NOWOŚCI | Oh Sees – Orc

oh sees

 

Wszystko mi się ostatnio kojarzy. Słyszę muzykę, a przed oczami wyświetla mi się film. Queens of the Stone Age na przykład nagrali idealną ścieżkę do Blade Runnera, ale trochę się spóźnili i fuchę podebrało im trzech panów w różnym wieku. „Orc” to idealne tło dla Diuny. Dennis Villneuve wciąż jeszcze nie skompletował ekipy, jeśli to czytasz Dennis, Oh Sees to twoi ludzie.

 

Nowa płyta to okazja do świętowania 20-lecia zespołu, choć czy to na pewno wciąż ten sam zespół? Własnie szósty raz zmienili nazwę, nie mogąc zdecydować się między Orinoka Crash Suite a Orange County Sound, postawili na akronim który jak na razie wyewoluował do Oh Sees.

 

Jeśli nie ma pewności co do nazwy, to z pewnością wiedzą, kto jest, czy może raczej kto powinien być ich słuchaczem. To nie jest popowa formacja, opowiadająca w wywiadach że ich muzyka jest dla każdego. Płyta skrzy się od  kompozycyjnych perełek, ale na wszelki wypadek postanowili rozpocząć noise’owym „The Static God”. Tak, żeby jacyś leszcze się nie przyczepili. Skoro już wiemy, że nie szukają masowej publiczności, zajrzyjmy głębiej. A tam już kryje się kalejdoskop stylów.  Z rocka progresywnego wskakujemy na Nową Falę po czym przechodzimy do metalowej suity która wywołała skojarzenia ze wspomnianą Herbertowska „Diuną”, żeby na wysokości „Caver Dog” odlecieć przy psychodelicznym blues rocku, a chwilę potem poderwać się na równe nogi  do „Cooling Tower”, zadziornego jazz rocka w stylu Colosseum. San Francisco w dowodzie zobowiązuje.

 

Sporo można dziś znaleźć głosów nostalgii za latami 90. Przyjęło się, że to ostatnia dekada z dobrą muzą. To teza równie prawdziwa co fałszywa; tak, wtedy można było usłyszeć świetnie piszących artystów w mainstreamie,w radiu czy telewizji i nie, piszący świetne numery artyści nie przestali się rodzić w latach 60, tyle że teraz trzeba się naszukać, dziś pierwsza zasada mediów mówi: im lepsza muzyka tym lepiej ukryta. Nie wiem jak głęboko pod ziemią spoczywa Orc, ale to czyste muzyczne złoto.

 

karl

NOWOŚCI | The Garden

the garden

 

Wyatt i Fletcher Shearsowie, bliżniacy z Orange County w Kalifornii postanowili na nowo wynaleźć koło. Na razie idzie im całkiem nieźle.

 

 

Jeśli hasło „Punk’s Not Dead” można jeszcze traktować na serio, choć jak wszyscy doskonale wiemy punk umarł w 79. roku, to tylko wtedy, kiedy następuje zaćmienie słońca a Ziemię mija kometa. Czyli wtedy, kiedy świat odkrywa takie zespoły. Kiedy Johnny Rotten debiutował z PiL, krytycy, a już szczególnie punkowe załogi wygrażały pięściami wykrzykując że punk umarł. Ale jeśli miał żyć,  musiał uczyć się ciągle nowego języka. Języka nowych czasów. The Garden to punk lat 2010-tych, punk ubrany w synth popowy błyszczący garnitur, dokładnie taki jaki bracia noszą w obrazku do „Call This # Now”. Czasem zapuszczą się w rejony znane fanom The Prodigy, ale prędzej czy później pojawia się taki „Make Yer Mark” z tegorocznej EP-ki „U Want The Scoop” – soczysty punk zagrany na basie i perkusji. W deklaracji programowej ogłaszają że powołują nowy styl, „ideę, która reprezentuje czystą ekspresję twórczą, i która lekceważy wszystkie wcześniej wypracowane gatunki i ideały”. Nazywa się vada vada.

 

To tylko EP-ka, a jak wiadomo prawo nie pozwala umieszczać ich na listach najlepszych płyt roku, ale niech każdy kto czyta te słowa wie, że oto artyści na dziś. Postmodernizm, muzyczny patchwork, kolaż i remix, czyli tworzenie kultury ze ścinków to ostatni krzyk sztuki, na dziś zdaje się jedynym sposobem na zaistnienie wśród  oceanu retro epigonów. To tak na razie, być może żyjemy w przededniu rewolucji, w końcu jak śpiewał Gintrowski:

 

„Radio Taxi proszę czekać, zaczekamy coś być musi do cholery z zakrętem”.

 

karl

NOWOŚCI | Macaco Bong – Deixa Quieto

macaco

 

„Nevermind” Nirvany był taranem wyłamującym drzwi do szołbiznesu muzyce, która była szczerym krzykiem pokolenia baby boomers. Nirvana nie była jedyną załogą potrafiącą grać rocka w Seattle, ale to oni okazali się Wałęsą grunge’u. Rewolucji dokonał w pojedynkę jeden numer, nieśmiertelny „Smells like teen spirit”, hymn lat 90. i muzyki autorskiej w ogóle. Odcisnął na muzyce tak potężne piętno, że ćwierć wieku później wciąż jest odkrywany i odgrywany na nowo. Nie ma drugiego utworu, który stał by się obiektem takiej ilości coverów, przeróbek, mash-upów i reinterpretacji. Nic dziwnego, że Kurt nie wytrzymał całej sytuacji.

 

 

Macaco Bong to supertrio z brazylijskiego Mato Grosso. Mimo, iż grają muzykę instrumentalną zyskali całkiem spory fejm, a i krytycy nie szczędzili pochwał. Chwalił ich Rolling Stone, a lider i gitarzysta Bruno Kayapy trafił na listę 70 najlepszych brazylijskich instrumentalistów. W 2017 roku wzięli się za bary z monumentalnym dziełem muzyki gitarowej, ale nie podeszli do sprawy bezmyślnie. Autorski koncept na nagranie najnowszej płyty składa się z psychodelicznego rocka, tradycyjnej muzyki brazylijskiej i gry słów odmieniającej każdy tytuł oryginału, nie oszczędzili nawet samego Nevermind, który w ich wykonaniu stał się czymś w rodzaju Nervous mind. Powstała muzyka podwodna, podróż przez Atlantydę śladami antycznego grunge’u.

 

Trzeba pochwalić zespół za twórcze podejście, próby grania dzieł mistrzów zazwyczaj kończą się czołobitnymi hołdami, odgrywaniem nuta w nutę, co musi z pewnością cieszyć autorów którzy choć na chwilę weszli w buty swoich idoli, mniej publiczność, która zostaje potraktowana dźwiękami słyszanymi tysiące razy. Macaco Bong w oczywisty sposób składa hołd, ale to jednocześnie propozycja autorska, która doskonale broni się bez kontekstu oryginalnego dzieła. A truskawką na torcie niech będzie jegomość spoglądający z hipnotyzującej okładki.

Poławiacze pereł wciąż tu są.

 

karl

Janusz Głowacki. Antypolak w Nowym Jorku

głowa

 

Żaden sztylet nie wchodzi tak głęboko i brutalnie w ciało, jak dobrze postawiona kropka.

Janusz Głowacki

 

Niedawno zrobił nam kolejnego psikusa, jak to on. Tym razem jednak nikt się nie śmiał, bo odszedł człowiek z gatunku tych, których brakuje dziś bardziej.

Hedonista z krwi i kości, diablo inteligentny, od zawsze posługiwał się celną ripostą i ostrym piórem. Wszystkie te przymioty wykorzystywał z premedytacją, kiedy jednak spływały na niego zasłużone pochwały, lub równie często spadały gromy, głównie ze strony tych którzy zazdrościli przenikliwości oceny, lekkości frazy (powodzenia u płci przeciwnej nie wspominając), Głowacki do jednych i drugich podchodził za stoickim spokojem. Był zaprzeczeniem typowego polaka, „Mówił, jak jest”, zanim stało się to modne, nie pytał „Co z tą Polską”, od razu przechodził do odpowiedzi. Gorzko trafnej i przerażająco przytłaczającej. Robił to jednak z taką klasą, że nikomu nie przyszło do głowy się na nie go gniewać. Może z wyjątkiem paru tych, którym poderwał dziewczynę albo opisał tu i ówdzie tak, że nie było wątpliwości o kogo chodzi. Jego nie interesowała polska gorączka, niekończące się dyskusje za czy przeciw, żyć czy umierać. Bardziej interesowało go życie, najwspanialsza przygoda rozumiana pod każdą szerokością geograficzną niż wchodzenie po raz tysięczny do tej samej rzeki, czy może raczej kanału. Najlepiej było to można dostrzec w potyczkach z archetypem męczennika pamięci, ambasadorem polskiej narodowej traumy, Andrzejem Wajdą przy pracy nad scenariuszem filmu o Wałęsie. Kiedy Wajda myślał raczej i Iliadzie i Odeysei, Głowacki kombinował w stronę „Wściekłego Byka”. Reżyser widział Konrada na Mount Blanc, autor zaś spracowane ręce elektryka dobierające się do kuszącego ciała małżonki. Nie interesowały go legendy i mity, interesowało go życie.

Głowacki urodził się, by być obywatelem świata i osiągnął to pomimo panujących u nas mroków komunizmu. A być może paradoksalnie dzięki nim, żelazna kurtyna pobudzała wyobraźnię i wyostrzała zmysły, po naszej stronie chciało się po prostu bardziej. Nie miało jednak dla niego znaczenia po której stronie akurat się znajdował, bez wielkich planów na przyszłość, zawsze jednak pełen nadziei najpierw awansował z anonimowego polskiego felietonisty na jednego z najważniejszych piór młodego pokolenia, autora choćby „Rejsu” czy „Polowania na Muchy”, by za chwilę wykładać na Columbia University i zdobywać kolejne stopnie wtajemniczenia w nowojorskiej society. Pisał felietony dla New York Timesa i sztuki wystawiane w Stanach i Europie, ale na zawsze pozostał Januszem z Polski, od polskiego DNA nie udało się uciec nawet jemu.

 

karl

Dylan.pl – Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru

dyl

 

Nobody sings Dylan like Dylan” to było ulubione powiedzenie Roberta Leszczyńskiego, wielkiego fana. Trafnie definiuje fenomen Dylana, który przecież nie wyróżniał się ani wybitną grą na gitarze, ani aksamitnym głosem, a mimo to nieustannie obdarowuje się go wszelkimi możliwymi nagrodami, co ważniejsze jest dla milionów słuchaczy najważniejszym muzycznym punktem odniesienia. Dowodem choćby strona internetowa, która zbiera wszelkie możliwe multimedia z całego świata stanowiące hołd dla Mistrza pod tytułem… Nobody sings Dylan like Dylan. Fanom czasem nie wystarcza tylko słuchać, muszą uwielbienie udowodnić własnymi próbami wykonania songów Dylana. Zazwyczaj kończy się nie najlepiej.

Co sprawiło, że Zimmerman stał się Dylanem? Głónie fakt, że urodził się w Ameryce. Od najmłodszych lat nasiąkał amerykańską tradycją, głównie folkiem, także country, jazzem czy w końcu rockiem. Muzyka amerykańska, głównie w swoim czarnym korzeniu charakteryzuje się jednym – naturalnym, hipnotycznym pulsem. Trudno się go nauczyć, trzeba go wchłonąć całym sobą, przejąć od otoczenia. Tego przede wszystkim zabrakło na płycie Filipa Łobodzińskiego.

 

 

 

Żeby nie było że to jakaś osobista wycieczka, bardzo cenię Filipa, za jego erudycję, przemyślane komentarze, wreszcie świetny gust w doborze kultury, a więc i za miłość do Dylana. Ale na tej płycie coś nie wyszło, myślę że za bardzo się panowie starali oddać magię Dylana 1:1 przy okrojonych bądź co bądź możliwościach. Brakuje tu zarówno wspomnianego pulsu, amerykańskiego swingu, jak i gładkiej produkcji. Oryginalne produkcje brzmią tak potoczyście i gładko, że mogą służyć zamiast szala jesienna porą, zamiast kominka zimą. Tu wszystko brzmi kwadratowo, po polsku, na dwa, a produkcja bije po głowie, twardo i zupełnie nie po dylanowsku,  a’la americana.

Przeszkodziła nadmierna czołobitność, to bardziej hołd niż płyta z muzyką. Zdarzało się, że nasi artyści grali po dylanowsku z większą finezją, czasem nawet nie nazywając tego po imieniu. W 2005 roku Martyna Jakubowicz do spółki z mężem Andrzejem stworzyli kilkanaście coverów, które dało się słuchać z większą przyjemnością. Duch Dylana naturalnie wybrzmiewa też w solowej twórczości Pablopavo, im dalej tym bardziej jest dostrzegalny. Wystarczy choćby posłuchać „Dancingowej Piosenki miłosnej”, „Nie wiesz nic” czy „Soboty”.

 

Dylanów ci u nas dostatek, ale i tego przyjmiemy, jako że cały on ze szczerego serca i prawdy. po prostu następnym razem warto pamiętać, że „nobody sings Dylan like Dylan”.

 

karl

Nowe-stare na polskiej scenie

gallileous

 

Jeśli szukać bijącego serca polskiej muzyki, szczególnie jeśli mamy na myśli metal albo blues, trzeba jechać na Śląsk. Kiedy oba gatunki sprowadzały się w latach 80. do Polski rządzili TSA i KAT, Dżem i SBB. Jakiś czas później w Wodzisławiu Śląskim zaczęło pachnieć siarką i dudnić funeral doom metalem. To z mroków kopalni i dymów hut wyłonił się Gallileous. Przez ćwierć wieku utrzymywali kurs na powolne i ciężkie do nieprzytomności brzmienie, w końcu jednak przyszedł czas na odmianę. W składzie pojawiła się Ania Szczypior i zespół przeniósł się do Kalifornii. Może nie fizycznie, ale na pewno stylistycznie.

 

 

 

 

W rozmowach z mediami zaczęli opowiadać historie typu ” Kosmiczni Pielgrzymi eksplorują lata świetlne czasoprzestrzeni kontynuując kosmiczne wątki liryczne” co w kwestii najważniejszej, czyli tej dotyczącej brzmienia oznaczało fascynację pustynnym rockiem. I tu pojawia się blues, bo tak jak nie ma porządnego stonera bez metalu, tak nie ma i bez odrobiny bluesa. Fascynacja nie oznaczała tylko słuchania płyt i chodzenia na koncerty, odcisnęła mocny ślad podczas ostatniej wizyty w studiu. „Stereotrip”, płyta z 2016 roku trzyma krajowy poziom. Nie odkrywa (wbrew przechwałkom) nowych zakątków kosmosu, ale nóżką potupie każdy, kto wie co do dobre i dłużej posłucha kolejnych kawałków. Klasyczne autostradowe monotonne tempo, przeciągane dźwięki wokalisty, fuzz i delay podpięte pod gitary.

 

 

Coraz powszechniejsza jest konstatacja, że muzyka wydała już z siebie wszystko co miała najlepszego. Wszystko zostało już powiedziane, zaśpiewane i zagrane. Kres nastąpił dwadzieścia lat temu, dziś zarówno ci co słuchają, jak i ci co grają odkurzają stare płyty. Najlepiej grało się w latach 50, 60 i 70 i do grania z tamtych lat wraca cały świat (czy czuję że rymuję?). Wrócili też panowie i pani z Gallileous, do psychodelii i bluesa, do AC/DC i Motorhead. Nie ma wyjścia, trzeba szyć z tego co już było. Ale to paradoksalnie dobra wiadomość. Więcej dobrego – to powinno być nasze motto podczas rozmów na temat charakteru współczesnego grania.

 

karl

NOWOŚCI | Warsaw Afrobeat Orchestra – Man Is Enough

afro

 

Kiedy poprzednio pisałem o zespole, wspominałem coś o ludowszczyźnie i proszę, nowy album zaczyna się od ludowej przyśpiewki. Szybko jednak muzyka niesie nas do Lagos, Dakaru czy małej wioski gdzieś w Zachodniej Afryce.

Pisanie o tym zespole, że grają afrobeat nie byłoby oddawaniem rzeczywistości. Słychać że muzykę afrykańską, znają, lubią i szanują, ale też słuchają całej masy innych nagrań z całego świata. I dzięki Bogu, po co niby mieliby być festyniarską atrakcją typu Fela Kuti Tribute czy Tony Allen Trubute, skoro mogą zaoferować coś oryginalnego. I to robią, osobiście ustawiłbym metronom na trochę szybsze tempo, brakuje mi tu trochę szalonego afrykańskiego pulsu, wrzucenia wyższego biegu, ale co ja tam wiem. Mamy tu wszystko to, co tradycyjna muzyka ludowa powinna oferować, z jednej strony okazję do beztroskiej zabawy, z drugiej mistykę, która otwiera drzwi do podświadomości, uruchamia kanały komunikacji z Wszechświatem i Naturą.

Zdawałoby się że trudno o bardziej odległą inspirację dla przyzwyczajonych do prymitywnego rytmu „na dwa” Polaków. Ale Polacy nigdy oczywistych ścieżek nie wybierali, bo po co. Lata, lata temu mogliśmy obcować z rodzimą muzyką, która czerpała ze źródeł równie odległych i była równie prawdziwa, zapewne dlatego, że podobnie jak oni, my tęskniliśmy wtedy za wolnością. Rege, jakie grali Jafia Namuel, Bakshish, Gedeon Jerubaal  czy Tumbao było naszą odpowiedzią na jamajskie granie, odpowiedzi zresztą całkiem udaną. Dzisiejsze rege ma już całkiem komercyjny sznyt, za to możemy z przyjemnością posłuchać Warsaw Beat Orchestra. „Man Is Enough”, płyta do tańca i do różańca, to kolejny krok do globalnej wioski, przybliża Polskę do Afryki a Afrykę do Polski. Być może dziś zespól który jest jeszcze trochę „Niepoznany”, już niedługo będzie całkiem „Unstoppable”.

 

karl

Siostrzeńcy Kaczora

Środowisko pokazane w „Uchu Prezesa” jest dosyć paskudne. To albo osoby niespełna władz umysłowych, albo integralne kanalie.

 

Jacek Kurski

 

Obserwuję mojego siostrzeńca. Zbliża się do przełomowej chwili w życiu, pierwszych urodzin i coraz intensywniej poznaje świat. Najczęstszym sposobem jest chwytanie za klamki i uchwyty i sprawdzanie co jest za drzwiami, co kryją wszystkie szuflady w zasięgu wzroku. Energicznie rozrzuca całą zawartość, która w mgnieniu oka ląduje na ziemi. Opieka nad takim młodym człowiekiem sprowadza się więc głównie do sprzątania, większość czasu zajmuje mozolne układanie na powrót wszystkiego na swoje miejsce.

 

Siostrzeniec doskonale przypomina w swoim zachowaniu PiS. Wszyscy obserwujemy z rosnącą irytacją, co PiS-owi uda się popsuć przez cztery lata i co po ich nieudanych rządach trzeba będzie sprzątać. Z dnia na dzień jest tego coraz więcej, rosną koszty, tracimy czas, który moglibyśmy poświęcić na modernizację Polski. Tymczasem musimy znudzeni siedzieć i przyglądać się, jak PiS wysypuje wszystko z kolejnych szuflad. Ale czy rzeczywiście powinniśmy się dziwić? Na czele demolki stoi starszy pan jak żywo przypominający bobasa. Wielki brzuszek, małe tłuste rączki, króciutkie tłuste nóżki, nalana twarzyczka i kilka krzywych ząbków w buzi. Podobnie jak małe dziecko, nic nie potrafi sam zrobić, z wyjątkiem bumelowania przez rok w bibliotece nigdy nie pracował, nie ma samochodu, na nawet prawa jazdy, konta w banku, dziewczyny ani chłopaka, przez kilkadziesiąt lat mieszkał z mamusią, a dziś, żeby nic nie zbroił musi się nim opiekować nie jedna, ale kilka osób, kilku dorodnych panów, którzy chodzą za nim krok w krok i pilnują, żeby nie wyrżnął głową w krawężnik, nic nie zepsuł ani się niczym nie oparzył.

 

Niestety kiedy duzi panowie już ułożą Jareczka do snu i przykryją go kocykiem, ten przed zaśnięciem snuje plany, co by tu jeszcze… Co gorsza, wszystkie jego nianie rano wysłuchują bajań i pilnie wypełniają jego najdziksze plany. Dorośli siedzą i się temu z coraz mniejszym spokojem przyglądają, Ale mam wrażenie, że już niedługo wyciągną z szafy pas.

 

karl

NOWOŚCI | Kasia Lins

kasia-lins

 

Mejdżersi umierają ale wciąż nie chcą umrzeć. Ciągle walczą, cudem przyciągając takie zjawiska jak Kasia Lins. Na tle tego co od lat dostarcza branża, której słoń na ucho nadepnął, nowa dziewczyna od Universala od biedy daje się słuchać.

 

 

Ta bieda trwa już jakiś czas, a ja z przyzwyczajenia nie mam zupełnie pojęcia, czego tam się słucha w gimnazjach i na dyskotekach i za każdym razem muszę sprawdzać w internecie i na przykład teraz na topie są Lisowska, Margaret, Grzeszczak i Jula. Cudowne, jestem wstrząśnięty i zmieszany. Nic się nie zmieniło do lat 90, kiedy Big Cyc śpiewał nie ma na to żadnej rady, dziś śpiewają tyko baby. Kasia na tym tle wypada całkiem znośnie, w porównaniu do konkurencji to półka wyżej, w zasadzie kilka półek. Rzadko w Polsce dostajemy taką produkcję, taki smaczny aranż, smaczny, ciekawy i przystępny (i tylko na jakiś czas na London Grammar powinna dostać embargo). W końcu to Bors, który wciąż zdaje się rozwijać. Świetnie się też ogląda, bo nie wiem czy wiecie, ale dziś muzykę się ogląda (głównie na pewnej stronie na Y jak Yeti) i Kasia ma parę obrazków, które z przyjemnością się ogląda. Jednak wszystko na tym świecie składa się z treści i formy, a skoro forma już została omówiona – słowo o treści. Zahaczają o banał, niestety te piosenki o nieszczęśliwej miłości, było już takich w historii dwa i pół miliona.

 

 

Że Beyonce i Rihanna śpiewają głupiej? Ano śpiewają, ale ciągle mają w Polsce kilka razy więcej fanek niż Lins. I to powinno być wyzwaniem dla Kasi, żeby za parę lat sytuacja się odwróciła, czego wam, jej i sobie życzę.

 

karl

NOWOŚCI | Bownik i Swiernalis

swierbownik

 

Kiedy Kayax startował, polska dusza w myśl słowiańskiego optymizmu wskazała kciuk w dół – nie mają szans! Dziś, po piętnastu latach są hegemonem dumnego polskiego szołbizu. Bez stawiania na pewniaków i naśladowaniu trendów, za to często ryzykując, kierując się raczej wiarą w prawdziwy talent. Zazwyczaj wygrywali, Kayax był oknem na świat dla Marii Peszek, Kilijańskiego, Zakopower czy Skubasa, do tego dołączyli prawdziwi mistrzowie pokroju Heya, Urszuli Dudziak  czy Dyjaka, w poszukiwaniu nowego narybku ostatnio specjalizują się w elektronice. Zdarzało się, że dokonywali złych wyborów i tu dochodzimy do dwóch artystów.

 

 

Bownik, który kiedyś nazywał się Control The Weather to trzech błyskotliwych dżentelmenów którzy lubią żywe instrumenty równie mocno jak komputery i i z tego plotą brzmienie piosenek. Piszę piosenek, bo nie widać tam wyzwania rzuconego Dostojewskiemu,  wszystko raczej dla zabawy i chęci grania. Ale tu pojawia się największy problem, bo brzmienie raczej ubożuchne. Próbując obracać wszystko w żart nazywają swój rzekomo unikalny styl vegan disco i rzeczywiście, zdecydowanie brak tu mięcha. W aranżacji brakuje głębi, a przecież w elektronice teoretycznie można w nieskończoność dokładać kolejne ścieżki. Tymczasem tu bieda aż piszczy, a uboga forma nie może ponieść, być może w innych okolicznościach, nawet ciekawej treści.

 

 

Hiperpoprawność w języku jest błędem. W muzyce jest grzechem śmiertelnym, muzyka musi płynąć jak rzeka, a tu pan podaje tekst jakby obsługiwał młot pneumatyczny. Ta nadekspresyjna maniera lokuje go w modnym ostatnio nurcie płaczków. Nie wiem skąd się oni biorą, takie wychudzone hipsterstwo, które zawodzącym głosikiem wszem i wobec ogłasza, jak im źle, jak niedobrze. To samo w swoich songach mówili Okudżawa i Dylan, z tym że oni jednak nadawali im dodatkowy wymiar. Jak to robili wiedza tylko oni, Swiernalis jak dotąd tej wiedzy nie posiadł i dlatego jego twórczość jest równie fascynująca jak 28. expose Beaty Szydło.

 

karl