St. Vincent, czyli komunizm po amerykańsku

st

 

 

Miało być o Annie Clark która naśladuje Hendrixa, ale obrazki które zobaczyłem skierowały moje myśli w nieco innym kierunku. Baseball i amerykański football to najgłupsze sporty świata, to wiadomo nie od dziś, nie przyszło mi jednak do głowy, że w dodatku czerpią z najlepszych wzorców ZSRR. NFL… maluje trawę.

Ten system musi upaść, teraz i zaraz.

 

 

karl

Lucy Dacus, czyli dwa oblicza telewizji

lucydacus

 

 

Lucy Dacus wystąpiła po raz pierwszy w karierze w ogólnokrajowej telewizji, w programie CBS This Morning, czyli po naszemu Dzień Dobry CBS. W sumie żadne wielkie wydarzenie, chociaż to jedno z muzycznych odkryć tego roku za oceanem, w amerykańskiej telewizji można natknąć się na każdy gatunek muzyki, również formacje alternatywne. Nabiera ów występ jednak innego sensu, kiedy spojrzymy na to, co proponują telewizje w Polsce. Trudno ująć słowami, jaką kichę walą nam za nasze piniondze w publicznej, o tandecie lejącej się z kanałów Solorza i Waltera wspominać nie ma co. Całą sprawę najłatwiej będzie przedstawić na przykładach:

 

 

 

 

i mój ulubiony przykład, Pectus śpiewa poezję Karola Wojtyły. Trudno o większe kurwy:

 

 

O podsumowanie poprosimy zespół muzyczno-wokalny Drużyna Problem:

 

 

 

karl

Letnie przeboje 2

Vista-Chino

 

 

Lato, lato, lato czeka razem z latem czeka rzeka. I znów sierpień, znów piękna pogoda i znów dylemat czego słuchać w te piękne dni. Good Life przychodzi z pomocą i prezentuje letnie przeboje dla zaawansowanych. Na początek Bjork, ale wcale nie z Islandii. Lata lecą a Dawna załoga Kyussa wciąż rządzi w gitarowym świecie. Miłych wrażeń i do zobaczenia na szlaku życzy redakcja.

 

 

 

karl

 

Warsaw Afrobeat Orchestra

 

 

0004866845_10

 

 

 

Warszawa aspiruje do miana liczącej się europejskiej stolicy, pręży muskuły i kupuje sobie kolejne globalne atrybuty światowości. Ma już Warszawa makdonalda, ma Hard Rock Cafe, ma też palmę. Naturalnym krokiem było powołanie do życia Afrobeat Orkiestry. Mają takie cudeńko w każdej większej stolicy, ma i Warszawa. Na razie afrobeat i polski afrobeat dzieli dystans mniej więcej taki jak Warszawę i Lagos, ale nasi się nie zrażają. Bo tak na prawdę grają bardzo fajnie, tyle, że nie jest to żaden afrobeat, bo puls tu jak u Stevena Hawkinga a wszystko brzmi jak skrzyżowanie reggae i ludowszczyzny, ale to właśnie jest tu urokiem. Nie ma się co poddawać, muzyka jest językiem wszechświata jak śpiewał klasyk, i jeśli tylko jest dobra, zawsze się obroni.

 

Ażeby zobrazować różnicę, poniżej kilka przykładów ze świata:

 

 

 

 

 

 

 

 

karl

NOWOŚCI | Neil Young – Earth

neilyoungearth2750

 

Całkiem niedawno  kilkaset tysięcy ludzi ze wszystkich zakątków świata przeniosło się z Kostrzyna do Bethel w stanie Nowy Jork na farmę Maxa Yasgura sprzed 57 laty. Rytuał odtwarzania tego, co zdarzyło się w Woodstock to wciąż żywa tradycja i wcale nie polska specjalność. Zbliżający się wielkimi krokami Desert Trip to może być ostatnia okazja, by na jednej scenie spotkać wszystkich tych, którzy tworzyli współczesną popkulturę.

Podczas dwóch październikowych weekendów na terenie Empire Polo Filed w Indio w Kalifornii, w tym samym miejscu gdzie w kwietniu odbywa się Coachella na jednej scenie spotkają się Stonesi, McCartney, Dylan, Roger Waters i The Who. Nie zabraknie też Neila Younga, który miał szczęście wystąpić na legendarnym festiwalu razem z Crosby, Stills, Nash and Young, choć olał pierwszy, akustyczny set. Woodstock miał być szczytowym wydarzeniem kończącym epokę flower power,  okazał się po latach wybuchem bomby atomowej, którego echa słyszalne są do dziś. W październiku wybrzmi ostatni być może akord tej opowieści.

Można mówić o zamknięciu epoki nie tylko w symbolicznym wymiarze, muzyka rockowa staje się odchodzącym do przeszłości rzemiosłem. Krawiec, szewc, kowal, buntownik z gitarą powoli stają się reliktem przeszłości w obliczu braku zainteresowania kolejnego pokolenia kontynuowaniem tradycji. Stajemy w obliczu pożegnań (Lemmy, Joe Cocker), podsumowań (Bowie, Iggy Pop), o narodzinach Nowego ani widu, ani słychu. Neil Young również nagrał swoistą syntezę swojej kariery, muzyczne credo, hymn na temat Ziemi i Człowieka. Czemu w ogóle warto wspominać o podstarzałym gwiazdorze, który od lat powtarza zgrane patenty?

 

Bo to wciąż wytchnienie od coraz bardziej przerażającej współczesnej muzyki pop, zupełnie pozbawionej osobistego charakteru, za to coraz mocniej podlanej niestrawnym plastikiem. Neil Young warzy organiczne dania z podręcznika slow food, oferuje ucztę w stylu slow life. Ale zaraz zaraz, oprócz mainstreamu jest też scena niezależna, która oferuje oryginalne brzmienie, prawda? Oryginalne w porównaniu do współczesności, indie rock mniej lub bardziej świadomie spogląda w przeszłość, do Buffalo Springfield, do czasów Woodstock, Bitelsów, Black Sabbath, jam bandów i rocka psychodelicznego. A Neil Young przynosi tamtą muzykę osobiście, wydestylowaną w trakcie pięciu dekad grania i przyglądania się światu.

 

 

Z pozoru „Earth” to płyta nieatrakcyjna, uwspółcześnione hippisowskie granie rozciągnięte do granic wytrzymałości słuchacza. Ale jeśli uzbroić się w cierpliwość i przesłuchać tego dwupłytowego albumu w całości, z pewnością nie ma tam monotonii, skrzy się oryginalnymi pomysłami, co chwila zmienia ton, a gitara Younga jęczy i krzyczy z zaciekłością młokosa. To zasługa młodej krwi w zespole, od kilku lat liderowi towarzyszy Promise of the Real, znany wcześniej jako Lukas Nelson and Promise of the Real. Lukas i Micah, który również dołączył do nowej formacji to synowie Williego Nelsona, legendy amerykańskiej muzyki. Lukas jako dziecko nazywał Younga wujkiem, to płyta na swój sposób rodzinna, co jeszcze bardziej oddala ją od współczesnego, zdehumanizowanego show biznesu.

 

 

Young trwa w swojej postawie nieugięcie od ponad pół wieku, dlatego trudno dostrzec jakiekolwiek różnice między kolejnymi płytami, stosuje autocytaty które idealnie wkomponowują się w charakter nowych nagrań. Tu powraca zarówno do poprzedniej „Monsanto Years” jak i do „After The Gold Rush”, jednej z najważniejszych płyt z początku kariery i trudno mówić o dysonansie. Chcę żebyście brzmieli jak egipscy niewolnicy – powolnie, ciężko i wiecznie - mówił do swoich przyjaciół z Crazy Horse. Zdaje się wciąż pamiętać te słowa, to z pewnością jeden z powodów, dlaczego ta płyta jest tak dobra. Powtarzany w nieskończoność motyw musi odciskać piętno na naszej podświadomości. Ale nie ma też mowy o monotonii. Motywy przenikają się, narastają obudowywane są w dodatkowe ornamenty i w efekcie mamy do czynienia z konstrukcjami niczym Taj Mahal czy gotyckie katedry. Oryginalnym pomysłem aranżacyjnym są odgłosy natury i zgiełku miasta pomiędzy utworami. Young nie tylko maluje sugestywne obrazy, w dodatku wciska je w ozdobne ramy.

 

 

To ostatni z artystów, którego moglibyśmy posądzić o odcinanie kuponów, jakby cierpiał na fobię przed powtórzeniem. Nie wiem czy psychologia zna taką jednostkę chorobową, jeśli nie to Young stanowi doskonały obiekt badań. Trudno doszukać się dwóch kolejnych płyt które nagrałby z tym samym składem. Jeśli ostatnio ustatkował się co do repertuaru, to przez większość kariery meandrował niemiłosiernie, przeskakując od akustycznych nagrywanych solo płyt folkowych do gitarowego zgiełku w czasach wybuchu punka żeby za chwilę nagrać muzykę syntezatorów po usłyszeniu Kraftwerk. Jeden z czterech amerykańskich bardów wciąż przed czymś ucieka i wciąż coś goni, wciąż burzy i buduje od nowa, nie pozwala na zamknięcie własnego dorobku w jednym zdaniu. Zbudowany ze skrajności jak chyba żaden inny z bohaterów zbiorowej wyobraźni. Z jednej strony miał skubany szczęście debiutować w czasach, kiedy spotkanie przyszłej legendy i założenie z nim zespołu było co najwyżej kwestią czasu. Kalifornia drugiej połowy lat 60. to raj dla kogoś kto chciał śpiewać i grac na gitarze. Jednocześnie w początkach kariery cierpiał na liczne ataki padaczki, nawet w trakcie występów. Pierwszy syn urodził się porażeniem nerwowym. Nie zrażając się Young zdecydował się na drugie dziecko i sytuacją się powtórzyła. Uosobienie łagodności i poszanowania dla drugiego człowieka w kwestii kobiet jest jednak typowym rokendrolowcem. Ma za sobą trzy dłuższe związki, kilka romansów, od niedawna widywany jest w towarzystwie samej Daryl Hannah. Również jego stosunek do natury jest dość enigmatyczny – z jednej strony od lat zaciekle zwalcza wielkich trucicieli jak Chevron, Exxon czy Monsanto, z drugiej pozostaje jednym z największych kolekcjonerów amerykańskich klasyków z silnikami V8 czy V10 pod maską. Potrafi działać też z rozmachem. Moja ulubiona legenda (potwierdzona przez samego zainteresowanego podczas wywiadu dla Huffington Post przy okazji promocji „Earth”) to ta, kiedy Graham Nash wpadł z wizytą na farmę Younga pod San Francisco. Zapytany czy chce wysłuchać nowego materiału oczywiście wyraził zainteresowanie. Więc wsiadaj do łodzi - rzucił Young. Nash był pewien, że będą słuchać nagrań z magnetofonu, przy użyciu słuchawek. Ale kiedy znaleźli się na środku jeziora okazało się, że Neil miał inny pomysł. Stodoła, a dokładnie zamontowany w niej potężny system dźwiękowy robiła za lewy głośnik, dom za prawy. Kiedy stojący na brzegu Elliot Mazer, realizator dźwięku krzyknął do Younga: No i jak? Ten miał odpowiedzieć: Więcej stodoły!

Z rokendrolem nie zamierza rozstawać się nigdy, nie w głowie mu żadne emerytury, wręcz przeciwnie, im starszy tym więcej płyt nagrywa z kolejnymi formacjami. A tych miał Neil parę. Nagrywał z 10 zespołami, rzadko jednak dwie płyty z rzędu. Nagrywał płyty dość spontanicznie, z muzykami, którzy akurat byli w pobliżu. Zawsze jednak miał rękę na pulsie. Kiedy wybucha puk rock, Young składa hołd Johnny’emu Rottenowi. Kiedy na początku lat 80 pojawia się muzyka elektroniczna nagrywa Trans, własną wariację na temat muzyki Kraftwerk. To była zresztą złośliwość w kierunku Davida Geffena, właściciela wytwórni płytowej, który widział w nim jedynie kurę znoszącą złote jaja. Young bawił się z nim niemiłosiernie, nagrywając coraz bardziej kuriozalne płyty które nie miały żadnych szans na ujrzenie światła dziennego, w końcu Geffen wytoczył mu proces o nagrywanie płyt niezgodnych z charakterem jego dotychczasowej twórczości. Young wytoczył kontrproces, w końcu Geffen dął sobie spokój i Neil mógł w spokoju prowadzić krucjatę przeciw korporacjom i wrogom Matki Ziemi. Prawdziwy renesans nadszedł jednak kilka lat później, kiedy stolicą muzycznego świata stało się Seattle.

Nikt nie nadawał się na mentora dla dzieciaków, które wyciągały z piwnic zakurzone brzmienia rzężącej muzyki gitarowej lepiej niż on. W latach 70. nagrywał garage rocka, dokładnie takiego jak grało się w Seattle pod koniec lat 80. W 1991 Neil Young wyruszył w trasę liczącą 53 przystanki, chcąc wrócić do korzeni i zagrać soczystego rock and rolla który będzie wybrzmiewał i rzęził w największych salach Ameryki. W tym czasie wybuchł grunge, tworzony prze zespoły które jeździły na trasę z Youngiem – Sonic Youth, Mookie Blaylock przemianowany na Pearl Jam i Nirvana. Young został mianowany ojcem chrzestnym grunge’u, co uczcił nagrywając „Mirrorball”, świetną płytę z muzykami Pearl Jam. Przez następne dwie dekady nieustannie nagrywał i koncertował, nie robiąc nawet najmniejszej przerwy. Jeśli jest jeszcze gdzieś na świecie kilka żywych pomników rokendrola, Neil jest najbardziej przewrotnym, najprawdziwszym z nich.

 

Na koniec jeszcze jeden powód, dla którego „Earth” warta jest wysłuchania. W tym samym czasie, kiedy smakowałem Younga słuchałem też Xeni Rubinos a swój nowy singiel wydał Taco Hemingway. Ciężko o większe skrajności niż ci dwaj panowie, którzy chodzą w różnych kategoriach. Pan Taco, znany bliżej od dwóch lat to sprinter, łamiący nieustannie rytm, Young to długodystansowiec na scenie od ponad pół wieku z transowymi numerami potrafiącymi trwać nawet pół godziny. Rodzimy raper to piewca życia w mieście, Young zdobyczami cywilizacji raczej gardzi, od lat walczy o większy szacunek dla natury. Taco wozi się metrem, Young to kolekcjoner zabytkowych amerykańskich aut o pojemnościach potrafiących zatrwożyć rodzimych miłośników domowego tuningu. Young i jemu podobni właśnie dlatego są nam potrzebni, żeby nie zabrakło żadnego z odcieni na palecie, żeby mógł się domknąć muzyczny horyzont. W końcu siłą sztuki jest jej fantazja i różnorodność, im większe przeciwieństwa tym lepiej. W końcu nie da się samemu bujać na huśtawce.

 

karl

Bitelsi mówią Goodbye

28

 

 

Występ miał rzekomo reżyserować syn Orsona Wellesa, panowie nosili płaszcze swoich żon a mikrofony przykryte były damskimi rajstopami. W tym celu Alan Parsons wybrał się do sklepu i rzucił do ekspedientki – poproszę trzy pary damskich rajstop, nieważne w jakim rozmiarze. Myślała że jestem rabusiem albo transwestytą – opowiadał po latach.

 

Te i więcej ciekawostek można przeczytać w artykule Rolling Stone’a z okazji rocznicy słynnego występu.

 

karl

na dachu

Kye2

 

 

Był sobie Kye. Kye mieszkał w Sydney i grał na perkusji. Kiedy już stało się jasne, że bębny i blachy odwzajemniają jego uczucie postanowił zmierzyć się z gigantami i zaczął grać drum covery. Nie ograniczał się jednak (jak to robią przeciętniacy) do jednego utworu, nazywał to 5 Minute Drum Chronologies – numer po numerze odegrane partie perkusji ze wszystkich płyt w kolejności chronologicznej. Kiedy przyszedł czas na Bitelsów Kye zrozumiał, że nie może nagrać kolejnego wideo z salki prób. Za inspirację posłużył pożegnalny koncert Bitelsów na dachu Apple Corps. Występ z widokiem na morze nagrywany przez pięć kamer udowadnia nie tylko geniusz Fab Four, to fakt oczywisty, ale też klasę Ringo Starra, co często jest podważane. Często traktowany jako doklejony do zespołu zgrywus, bo lubili go koledzy na powyższym nagraniu doczekał się zasłużonej nobilitacji. Różnorodność partii granych przez Ringo mocno rzuca się w oczy właśnie kiedy wszystkie piosenki zostały zagrane jedna po drugiej. A Kye? Zaskoczy nas jeszcze nie raz.

 

karl

NOWOŚCI | Julia Pietrucha – Parsley

24-thickbox_default

 

Już nie tylko Egipt czy Turcja, Polacy za kierunek podróży coraz częściej obierają Wietnam, Laos, Filipiny czy Indonezję. Julia Pietrucha, nowa seksbomba polskiego kina spędziła w Azji sześć miesięcy, oglądała z motocykla zapierające dech w piersiach widoki, przeżywała monsunowe ulewy i tropikalne upały. A w wolnych chwilach grała na ukulele. Fakt, że to instrument z pozoru niepozorny, dźwiękowo nie wywołujący gęsiej skórki, w żadnym razie nie odbiera przyjemności z oglądania filmów licznie opublikowanych na YT przez naszą bohaterkę ze sobą w roli głównej. Kto wie, być może znajdą się tacy, którym nawet muzyka przypadnie do gustu, być może nawet kupią płytę.

 

 

 

 

Świat nigdy nie był sprawiedliwy. Jedni latami wycierają sceny podrzędnych klubów by przy odrobinie szczęścia doczekać się małej wzmianki na 17. stronie. Za to wystarczy być uroczą blondynką i nagrać parę utworów na ukulele, a liczniki na YT kręcą się jak szalone, telewizje śniadaniowe nie przestają wysyłać zaproszeń. Z ledwie kilkuletnim opóźnieniem również u nas zjawisko śpiewających aktorek stało się powszechne, od Katarzyny Żak, przez Stanisławę Celińską po Marię Peszek – do wyboru, do koloru. Nie ukrywa nasza bohaterka swojej słabości do Domowych Melodii i to bardzo dobrze. Dobrych wzorców nie należy się wstydzić, to zespół dobry, jak na nasze warunki może nawet wybitny. Być może na tej relacji fan – idol warto się skupić bardziej, jedną Julię już mamy, jak twierdzą poniektórzy krytycy – utalentowaną, obok Melodii można by posłuchać też na przykład takiej Wandy Kwietniewskiej. A skoro już o najsłynniejszym przypadku Marii Peszek mowa, to z całą pewnością Pietrucha wypada zdecydowanie mniej pretensjonalnie, a już z cała pewnością lepiej wypada przed kamerą. To w zasadzie główny powód dla którego drogi czytelniku czytasz ten tekst. Piękna słowianka wśród wschodów i zachodów azjatyckiego słońca nieustannie walczy z przeciwnościami losu, bez przerwy jednak uśmiechając się zalotnie do kamery. A kiedy już dociera do jakiejś oazy cywilizacji, z rozwianym włosem i nogami do samej ziemi nie przestaje czarować widza. No po prostu oczu oderwać nie można, można za to cicho przekląć, że najlepsze nasze rodaczki trafiają do jakichś Anglików czy innych Szkotów. Ale to może nasza, nie ich wina?

 

 

 

 

Nie wróżę jej jednak zawrotnej kariery. W Polsce żeby zostać polubionym i docenionym musisz być biedny, brzydki i musisz cierpieć. A nawet cierpieć musisz w zimnej wilgotnej piwnicy. Maria cierpiąca w hamaku w Bangkoku wywołała u nas swego czasu niemały skandal. Tymczasem Pietrucha w audiowizualnym projekcie podróżuje przez najpiękniejsze zakątki świata, bez przerwy się uśmiecha, czerpie z życia garściami i bezczelnie okazuje swoją radość. To się nie przyjmie. Ja mimo to chciałbym podziękować Julii za to, że postanowiła podzielić się z nami wrażeniami z podróży, to bardzo ładny album, pomijając nawet piosenki.

 

karl

Ísland, Mon Amour!

image

 

W trakcie tych 90 minut na naszych oczach pisała się historia piłki nożnej. 300-tysięczny kraj pasterzy i rybaków pokonał drużynę wynalazców futbolu. Na co dzień listonosze, informatycy i nauczyciele po godzinach zakładają korki i grają dla zabawy. A potem jadą na Euro i przechodzą do ćwierćfinału. Co zabawne, Islandczycy wychowywali się, oglądając ligę angielską. Kibicowali drużynom Premier League traktując je jak swoje. Aż dziś sami wbili im dwa gole w nieco ponad 10 minut i na zimno wyrzucili ich z turnieju. Islandia to kraj wyjątkowy. W przeciwieństwie do tzw. cywilizowanego świata tam bez skrupułów posadzono 26 bankierów odpowiedzialnych za krach z 2008 roku, a przy okazji wyrzucono z kraju przybytki McDonalda. To się nazywa szeroki gest! Dziś w nagrodę są ulubioną drużyną Europy, jest więcej niż pewne, że niedługo będzie można o nich zobaczyć film. A dla mnie osobiście Islandia trafiła właśnie na pierwsze miejsce wśród wymarzonych kierunków podróży.

 

Anglia? Od dziesięcioleci najbardziej przereklamowana drużyna narodowa na świecie. Regularnie na wielkich turniejach wychodzą z grupy. I tyle. Na co dzień grając z najlepszymi piłkarzami na świecie pod okiem największych wizjonerów światowej piłki w reprezentacji nagle cofają się w rozwoju. Oglądając drużynę Hodgsona można było przenieść się w czasie do 1966 roku, od tamtej pory wyspiarski futbol nie ewoluował nawet o krok, Dreptanie w środku pola i dalekie piłki na napastników. A tam Harry Kane, wybitny snajper Tottenhamu i pośmiewisko na Euro. Wpuszczony na ostatnie minuty Rashford to powiew nadziei. ale na pewno już nie pod okiem Hodgsona.
PS. Zgadnijcie jaka jest największa grupa etniczna po Islandczykach na Islandii? Właśnie tak…

 

karl

The Cult – Hidden City

the cult

 

The Cult czas muzycznych eksperymentów zdaje się mieć za sobą. Od trzech albumów ustatkowali się stylistycznie, sami zresztą przyznają że „Hidden City” to zamknięcie tryptyku, wraz z  poprzednimi „Born Into This” i „Choise Of Weapon”. Z tych trzech ostatnich płyt ta jest może najsłabsza, z pewnością nierówna. Ale już same cztery singlowe numery przejeżdżają po słuchaczu jak walec. Role rozdzielone są demokratycznie. W otwierającym Dark Energy wita nas perkusja, w Hinterland grożny bas, GOAT  i „Deeply Orderd Chaos” rozpoczynają się dźwiękami Gretscha Duffy’ego. W końcu jednak górę bierze potężny mimo upływu lat głos Astbury’ego. Są i skrojone pod stadiony refreny, stopniowanie napięcia i świetne harmonie. To może najbardziej klasyczny hard rock jaki możemy sobie wyobrazić. I dlatego wyrwany ze współczesnego mainstreamu tzw. muzyki młody, wykształcony z wielkiego środka rurkowiec, miłośnik starbunia tej płyty raczej nie doceni. Z prostego powodu – on jej po prostu nie zrozumie.  Bo potrzeba choć minimalnej znajomości historii muzyki rozrywkowej, żeby docenić rzemiosło zespołu, kiedy po raz kolejny buduje serię zrównoważonych, ciężkich i melodyjnych jednocześnie kompozycji, a może jeszcze bardziej brzmienia, które w XXI wieku można uznać za gatunek wymierający. Produkcja Boba Rocka to sam w sobie argument za sięgnięciem po płytę. Doskonałe rozłożenie akcentów, świetna sekcja, przede wszystkim jednak Billy Duffy i jego nieśmiertelny Gretsch to wizytówka nie tylko zespołu, ale muzyki gitarowej w ogóle. Po ponad trzech dekadach na scenie doskonale znają wszystkie największe rockowe sztuczki i nie wahają się ze swojej wiedzy skorzystać. To Powrót Do Przyszłości z czasów, kiedy muzyka nie tylko miała odpowiedni sznyt, ale jeszcze ważyła. Jej waga wyrażana była siłą przyciągania między zespołem a fanem, Niczym Ziemia i Księżyc w wiecznej komitywie. Zespół który w mizerii lat 80. jako jeden z nielicznych robił różnicę dziś może trafić jedynie do tych, którzy nie traktują muzyki jako produktu który się kupuje, częściej bierze za darmo,  zużywa i wyrzuca.

 

karl