej oryginalne brzmienie na scenie riot grrrl. W połowie lat 90. scena liczyła kilkadziesiąt zespołów, warto wspomnieć też choćby Heavens to Betsy, Excuse 17, Huggy Bear, Skinned Teen czy Emily’s Sassy Lime.

 

Finalnym ogniwem ewolucji Olimpijskiej sceny jest Sleater-Kinney. Dziewczyny przyszły niejako na gotowe, ugruntowana pozycja żeńskiej sceny niezależnej była podparta dodatkowo doświadczeniem wyniesionym z poprzednich formacji. Zespół założyły Corin Tucker, ex-Heavens To Betsy, Carrie Brownstein, ex-Excuse 17 i i Janet Weiss, wcześniej w składzie Quasi. Ta supergrupa prezentowała najdojrzalszą w całym ruchu riot grrrl muzykę i pozostaje jedyną istotną formacją grającą do dziś.

 

Jednocześnie działały formacje, które mówiły o tych samych problemach i na swój sposób walczyły o obecność kobiet na scenie współczesnego rock and rolla, nie utożsamiając się bezpośrednio z ruchem. Red Aunts z Long Beach powstały jako muzyczna emanacja zina Real Life in a Big City. W Toronto Fifth Column przy pomocy post punka walczyły o prawa środowisk gejowskich w Toronto. Grzechem byłoby nie wspomnieć choćby The Gits, Hole, Dickless czy Veruca Salt.

Obfitość świetnych kapel w latach 90., szczytowym momencie żeńskiego grania i muzyki w ogóle sprawiła, że niektóre pozostają dziś nieznane. Cake Like na przykład robiły świetną robotę, przez co zostały zauważone najpierw przez Johna Zorna, który szybko włączył je do swojej wytwórni, żeby szybko zostać przejęte przez Neila Younga. Zespół powstał na bazie znajomości wyniesionych ze szkoły teatralnej co słuchać w manierze wokalnej. Ale mimo to świetna kapela. Albo zupełnie nieznany u nas Luscious Jackson. Na perkusji miał Kate Schellenbach która dekadę wcześniej szlajała się po mieście z chłopakami z Bestie Boys, grała nawet na perkusji w pierwszym wcieleniu zespołu. Dziewcyna była naocznym światkiem historii rocka, Ramones, Talking Heads i Blondie ciągle grały na jej dzielnicy. Z początku miał to być cover band ESG z dawnymi kumpelami, Jill Cunliff i Gabby Glasser. Demo trafiło do Mike’a D i Beastie Boys pojawia się po raz drugi. Jeździły w trasę z chłopakami, Adam Horovitz pomagał im przy pisaniu materiału na ostatnią płytę. Grały niezwykle eklektyczną muzykę, kolaż wszystkiego, co można było usłyszeć w Nowym Jorku lat 90, duszność hardcore’u, hiphopowy beat i wokale w stylu Sheryl Crow. Ich styl porównywano do przełączania radia w latach 70. co niezwykle je śmieszyło.

Na koniec jeszcze wspomnienie jednej z najważniejszych formacji lat 90., czyli Elastiki. Bębniarzem był Justin Welsh, co nie zmieniało faktu że kapela była rządzona przez dziewczyny. Na czela stała Justine Freishmann, córka emigrantów z Rosji i Węgier, Żydów którzy ocaleli z Holocaustu. Stała się uosobieniem britpop girl, najpierw pojawiając się u boku Bretta Andersona, potem Damona Albarna. Dziewczyna rockmana, tyle wówczas dla mediów znaczyła liderka jednej z najlepszych kapel britpopu.

 

Druga fala żeńskich kapel rockowych sprawiła, że dziewczyny z gitarami nie musiały już z taką energią rozpychać się na scenie i bronić przed niedorzecznymi zarzutami, zamiast tego mogły skupić się na samej muzyce. Dziewczyńskie zespoły solidaryzowały się pod hasłem girl power, ale miały też własne sprawy do załatwienia, czasem z różnych parafii. Barlow Girls na przykład przy pomocy gitar chcą ewangelizować, zachowują wstrzemięźliwość seksualną, stronią od alkoholu i używek, nie chodżą nawet na randki, za to aktywnie walczą z aborcją. Natomiast artystyczna twórczość Rockbitch podąża w nieco innym kierunku, ale na pewno nie rozczarowuje tych, których przyciągnęła nazwa. Występy nago, zarówno w teledyskach jak i na scenie szły dalej i zdarzało się, że na scenie uprawiały seks z wciągniętymi z widowni fanami. Również pociągała je religia, tyle że wybór padł na pogaństwo, które bardzo mocno promowały. Zupełnie niewinnie wypadają przy nich The Ladybirds. Amerykanki w latach 60. zaczynały od występów klubach topless, jedynie udając grę na instrumentach, szybko jednak nauczyły się grać i ruszyły w trasę. Co ciekawe, w Danii istniała druga grupa, która lubiła chwalić się pięknymi kształtami podczas koncertów. Nazywały się … The Ladybirds.

Nie trzeba też wcale grać punka żeby zajmować stanowisko w kwestiach politycznych, artystki country, Dixie Chicks przez cały czas kadencji George’a Busha wygłaszały antyprezydenckie przemówienia w czasie koncertów. Folkowy duet Indigo Girls też nie zamierzał wdzięczyć się do odbiorcy, opowiadał historie które można było usłyszeć w pubie po kilku głębszych. Jeśli muzyka nie była wystarczająco ekstremalna, The Devotchkas wzbudzały sensację samym wyglądem, przygotowanie różowych czubów zajmowało więcej czasu niż próba dźwięku przed koncertem.

 

devotch

 

Nervosa z Brazylii agresją nie ustępuje Sepulturze z najlepszych lat, podobnie Broadzilla z Detroit, kolebki garażowego łojenia. Greckie boginie metalu z Astarte czy Black Widows z Portugalii eksplorują goth metal w 100% żeńskiej obsadzie. Australijski Skulker łączy brzmienie punkowe i metalowe. Kanadyjska KIttie podobnie jak szwedzka Drain S.T.H. reprezentują nu metal, exist†trace czy Aldious pozwala zrozumieć, jak metal rozumie Japonia.

 

Dziewczyny nie udowadniają już że potrafią obsługiwać gitary i perkusje, ale że w muzyce chcą i potrafią odkrywać nowe lądy. Grają, bo granie w dziewczyńskiej kapeli jest po prostu cool. Erase Errata działa w obrębie estetyk new vawe, noise’u i eksperymentu w rodzaju Captain Beefharta czy Zappy. Kay Odyssey łączy indie rocka z psychodelią Woodstocku. Francuzki z Plasticines zaadoptowały rocka w stylu Chanel no 5, a ich hasłem jest Baguette, champagne et rock nad roll! Rosyjska IWA NOWA łączy rock z rosyjskim folkiem, The Trashwomen zafascynowane garażowym bandem z lat 60. The Trashmen zaczynały od grania ich coverów. W pewnym momencie przestało im to wystarczać i sięgnęły po własny repertuar. Młodzieżowy kwartet z Hastings, Maid of Ace gra potężniej niż indierockowi rurkowcy, Stonefield, pomimo aparycji harcerek potrafią oczarować feelingiem. Bleached przechodząc od mrocznego garage rocka do popu w stylu Beach Boys nie tracą zupełnie własnego stylu, ale to przede wszystkim świetne kompozytorki z wielkim wyczuciem tego, co najlepsze w niezależnej muzyce ostatnich trzech dekad. Na wokalu w Habibi udziela się amerykanka o irańskich korzeniach Rahill Jamalifard, więc w naturalny sposób łączy garage rock z wpływami z Bliskiego Wschodu. Żeńskie formacje zazwyczaj nie pozują na gwiazdy, podkreślając kluczowe znaczenie muzyki w swojej działalności i kolektywne podejście, Grass Widow, czyli słomiana wdowa z San Francisco łącząca lo-fi z post punkiem graj w trio i dzieli się obowiązkami wokalnymi, wszystkie kompozycje opisuje jako efekt wspólnej pracy w sali prób.

 

Normalizacja postępuje, dziewczyny coraz rzadziej muszą usprawiedliwiać swoje miejsce wśród rockowej arystokracji. Julia Cumming z Sunflower Bean: bycie kobietą w świecie muzyki niesie dodatkowe obowiązki, czy tego chcesz czy nie. Zawsze staram się być najlepszym muzykiem jak to tylko możliwe, tak żeby nikt nie mógł mi niczego zarzucić. Cumming i tak jest szczęściarą. W pewnych rejonach świata granie punk rocka wiąże się z większymi problemami, niż krzywe spojrzenia i kąśliwe uwagi. Dziewczyny z  Pussy Riot za publiczną krytykę polityki Putina trafiły do koloni karnej o zaostrzonym rygorze. To czym dziś w Stanach zajmuje się Nadieżda Tołokonnikowa pomińmy natomiast milczeniem.

 

Kobiecy rock z uciśnionej mniejszości stał się atrakcją więcej niż jednego sezonu, co nie pozostało niezauważone przez wiele dziewczyn szukających sposobu na zdobycie popularności. Haim, Dum Dum Girls, Vivian Girls albo The Like to grupy czysto komercyjne, nie mając muzycznie wiele do powiedzenia wykorzystują modę na gitarowe granie, przede wszystkim jednak własny niekwestionowany seksapil. Jeśli jednak zaliczający się do tej kategorii Black Belles to zwykła artystyczna kreacja mająca zadowolić ego stojącego za nią Jack White’a, to już projekt innego giganta amerykańskiego niezalu Omara Rodrigueza-Lopeza, The Butcherettes, to rasowa rock and rollowa lokomotywa.  Sceniczny image dziewczyn w zakrwawionych rzeźnickich fartuchach kręci się głownie wokół seksu, fakt, nie jest jednak głównym powodem wychodzenia dziewczyn na scenę. Prawdziwą gwiazdą w kategorii sex, drugs and rock n roll jest Thunderpussy, wraz ze wspomagającymi tancerkami wykonuje na scenie prawdziwy erotyczny show, doskonale współgrający z muzyką budzącą proste skojarzenia z Led Zeppelin. Niemniej elektryzujący jest duet Deap Vally, który po obejrzeniu zmysłowych teledysków nie rozczarowuje pod tym względem na żywo. The Donnas to Runaways XXI wieku, ten sam drive i ta sama skoczna melodyka, Allison Robertson dzierży białego Gibsona Melody Makera, a na basie mamy pannę Ford. W Szwecji ponad ćwierć wieku temu karierę rozpoczął zespół o niezbyt szwedzko brzmiącej nazwie Sahara Hotnights, inne współczesne wcielenie Runaways, nie mniej dobre. Riot grrrl lata 90 doskonale przypominają The Coathangers, nawet przy pomocy nazwy, podczas punkowych, grunge’owych i harcore’owych koncertów dziewczyny zazwyczaj stały z tyłu, trzymając w rękach kurtki chłopaków. Nazywano je wieszakami – coathangers. Podobnie Tacoat, meandrujące pomiędzy pop punkiem, garage i surf rockiem potrafią narobić sporo porządnego hałasu w stylu Bratmobile. Wszystkie powyższe zespoły nie są może Chrystusami rocka, trudno mówić o nich w kategorii kamieni milowych gitarowego grania. Są natomiast żywym dowodem na to, że ciężką robota jaką wykonały Quatro, Jett i Hanna nie poszła na marne, dziewczyna z gitarą to dziś na szczęście nie to samo co kobieta z brodą, grają prze wielotysięcznymi widowniami na największych festiwalach i nikt nie zadaje głupich pytań. Job done. Można oczywiście narzekać że to zwykłe sprzedawanie się za kasę. W rzeczywistości to całkiem sprytne odwrócenie ról. Skoro do niedawna półnagie dziewczyny wiły się niedwuznacznie w teledyskach ZZ Top, Aerosmith, Motley Crue czy Gun ‚N’ Roses w charakterze męskich zabawek a do niedawna seks był do cna cynicznie wykorzystywany przy promowaniu gwiazdek pop, to dziś dziewczyny same zawiadują swoim losem, a przy okazji seks trafił tam, gdzie od zawsze pasował najlepiej, do starego dobrego rock and rolla.

 

Swoje otrzymała widownia, ale żeńskie granie w ostatnich latach musiało też zachwycić wybredne podniebienia krytyków. Kilka zespołów pokazało, że dziewczyny na rockowych arenach to nie tylko potrzeba barwnej różnorodności i zachwycającego show, ale też broniący się czysty talent.

 

Kiedy Sleater-Kinney na kilka lat zawiesiły działalność Brownstein i Weiss nie zamierzały zalegać na kanapie przed telewizorem. Skleciły na boku mały projekt, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Debiutancki, i jak się okazało jedyny album WILD FLAG to jedna z najlepszych gitarowych płyt tej dekady. Soczyste riffy napędzają kolejne utwory, które przywołują wszystko, co najlepsze w połowie lat 90., jednocześnie grzeszą bezczelnie chwytliwymi refrenami. Rodzima formacja szybko upomniała się o swoje i zespól zakończył działalność. Może kiedyś nastąpi jakiś niespodziewany reunion... Kanadyjska Magneta Lane na scenie występuje już niemal 15 lat. W trzyosobowym składzie potrafią zagrać prawdziwą ścianę dźwięku, ich melodyjny post-punk z nieznanych powodów do tej pory nie przebił się do szerszej publiczności. Jeszcze lepiej wyglądają ich młodsze koleżanki z Ex Hex, które w najprostszych słowach można określić jako hybrydę Sleater-KInney i Go Go’s.

Dwie pozostałe formacje zdołały osiągnąć taką pozycję, że nikomu nie przychodzi do głowy umieszczać je w przegródce: laski z gitarami. Warpaint na początku dostało mocne wsparcie ze strony Red Hot Chili Peppers, Frusciante zajął się produkcją, Klinghoffer zagrał na perkusji i gitarze w paru numerach, ale to autorska propozycja dziewczyn. Kalifornijska melancholia tonąca w ocenie efektów i pogłosów to jedna z najciekawszych formacji XXI wieku. A po piętach depczą im już Savages. Wydana w ubiegłym roku druga płyta umocniła tylko ich pozycję. „Nowe wcielenie Joy Divison” wcale nie powinno być traktowane jako obelga.

Zjawisko ominęło w dużej mierze Polskę. Chlubne wyjątki to Andy z uroczą Anią Dziewit-Meller na froncie, jeśli mówimy o mainstreamie i dwie absolutnie undergroundowe formacje, Pussy Terror i The Wilettes. Obie czekają na debiut płytowy.

W 2015 odszedł Lemmy i wielu odtrąbiło śmierć rock and rolla, co bardziej rozsądni wiedzą że to nieprawda, są z nami jeszcze Keith Richards i Iggy Pop. Te trzy postaci uosabiają etos rockowego zabijaki, który wchodząc na scenę i tryskając charyzmą zamienia się w Boga. Czy aby na pewno? Tak się składa, że jest też kilka pań, które przerażają i wzbudzają podziw jednocześnie nie gorzej niż Wielka Trójka. Pierwszym diabłem wcielonym w zgrabne kobiece ciało była Wendy O. Williams. Z wielkim blond irokezem na głowie i ledwo dostrzegalnym bikini przy użyciu piły mechanicznej przecinała gitary na pół, wysadzała w powietrze samochody i bawiła się swoim ciałem, za co nie raz trafiała do aresztu. Jeśli słynny rockowy skandalista GG Alin miał jakąkolwiek konkurencję, to z pewnością w osobie Wendy. Jej działalność to nie był tylko sceniczny wygłup, nagrywała z Lemmym i KISS, występowała przed Ramones. Trzecia próba samobójcza w 1998 roku okazała się udana.

Już bez takich fajerwerków, ale ciągle z charyzmą Iggy Popa i Micka Jaggera od lat występują Brody Dalle, Juliette Lewis czy Biff Naked. Dziewczyny od pierwszej chwili na scenie kasują zdecydowaną większość męskiej konkurencji. Miał być artykuł o kapelach? Rewolucja nie miałaby szans gdyby nie te wspaniałe, mądre panie. Więc morda w kubeł.

 

Niewielki akapit warto na koniec poświęcić pewnej akcji, która pokazuje dzisiejsze myślenie dziewczyn o swojej roli w rokendrolowym świecie. Kilka lat temu powstał konkurs dla młodych perkusistek. Jaką dostał nazwę? „Hit like a girl” – uderz jak dziewczyna. Dziś to nie naśladowanie chłopaków ale robienie wszystkiego po dziewczyńsku jest marzeniem dziewczyn. Go girl!

 

Rosa Parks odmówiła miejsca białym, Walentina Tierieszkowa  poleciała w kosmos a Suzie Quatro wyszła na scenę i grała rocka. Zrobiły to, bo było to dla nich zupełnie naturalne, nie było powodu, czemu miałyby tego nie robić. Żadne krzyki i wrzaski nie przekonały ich, że czarne jest czarne, a białe jest białe. W końcu wszyscy przyznali im rację.

 

karl 

Chuck Berry. Człowiek z gitarą

chuck01

 

 

Jeśli szukacie innej nazwy dla rock and rolla, możecie go nazwać Chuck Berry.

John Lennon

 

Kiedy pytają mnie, jakie znam najbardziej polityczne piosenki, zawsze na szczycie umieszczam „Roll Over Beethoven”. Czarny gość z gitarą głośno oznajmia białej Ameryce, że muzyka, która zdominuje kulturę młodzieżową na dekady będzie afro-amerykańska. Kto mógł pozwolić sobie na takie rewolucyjne podejście w muzyce rozrywkowej w 1956 roku?

Billy Bragg

 

Kiedy 90 lat temu w St. Louis światu zameldował się Charles Edward Anderson Berry, nikt nie przypuszczał, co z niego za ziółko. Wywrócił muzykę do góry nogami, usunął w cień Beethovena i Czajkowskiego, od ponad pół wieku granie na gitarze oznacza podążanie Jego śladami. Śladami Króla Rock And Rolla.

 

 

 

To mój ojciec sprawił że trafiłem do showbiznesu – mówił w jednym z wywiadów. Pochodził z klasy średniej, syn dyrektorki szkoły i diakona lokalnej parafii. Ojciec występował w amatorskim teatrze i zabierał małego Charlesa na przedstawienia. Jestem komediantem. Zawsze nim byłem i chcę nim być zawsze, kiedy tylko pojawi się szansa – mówił w wieku 86 lat. W domu słuchano Beethovena i Czajkowskiego, w przyszłości dwóch bohaterów jego największego hitu, czytało się również poezję (jego brał otrzymał imię po słynnym poecie amerykańskim, Paulu Laurencie Dunbarze). Zdarzało się, że kończył koncert wierszem, albo w przypływie dobrego humoru podczas wywiadu potrafił przez kilka minut recytować z pamięci „Even This Shall Pass Away”, wiersz autorstwa Theodore Tiltona:

 

 

Pochodzenie nie uchroniło go przed złym towarzystwem. Za napaść i kradzież samochodu z bronią w ręku trafił do poprawczaka. Te trzy lata były wystarczającą nauczką (dwie kolejne odsiadki to skutek absurdalnych amerykańskich przepisów i nagonki ze strony sędziów, których do szału doprowadzał czarny idol ich córek) – Chuck szybko się ustatkował. Ożenił się, pracował w sklepie Krogera i fabryce Chevroleta, był dozorcą, trafił nawet do salonu piękności. Pozostała mu jedna namiętność: muzyka.

 

Występował już w szkole średniej, podczas pobytu w poprawczaku założył pierwszy zespół. Przykładny mąż, ojciec i obywatel Chuck Berry dołączył do zespołu Johnnie Johnsona, pianisty z którym będzie występował przez następnie kilkadziesiąt lat (niektórzy twierdzą, że to Johnson miał większy wpływ na brzmienie wielu utworów niż sam Chuck). W maju 1955 roku, za namową Muddy Watersa, Chuck Berry udaje się do Chicago, żeby porozmawiać z pewnym polskim imigrantem, właścicielem legendarnego Chess Records. Na miejscu nagrywa singiel, który za sprawą tuszu leżącego na podłodze w studiu otrzymuje tytuł Maybellene. Historia pościgu za dziewczyną w pięknym Cadillacu była jedynie subtelną aluzją raczej cielesnych doznań. Wkrótce utwór dociera na szczyt listy Billboardu. Rozpoczyna się nowa era w historii świata.

 

 

 

Na początku kariery grywał w klubach, w których obowiązywała segregacja. Czarni po lewej, biali po prawej. Co ciekawe biali reagowali lepiej na elektrycznego bluesa natomiast czarni na wiejskie country. Berry szybko to dostrzegł i podczas występów starał się zadowolić obie widownie, zaczął też komponować piosenki, które brzmiały w połowie jak country, w połowie jak rhythm ‘n’ blues. Był wizjonerem nie tylko w sensie muzycznym ale też szołbiznesowym, nieustannie myślał jak ze swoją muzyką dotrzeć do jak najszerszej publiczności, nie zamierzał grać tylko na swojej dzielnicy, celem była Ameryka. Być może nawet świat.

Biznesowa strategia, której uczył się podczas obnośnego handlu warzywami w wieku 11 lat przyniosła skutki daleko większe, niż mógł przypuszczać. Połączenie bluesowego pulsu z melodyjnością country dało mieszankę wybuchową. Ale nie chodziło tylko o unikalny styl, w jego rękach gitara przestała być tylko instrumentem rytmicznym, zaczęła żyć własnym życiem. Grał mocniej niż ktokolwiek przed nim, pod jego palcami gitara wydawała dźwięki, o jakie nikt jej wcześniej nie podejrzewał, grał riffy i solówki, obok Bo Diddleya był pierwszym prawdziwym gitarzystą rockowym. On zawsze miał w sobie ten swing - mówił o nim Keith Richards, choć swego czasu dostał w zęby, kiedy bez pytania dotknął gitary Mistrza. Kolejne utwory docierały na szczyty list przebojów, kolejne zespoły zaczynały karierę od grania coverów piosenek Berry’ego.

 

W dyskusji nad palmą pierwszeństwa w rock and rollu między Berrym i Elvisem Presleyem oddajmy na chwilę głos ostatniemu: Żałuję, że nie potrafię wyrażać myśli tak, jak robi to Chuck Berry. Koniec cytatu. Pisał inteligentne teksty w latach 50., kiedy wszyscy wciąż śpiewali „Oh, Baby I love you”, chwalił go John Lennon. Niewątpliwie to zasługa wychowania, wrażliwości wyniesionej z domu. Odmienił pisanie popowych piosenek, za co został nagrodzony między innymi Polar Music Prize – Muzycznym Noblem i Nagrodą londyńskiego PEN CLUB-u za „Teksty Piosenek o Literackiej Doskonałości”. Leonard Cohen mówił: wszyscy podążamy ścieżką testów Chucka Berry, Bob Dylan określił go Szekspirem rock and rolla.

Miał niezwykły talent do opowiadania historii, budowania barwnego portretu w dwuminutowej piosence. Był zmyślnym kronikarzem, który oddawał ducha czasów w których przyszło mu żyć, wyścigi opływowymi krążownikami szos, podrywanie dziewczyn, spędzanie czasu w barach z szafą grającą w rogu – Ameryka otrzymała swój portret, w którym z miejsca się zakochała, ale nie było w tym fałszu, to było także jego życie. Dziś piosenki Berry’ego to najprostszy sposób by poczuć się dobrze, przenieść się do miejsca i czasu jak żadne inne wyidealizowanego przez popkulturę.

 

 

 

Od premiery Maybellene upłynęły dekady, pojawiali się nowi idole i nowe muzyczne mody. Ale wszędzie można dostrzec ślady Chucka Berry’ego i muzycznej inżynierii, która zrodziła się w latach 50. Sam wyjaśnił to najlepiej w wywiadzie, jakiego udzielił w 1980 roku nieistniejącemu już fanzinowi Jet Lag. Redaktor puszczał kolejne numery definiujące ówczesną scenę, Chuck kwitował je kilkoma zdaniami komentarza.

Sex Pistols: praca gitar i progresja zupełnie jak w moich nagraniach, świetna sekcja. Ale z tego co śpiewa wokalista nie zrozumiałem prawie nic. The Clash: Rytm i melodia świetnie współpracują. Czy wokalista miał zapalenie gardła w czasie nagrań? The Ramones: Świetny taneczny numer. Ci goście przypominają mi siebie samego z początków kariery, też znałem tyko trzy akordy. The Romantics, 20-20, The Beat: W końcu coś porządnego do tańca. Mówisz że to coś nowego? Słyszałem to wcześniej wiele razy. Toots and the Maytals, Selector: To jest świetne, delikatne i z duszą. Brzmi jak jak mój kumpel Bo Diddley tylko wolniej. Sam nagrałem coś takiego w „Havana Moon”. Talking Heads, „Psychokiller”: Świetny funkowy numer, podoba mi się bas. Wokalista miał chyba straszną tremę. Wire, Joy Division: Więc to jest tak zwana nowa jakość. Słyszałem to już wcześniej. BB King i Muddy Waters grali takie jamy w starym amfiteatrze w Chicago.

 

Za każdym razem przyznaje, że wszyscy należą do rodziny, niemniej biznesowy instynkt każe mu w zabawny sposób umieścić konkurencję we właściwym miejscu. Cały Berry.

 

Rock and roll okazał się kręgosłupem muzyki rozrywkowej. Ale to był rock and roll na warunkach Chucka Berry. Jego granie naśladowali wszyscy, jego gitarowy styl wyparł całą konkurencję. Talent pozwolił mu zrealizować wizję, Chuck Berry swoją muzyką podbił cały świat. Inwazja wciąż trwa, jak zapowiedzieli członkowie rodziny płyta, którą nagrywał odo kilku lat zostanie wdana jeszcze w tym roku. Będzie nosiła tytuł” Chuck”.

 

karl

Wojciech Młynarski. Róbmy swoje

wm1

 

Pisanie w hołdzie Młynarskiemu to jak wspinanie się na Mount Everest ku czci Kukuczki. Niech mi jednak bezczelność pomoże choćby spróbować wyrazić to, co na temat pana Wojciecha zawsze miałem do powiedzenia.

 

Ubożejemy z każdym rokiem. Jeśli powojenną pustkę wypełniali nam ludzie wybitni, po 89. roku karta się odwróciła, dramatycznie brakuje Młynarskich, Holoubków, Kieślowskich czy Konwickich. Dziś coraz mniej w przestrzeni publicznej tych, którzy przyzwoicie wykonują swoją robotę, którzy nie odejdą od biurka, póki nie będą mieli przekonania, że po prostu lepiej się nie da.

W jednym z ostatnich wywiadów jakich udzielił Gazecie Wyborczej tak opowiadał o sobie:

Mam taką zasadę, że piosenkę piszę od końca. To znaczy wiem, jak się powinna rozpocząć, nie wiem, co będzie w środku, i wiem, że końcówka powinna wyskoczyć jak diabeł z pudełka. A sama robota jest żmudna i długa, o czym nie każdy dziś pamięta. Teksty różnych najmłodszych autorów nie sprawiają wrażenia, jakby były specjalnie domyślane, raczej nie są.

 

Tu wyjątkowo pozwolę się z Mistrzem nie zgodzić, myślę że zmieniłby zdanie gdyby wysłuchał co lepszych kawałków autorstwa Adama Zielińskiego, Pawła Sołtysa czy Katarzyny Nosowskiej. Zgodzić się jednak trzeba z tym, jakie miejsce w społeczeństwie dziś im przypisuje, nazywając malejącą grupkę ludzi podobnych do siebie marginesem.

A pan jakiej wolności chciał?

- Rozumnej.

To myślenie życzeniowe. Pan wymaga inteligencji.

- A czego ja mam wymagać, na litość boską?!

Ja się opieram na autorytetach, myślę o takich ludziach jak Stefan Kisielewski, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń… Na tym opieram moją tradycję.

 

Ale wyróżniał go nie tylko rozum, ale też serce:

 

 

- Zawsze starałem się w swoich tekstach nikogo nie chłostać, nikomu nie dokopywać, tylko próbowałem zrozumieć. Najwyżej czasem zażartować, po prostu tak mam rękę ułożoną.

 

Jak wytrawny giełdowy makler nie stawiał na jedną inwestycję, dywersyfikował swój koszyk na ile to było możliwe. Zaczęło się od kabaretu, ale wkrótce pojawił się teatr, telewizyjne seriale, zamówienia od największych polskich piosenkarzy, aż zatrzymał się Młynarski na operach i musicalach. Sam również lubił wyśpiewywać swoje teksty, nagrał 16 autorskich albumów. Dziś człowiek nigdy nie wie, kiedy w rozmowie wtrąci coś z Młynarskiego.

Skąd wziął się Młynarski? Otóż takiego jakiego znamy go dziś stworzyła go ciekawość świata, w którym odnalazł podobnych do siebie, którzy władali słowem zręczniej niż muszkieterowie z powieści Dumasa. Co na ten temat mówił w wywiadzie?

 

- Miałem szczęście mieć do czynienia z rzeczywiście ważnymi poetami piosenki, jakimi byli Brassens i Brel z terenu francuskiego czy Okudżawa i Wysocki z rosyjskiego. Piękne teksty pisali też Dylan i Cohen. 

 

 

 

Wrodzony optymizm kazał mu również odpowiednio przygotować się na to, co nieuchronne:

 

- Napisałem niedawno wierszyk, w którym poruszam te sprawy, o których mówimy, a ma on sens mniej więcej taki: wiem świetnie, że mam jeszcze do zagrania skecz z partnerką. Ona wie, jak ja wyglądam, ja nie mam pojęcia, jak wygląda ona. Ale wiem dokładnie, jak ona zagra swoją rolę, natomiast nie wiem, jak ja zagram. Wiem tylko jedno, że chciałbym bardzo, żeby z jakichś powodów ona tej roli nie dograła. Wtedy krzyknę za nią na klatce: „Zapomniała pani kosy!”.

 

Puenta więc może być tylko jedna, bo choć go już nie ma, to jednak wciąż jest:

 

Do przodu żyj, żyj kolorowo! Czego i państwu życzę.

 

karl