48h Films

48 Hour Film Project dotarł przed kilkoma laty do Polski. W manierze kapitalistycznych molochów mówi: masz 48 godzin i ani sekundy więcej, za dwa dni widzę gotowy film na biurku! 2880 minut od pomysłu do przemysłu. Bezdudszna maniera tak naprawdę wyświadcza sztuce i jej twórcom przysługę. Umiejętność skrótu, zwięzłość języka, podkreślenie węzłowych punktów przekazu to doskonałe ćwiczenie. Kapitalizm nie wygrywa ze sztuką, bo nie może wygrać, presja czyni ją twardszą, szlachetniejszą i prawdziwszą. Światła!!! Kamery!!! Akcja!!!

 

 

karl

Natalia Fiedorczuk – nie tylko Centra Handlowe

263_7cf093391

 

Natalia Fiedorczuk dostała właśnie Paszport Polityki za podobno świetną książkę „Jak pokochać centra handlowe”, która jak ostrzegają recenzenci-celebryci wcale nie jest poradnikiem. Nie wiem, jeszcze nie czytałem i wyjątkowo się nie wypowiem.

 

Za to od tygodni, kiedy nazwisko autorki i zdjęcie okładki prześladowało mnie w całym internecie zachodziłem w głowę, czy to ta sama Natalia Fiedorczuk którą znam. Zachodziłem, ale jakoś nie paliłem się do wyjaśnienia zagadki, fundując głowie zabawną niepewność ubarwiającą szarą egzystencję. Dokładnie jak z kuponem lotto, dopóki nie sprawdzisz, wciąż jesteś milionerem.

 

Intrygowała mnie ta Fiedorczuk, która oprócz „Jak pokochać…” popełniła też „Wynajęcie”, rzecz o estetycznym koszmarze polskiego rynku nieruchomości z drugiej ręki, bo z modnych nazwisk współczesnych pisarzy znam Masłowską i Twardocha, za to z muzycznego niezalu trochę więcej. I tak, to ta sama Fiedorczuk, którą znałem z powodu grania w paru ciekawych formacjach, a które to granie nie przyniosło jej większej popularności. Nie może to specjalnie dziwić, akurat muzyka niezależna znalazła się w podwójnej niszy, między gustem a dotacją. Z jednej strony nie ma szans na obecność w mainstreamowych mediach, bo „Polacy mają inny gust”, a a w dodatku jak twierdzi niejaki Kurski śruba będzie przykręcana jeszcze mocniej, teraz tylko disco polo. Z drugiej nie mają szans na bajeczne dotacje, jakie dostają filharmonie, opery i teatry które od lat grają za państwowe. Polski niezal gra w 100% za swoje, więc w tym kraju to nic innego jak dość drogie hobby. Wracając do Fiedorczuk to dość imponujące, ile ta niepozorna dziewczyna miała do powiedzenia w polskim undergroundzie XXI wieku. Sama ukrywając się pod pseudonimem Natalie and the Loners dokładała małą cegiełkę, oprócz tego jednak grywała z całkiem sporym wianuszkiem owego undergroundu gwiazd. Kiedy Aga Morawska zdezerterowała do USA, a Mariusz Szypura zatęsknił za dawnymi czasami stanęła nagle Natalia na czele Happy Pills, legendarnej swarzędzkiej formacji, piewców Pixies na polskiej ziemi. Miłośc do Pixies z resztą musiała byś ogromna, bo udziela się też okazjonalnie w Dixies, jedynym poważnym cover bandzie grającym repertuar Black Francisa. Ale wcale się tu zasługi nie kończą, śpiewała u Strachów, w zespole pl.otki, Orchid, Sublim, Port-Royal czy na ambitnym albumie Maćka Werka „Songs that make sense”, który jednak nie zyskał należnego fejmu. Z chłopakami z Mitch&Mitch i Dick 4 Dick grywa we frywolnej formacji Urlatori e Łobuzzi, która wykonuje włoskie przeboje z lat 60. Na koniec zostawiłem partnera i winowajcę Natalii dwojga nazwisk, Fiedorczuk – Cieślak. Maciej Cieślak stał za takimi wydarzeniami na polskiej scenie jak Ścianka, Lenny Valentino czy Kobiety, dziś razem z Natalią tworzą efemeryczny twór ^ znany też jako PTKCSS, a gdybyśmy szukali czegoś bardziej przystępnego, tak by wyjść w końcu z tego okropnego niezalu, mamy przyjemną akustyczną formację Cieślak i Księżniczki. Centra handlowe centrami handlowymi, ale nie zapominajmy, że Natalia to również skarb polskiej muzyki.

 

karl

Czy talent się dziedziczy?

cugowscy_prevka05

 

Polski szołbiznes wyróżnia się na wiele sposobów, jednak mało który dodaje mu blasku. Jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak polski szołbiznes, w swojej groteskowej postaci jest raczej żałosny niż śmieszny. Po drugie, to interes wybitnie rodzinny.

 

Historie znanych dzieci znanych rodziców bywają chwalebne i haniebne, nazwiska dopasujcie sami. Wzorem niepokornych dziennikarzy wyklętych moglibyśmy zabawić się w tropienie lepszego sortu artystów, ja do takich zabaw nie czuję się uprawniony, uważam że trudno winić aktora za to, że jego rodzic również aktorem był. Hollywood ma braci Bridges i braci Baldwin, klan Fondów, Goldie Hawn albo Lizę Minelli, muzyczna branża Nancy Sinatrę, synów Lennona, Zappy, Bonhama i Boba Marleya. Jest natomiast faktem, że u nas zjawisko to przyjęło niespotykaną skalę, jakbyśmy na wielkim kole „Wielkiej Gry” wciąż wyciągali tę samą kopertę. Nawet jeśli niektóre z gwiazd ostatecznie udowadniały talent, okazywały się postaciami znaczącymi czy wręcz wielkimi, to pod wpływem lokalnego klimatu często decydując się na ścieżkę kariery wybierali linię najmniejszego oporu. Dzieciństwo spędzone na planie filmowym, w radio czy wreszcie w magicznej telewizji czyniło z zawodu mamy czy taty jedyny znany wszechświat. Miało to jeszcze inny walor, lata spędzone w branży owocowały znajomością dziesiątek wujków i cioć, które potem spoglądały łaskawszym okiem, wspólnie spędzone wakacje w Sopocie czy Sylwester w Zakopanem były najlepszą rozmową kwalifikacyjną. Zamiast uciekać w nieznany, wrogi świat instynkt kazał dzieciom z nazwiskiem budować przyszłość tam, gdzie wszystko jest znane i przyjemne w dotyku. W rodzinie.

 

W muzyce znajdziemy najwięcej dzieci sławnych rodziców. Natalia i Eleonora, córki Czesława Niemena nie zdołały wydostać się z pola grawitacyjnego ojca, nie podpierają się nim jednak podczas bezproduktywnych występów w TVN czy Gali. Nazwisko Kisielewski kryło się w słynnym w latach 80. duecie Marek I Wacek. Riedel to nie tylko Ryszard, ale też Sebastian a Nalepa – Piotr, Natalia Kukulska i Ania Rusowicz mniej lub bardziej nawiązują w muzyce do tego, czym zajmowali się ich rodzice, mniej Maria Peszek, w ogóle KRUL Pikej. Bogusz Bilewski Jr gra muzykę elektroniczną, młody Młynarski wyjechał aż do Nowego Jorku, żeby nie być posądzany o rodzinne koneksje. Osobnym rozdziałem są rodzinne powiązania gwiazd debiutujących w latach 80. To choćby Bartek i Piotrek Waglewscy, Sara Brylewska, której ojciec popularyzował w Polsce anarchię, a dziadkowie występowali w Śląsku i Mazowszu, LO 27 to w połowie córka perkusisty Lady Pank a najnowszy nabytek T.Love, gitarzysta Janek Pęczak to syn słynnego dziennikarza Mirosława, prywatnie kumpla Muńka.Tomek Lipiński to syn słynnego grafika, Mika Urbaniak córka jedynego Polaka grającego z Milesem. Podobnie jak rodzice, muzyką zajmują się Maria Sadowska, Gaba Kulka, mama Modlińskiego z Semantic Punk prowadziła Wieczór z Alicją a syn Kazika pod pseudonimem Janusz prezentował swoje nagrania gdzieś między rapem a ragga. Litza założył Arkę Noego, gdzie grają i śpiewają dzieci jego, Malejonka, Pospieszalskiego i innych muzyków. Twarzami każdego artykułu o gwiazdorskich klanach muszą być Anna Maria Jopek i Marcin Kydryński. Małżeństwo z koneksjami, jej tata był gwiazdą Mazowsza, jego to słynna para Lucjan Kydryński – Halina Kunicka. Można dostrzec pewną właściwość, dzieci tych, którzy częściej niż inni są obiektem żartów również sami prezentują dzieła o dyskusyjnej wartości artystycznej, natury nie oszukali Bracia, Partycja Markowska czy Kasia Pietras, córka Beaty Kozidrak występująca w zespole Kashmir, ani też synowie Kuby Płucisza i Filipa Sujki z Iry, którzy grają w zespole o tajemniczej nazwie Rosa, mocno przez ojców promowanym. Rodzinnym graniem były kiedyś telewizyjne spotkania Steczkowskich i Pospieszalskich, dziś Justyna i Janek, każde na swój sposób, brylują w mediach. Tomek Makowiecki mógłby sporo opowiedzieć o karierze zespołu Babsztyl, Krzysztof Zalewski – Brejdygant, jak sama nazwa wskazuje jest synem aktora teatralnego i filmowego, Stanisława Brejdyganta. Odrębną sprawą jest Natalia Lesz, córka milionera czy promotor Stanisław Trzciński, syn kompozytora Wojciecha Trzcińskiego, który tak oto opowiada o początkach kariery: tuż po ukończeniu studiów, zacząłem nieoczekiwanie pracę w PolyGram Polska i Universal Music Polska i zostałem najmłodszym dyrektorem w polskiej branży muzycznej. Proste? Nie zawsze nazwisko otwiera drzwi do kariery. Kiedy kilka lat temu syn Magika opublikował w sieci swoje nagrani, zderzył się ze ścianą nienawiści internetowych frustratów. Jego propozycja nie rzucała na kolana, mówiąc oględnie, ale nikt nie każe nikomu słuchać.

 

A jak to wygląda w światku aktorskim? Córki Beaty Tyszkiewicz nie są zgodne, Karolina, choć dość rozpoznawalna, nie poszła w ślady matki, Wiktoria Padlewska próbowała, ale bez większego powodzenia. Maria Seweryn, Paulina Holtz czy Rafał Olbrychski z mniejszymi lub większymi sukcesami mierzą się z legendą rodziców, w cieniu ojców już chyba zawsze pozostaną Mariusz Benoit i Piotr Machalica. Marek Kondrat jest synem krakowskiego aktora i ojcem Mikołaja, który wystąpił obok niego w „Słodko Gorzkim”, od niedawna także mężem Antoniny Turnau, która mając 25 lat prowadziła już program w TVP. Julię Kijowską i jej brata Kubę w tajniki filmu wprowadzał Janusz Kijowski, ojciec. Nazwiska rodzinnych klanów można wymieniać i wymieniać, rodzinne tradycje kontynuują Lubaszenko, Stuhr, Wasowski czy Schejbal. Najnowszy narybek aktorski reprezentują Julia Kolberger, Maria Niklińska, Ola Frycz, Antoni Królikowski, Łukasz Nowicki, Bartosz Opania, Łukasz Garlicki, Damięccy, Koterski czy Zborowska. W roli reżyserów rodzinna klątwa obsadziła Kasię Adamik, Xawerego Żuławskiego czy braci Skolimowskich. Bronia Zamachowska zadebiutowała właśnie u Wajdy. Czy gdyby urodziła się w Kąkolewie i nazywała się Malinowska wygrałaby casting? Tego się nie dowiemy, niemniej przykłady pokazują, że szanse miałaby minimalne.

 

Dzieci polityków tez pojawiają się na pierwszych stronach kolorowych gazet. Pierwszym polskim celebrytą był słynny rajdowiec Piotr Jaroszewicz ale prawdziwym ojcem narodu okazał się Lech Wałęsa, który z racji rozmachu produkcji ale też zajmowanego stanowiska często musiał oglądać swoje nazwisko na pierwszych stronach gazet, z powodu pobytów w więzieniu, pijackich incydentów, zasiadania w różnych parlamentach i sekretarzowania ojcu. Podobnie było z kolejnym prezydentem, którego córka długo szukała dla siebie miejsca, skończyła z Badachem, jednocześnie mężem i psiapsiółką. Agata Buzek wybrała aktorstwo, podobnie jak Weronika Rosati, a dzieci Donalda z Sopotu potwierdzają raczej opinię o ojcu: utalentowany, ale lubi chodzić na skróty. Za to rodzina Jacka Kuronia z pokolenia na pokolenie mieszka w kuchni. Tylko Barbara Nowacka i Marta Kaczyńska kontynuują działalność polityczną, na razie bez powodzenia.

 

Dziennikarstwo. W Polsce przypomina „Grę o Tron”, skazany na banicję jest każdy, w kogo żyłach nie płynie błękitna krew dziennikarskiej arystokracji. Kogo tam nie ma: Hajzer, Dowbor, Passent, Woyciechowska, Zientarski, Tusk i Wildstein, Kaczkowska, siostry Młynarskie czy Urszula Chincz, Walterowie, Torbicka, Kydryński, Tomaszewski, Hołdys, Ziomecka, Tyrmand, Starmach, Gocha Halber, Matylda Materna a także Patrycja Wanat. Marcin Meller to syn byłego szefa MSZ, Grzegorz Miecugow, twarz TVN-u jest synem znanego dziennikarza i publicysty Brunona Miecugowa. Jego syn pracuje po sąsiedzku, w Wyborczej. Maciej Orłoś to syn uznanego pisarza i scenarzysty Kazimierza Orłosia. Hanna Lis, z domu Kedaj jest córką znanej dziennikarskiej pary. Jej matka, Aleksandra Kedaj była korespondentką „Życia Warszawy” w Rzymie, a ojciec, Waldemar Kedaj był dziennikarzem prasowym. Piotr Kraśko jest synem dziennikarza Tadeusza Kraśki i bratem ciotecznym Moniki Richardson, córki dziennikarki radiowej i telewizyjnej Barbary Trzeciak-Pietkiewicz.

 

„I believe in America” zwraca się Bonasera do Dona Corleone w słynnej scenie otwierającej „Ojca Chrzestnego”. Nie wiem, w co wierzą dzieci swoich wpływowych rodziców, może w siebie, ciężką pracę i lepszą Polskę, jak Meller, Młynarski czy Petersburski Jr, a może w dolary tatusia, jak klony Donalda Trumpa. Na pewno usłyszymy już niedługo o kolejnych genialnych dzieciach swoich wspaniałych rodziców. Taki mamy klimat, niestety.

 

karl

Oczy Mlody, czyli jak Polska oplata świat pajęczyną

wayne

 

Można by pomyśleć, że Wayne Coyne urodził się albo za późno – koncerty Flaming Lips wyglądają jak nieustanna rekonstrukcja Lata Miłości, albo za wcześnie, patrząc na futurystyczną, odjechaną muzykę z roku 3451. Ale on trafił dokładnie tam, gdzie powinien.

Flaming Lips to ani żadna wielka gwiazda, ani kapela niszowa, typowi średniacy. Stanowią jednak na muzycznej mapie świata wyraźny punkt odniesienia. Choć długo pracowali na swoją pozycję (zespół istnieje ponad 30 lat), zespół stał się idolem współczesnej może najbardziej wpływowej, choć nie największej grupy – międzynarodówki hipsterów. Za co tak cenią zespół? W pierwszej kolejności należałoby wymienić brak stylistycznych zahamowań. Co i rusz udowadniają, że inspiracji szukać można absolutnie wszędzie, tym razem lider Wayne Coyne, choć nie zna słowa po polsku, odnalazł ją w polskim tłumaczeniu powieści Erskine Caldwella (ciekawostki – Erskine uczęszczał do Erskine College i napisał  „All-Out on the Road to Smolensk” – Cała naprzód w stronę Smoleńska).

Skąd nagle polska książka w rękach amerykańskiego muzyka? Niezbadane są ścieżki, którymi poruszają się myśli pana Coyne, tropem powinny być nazwiska muzyków Flaming Lips, jednym z założycieli był perkusista Dave Kostka, dziś na gitarze gra Steven Drozd. Sam Coyne opowiadał w wywiadach, jak to kilka lat temu znalazł w antykwariacie książkę w języku polskim, miał ją przy sobie przez cały czas, i nie rozumiejąc ani słowa studiował na wyrywki. Przypadkowe zbitki słów przyciągały jego uwagę i tak na płycie, która ma ukazać się 13 stycznia znajdą się takie utwory jak: „Nigdy Nie”, „Do Glowy” czy „Bliski Domu” (tytuł książki to „Blisko Domu”), a sama płyta nosić będzie tytuł „Oczy Mlody”. Wayne nie do końca radzi sobie z gramatyką, i „Oczy Mlody” rozumie jako oczy młodego. Ale niech tam, pierwsze śliwki robaczywki.

To nie pierwszy wykonawca, który sięga po język polski, ale wiadomo: polska język, trudna język i same z nim kłopoty. Najpierw zespół z Minneapolis szukał czegoś co oddawałoby ideę umowy wewnątrz zespołu i wybrali polskie ich zdaniem słowo Poliça. Trochę lepiej z topografią naszego kraju poradzili sobie Bowie („Warszawa”) i Gilmour („Live in Gdańsk”), Jim Goodwin nagrał trzy lata temu płytę „Odludek”, o piosenkach sławiących Kazimierza Pułaskiego pisałem jakiś czas temu.

Choć trudno się w zawartości płyty doszukać większego sensu, każda metoda odmiany wizerunku Polski choć o parę metrów, choć o tyci, tyci jest mile widziana. Na dżentelmenów w szalikach Legii ani niesławnych wybrańców ministra Glińskiego nie ma co liczyć.

 

karl

List do Boga

Touched_by_His_Noodly_Appendage_HD

 

Internet jest jak ława przysięgłych z „Dwunastu gniewnych ludzi” Sindneya Lumeta, gdzie głupota walczy z cynizmem, a jaskiniowiec i profesor mają po jednym głosie. Twórcy internetu nie mogli podejrzewać, że ich wynalazek stanie się tubą propagandową światowego stowarzyszenia idiotów, Lem mi świadkiem. Na szczęście jest Youtube, niczym ratujący dobre imię człowieczeństwa Henry Fonda. Jeśli duża tuba zjada codziennie nasze mózgi, mała Youtuba naprawia choć w niewielkim stopniu jej błędy. W tej multimedialnej bibliotece znajdziemy działy, o jakich bibliotekarzom się nie śniło, jest tu całe mydło i powidło świata, historia świata od wielkiego wybuchu po plany lotu na Plutona. W dodatku nie jest zamkniętym klubem nerdów, jeśli tylko poczujesz potrzebę, możesz dołożyć się do światowego zasobu spamu i  wrzucić nieśmiałe próby krojenia cebuli, jazdy na wrotkach czy popisów wokalnych na tle meblościanki. W ten sposób niezauważenie dotarliśmy do sedna, czyli niezależnego obiegu kultury.

 

 

Na pewno też tak mieliście, włączacie piosenkę Michała Szpaka, a trzy godziny później zastanawiacie się czemu właściwie oglądacie dokument o kochankach Hitlera. Zdarzyło mi się bardziej z ciekawości niż nudów trafić na typowego polskiego tatę i jego rozbrykaną córkę. Dramatyczny wykon niespecjalnie rzucił mnie na kolana, ale wykonawcy nieznanej piosenki zaczęli się mnożyć i nagle trafiłem do równoległej rzeczywistości, gdzie co prawda nie znane jest pojęcie songwritingu, za to często będziemy natrafiać na słowa „ładny” i „spoko nutka”. „List do Boga” nagrał parafialny chór i szybko stracił nad nim kontrolę. Nie dociera on do odbiorców w żaden znany nam sposób, nie jest grany w radiu, na koncertach, nikt nie odtwarza go z kaset ani płyt. Jak drzewiej bywało żyje w przekazie ustnym, słuchacz staje się nadawcą i przekazuje piosenkę dalej. Niezależny obieg kultury w stanie czystym.

 

 

Polska ma w tym względzie sporą tradycję, w latach minionych tysiące młodych Polek i Polaków nosiło bibułę, paryską Kulturę, ledwo słyszalne kopie utworów Gintrowskiego i Kaczmarskiego. Kto miał to wszystko gdzieś, słuchał Dezertera, Kryzysu czy Xenny. Lata 90. nie stały się końcem drugiego obiegu, kasety Taktu z klasykami z zachodu, muzyka chodnikowa i odbijane na ksero katalogi QQryku czy Anteny Krzyku zapełniały rynek bez udziału Babilonu. Kiedy już myślałem, że te czasy minęły bezpowrotnie „List do Boga” uświadomił mi, że nawet jeśli hasła typu „globalna wioska” czy „świat się kurczy” mówią jakąś prawdę, to wciąż istnieją plemiona które nie wiedzą o sobie nic nawzajem.

 

 

Cała ta niezbyt mądra historia mogłaby być trafić do szuflady guilty pleasures, gdyby nie niepokojące drugie dno. Instytucjom kultury w Polsce stopniowo odcinany jest tlen, a mimo dostępu do nowoczesnych technologii Polacy sami z siebie raczej nie garną się do darmowych zasobów teatru, opery czy muzyki poważnej. Rośnie za to pozycja kościoła, który tworzy własną narrację, także narrację kultury. Właśnie stąd pochodzi „List do Boga”, który cofa nas do średniowiecza, gdzie można było malować, pisać i śpiewać jedynie na chwałę Boga. Wielu marzy się powrót do tamtych czasów, „niezależny” obieg kultury w postaci naszej piosenki pokazuje że są na dobrej drodze.

 

 

Na koniec mały bonus, skoro już odkrywamy nieznane oblicze polskiej kultury. prawdziwek. Wyjęty prosto z polish joke Leszek Stadnik, polski patriota z Podkarpacia, który jednak bardziej niż szumiące wierzby kocha dolary i jeżdżąc swoją wielką ciężarówą po USA a to zaśpiewa „Dałabyś mi, dała” a to „Barkę”, bo akurat jest niedziela.

 

 

karl

50 najlepszych płyt 2016: Polska

 

 

 

 

 

 

00płyty 2016

 

spa

 

50   Back Home   Daniel Spaleniak

 

Mój stosunek do pana Spaleniaka wygląda jak w negocjacje Gas Monkey: Richard Rawlings rzuca jedną kwotę, klient kwotę zdecydowanie niższą, w końcu po całym teatrzyku, machaniu rękami i przewracaniu oczami panowie podają sobie ręce; we have a deal. Ja po latach przestaję patrzeć z pogardą na tych wszystkich neo- indie- i psycho-folkowców, a pan Spaleniak nagrywa coraz lepsze albumy. I tak spotykamy się w połowie drogi, to ciągle gonitwa za tym, co modne w wielkim świecie, ale od czegoś trzeba zacząć. Posępny folk już znamy, ale w utworze tytułowym mamy nastrój Islandii, w „Nothing to do” czy „Smoking again” gitarę elektryczną. W instrumentalnym „Full package of cigarettes” można usłyszeć echa irlandzkiego folku, w „Take a walk and never come back” wskakujemy nawet na Nową Falę. Będziemy mieli z tego chłopaka pociechę.

 

hoszpital-1

 

49   Horror   Hoszpital  

 

Przykleję na ścianę marzenia na taśmę, żeby były widziane – śpiewa Michał Bielawski na otwarcie płyty. Oprócz marzeń chłopaki posklejali ulubione fragmenty muzycznej alternatywy, flamastrem dopisali osobiste teksty i taki kolaż zaprezentowali światu. Czasem pójdą zbyt histerycznie, innym razem ze zbytnią emfazą, generalnie jednak to autorska propozycja, „łódzka” jak ja to nazywam, kojarzy mi się z The Car Is On Fire czy L.Stadt doprawiona melancholią Muzyki Końca Lata. Thinman records przedstawia ich jako „rozgorączkowanego tancerza na smutnym disco ze spektrum magicznego realizmu”. Niezłe zgrywusy. Otwarte hiperbole tekstów idą w parze z muzyczną między-gatunkowością, słuchając tej płyty wpadamy do króliczej nory i trafiamy do świata Alicji w Krainie Czarów. Jeśli gdzieś szykuje się nowa adaptacja, to Hoszpital po prostu musi napisać do tego ścieżkę dźwiękową.

 

kruche

 

48   Gaba Kulka   Kruche

 

Są artyści, których żywiołem jest scena i tacy, którzy lepiej wypadają w studiu. Umieściłbym Gabę raczej w tej drugiej grupie, słychać jak z płyty na płytę urasta jako producent, coraz tam więcej pomysłu na aranż, coraz więcej ścieżek, a mimo to wszystko idealnie pasuje, wszystko idealnie uwypukla melodie, jednym słowem wszystko gra. Ale to co jest zaletą tej płyty, jest jednocześnie jej wadą, jest raczej do podziwiania niż do słuchania, jak pozytywka z kręcącą się baletnicą na wierzchu i rzewną melodyjką, coś co chętnie obejrzymy w sklepie z pamiątkami, ale niekoniecznie zabierzemy do domu. Ładne, ale jakby za szybą. Perfekcyjne granie, ale brakuje szaleństwa, elementu ludzkiego. Nic to, fani Tori Amos i tak kupią.

 

00053CRT8J1LVOQO-C122

 

47   Przez sen   Król

 

Kiedy „Po tak cienkim lodzie” zataczało coraz większe kręgi, Król stanowił awangardę nowej elektroniki. Dziś jest już kimś na wzór klasyka, przyzwyczailiśmy się do Króla i jego gradowych chmur z zaświatów. Z raz obranej drogi nie zamierza schodzić, ale to nic, wciąż sporo tam do odkrycia, wciąż to świat fascynujący, a jednocześnie uderzająco prawdziwy. Sen ustępuje tu miejsca jawie, doskonale znane brzmienie stanowi platformę do osobistych opisów stanów emocjonalnych, wrażeń z tych momentów, kiedy utwory powstawały. Bez szans na masowego odbiorcę, za to więcej miejsca na realizację osobistej wizji. Niełatwej, chłodnej, fascynującej.

 

clashes-b-iext36337354 

 

45   Clashes   Brodka

 

„Mirror Mirror” ładnie, ładnie, potem „Horses” też nieźle „Santa Muerte” dalej czaruje, ale dalej już zaczynam się gubić, kolejne numery upodabniają się do siebie, brakuje im charakteru, osobowości, nie chcą się zagnieździć w głowie i niespodziewanie powrócić nucone gdy idę po ulicy. Pierdyliard pomysłów aranżacyjnych, wyjazdy do LA, śmieszna fryzura, sztafaż od Lady Gagi – cała ta nadbudowa byłaby  w pełni usprawiedliwiona, gdyby nie braki w bazie. Media na zachodzie również jakoś się nie zachwyciły i została Monika w tym niezręcznym rozdarciu uwieczniona na okładce. 

 

smierc-kliniczna-nienormalny-swiat

 

44   Nienormalny świat   Śmierć Kliniczna

 

Choć trudno w to uwierzyć, to debiut śmierci Klinicznej, nagrane trzydzieści kilka lat temu numery po raz pierwszy trafiają na oficjalne wydawnictwo. Obok Kryzysu i Dezertera tworzyli w stanie wojennym pierwszy szereg polskiego punka. Ale że mieszkali w Gliwicach a nie w Warszawie, nigdy nie dorobili się statusu bardziej znanych kolegów. Nie odstawali od Kryzysu ani Dezertera ekstremalnym przekazem, od Klausa Mitfoocha czy Voo Voo poziomem grania, choć taki Jerzy Mercik dołączył do zespołu, mając 16 lat. Zespół szybko się rozpadł, zasilając składy Shakin Dudi i R.A.P. Dziś wrócili z płytą, koncertami i znów aktualnym przekazem.

 

?????

 

43   Zośka   Maciej Fortuna International Quartet

 

Fortuna kołem się toczy i zabiera ze sobą a to polski folk a to amerykański jazz. Czy to próba udana – w wielu miejscach intrygująca, brawurowa ale chyba trzeba na to pytanie odpowiedzieć twierdząco.

 

czarna-madonna-b-iext46002070

 

42   Czarna Madonna   Organek

 

Awangardą światowej muzyki nigdy nie byliśmy, patrząc na to co modne u nas, możemy się dowiedzieć, co było modne u nich pięć lat temu. Kiedy lata 90 pulsowały u nich rapem i neo-soulem, u nas oba gatunki wybuchły na przełomie wieków. W tym czasie tam Jack White przestawiał już zwrotnicę, zaczęło się grać garage rocka i bluesa. Do nas retro przybyło kilka lat temu i co ciekawe na ustach tych samych postaci które wcześniej w szerokich portkach grały hip hop i neo-soul. Dekadę temu Organek liderował zespołowi Sofa, głównemu i jedynemu rywalowi Sistars. Teraz obok Waglewskich czy Natalii Przybysz bierze się za hard rocka i bluesa, ale ciężko nauczyć starego psa nowych sztuczek. Tak jak z aparatem mowy, jeśli nie nauczymy się języka do szóstego roku życia, nasz układ kostny zastyga i już nigdy nie wymówimy poprawnie  zgłosek w języku obcym. Podobnie jeśli zbyt długo gra się hip hop oparty na pętli, luźna struktura muzyki rockowej stanowi nie lada wyzwanie. Jimiego Hendrixa słuchałem pasjami mówi, ale od słuchania jeszcze nikt Hendrixem nie został. Na razie obserwujemy proces transformacji, numery wciąż brzmią sztywno, kwadratowo jak na standard gitarowego grania. Nieliczne wyjątki dają jednak nadzieję na przyszłość, takie „Son of a Gun” buja na przykład kapitalnie, „HKDK” też świetnie naśladuje The Ramones. Bardziej na zachętę niż za dotychczasowe zasługi pan Organek trafia na listę.

 

ru-0-r-650,0-n-EL2296754b9pW_taco_hemingway_plyta_marmur_online_gdzie_posluchac_skad_pobrac

 

41   Marmur   Taco Hemingway

 

Trzeci longplay to najbardziej ambitna próba, ma rozmach skurwysyn. Nie tylko ilość tracków, ale samo zamachnięcie się na concept album to prosty przepis na porażkę. W „Krwawej jesieni” rapuje o płytach bitelsów i sam prosi się o drwiny. Tak naprawdę nie jest najgorzej, gdyby kilka słabszych numerów wykreślić, byłoby wręcz świetnie. Jeśli ktoś za kilkadziesiąt lat będzie szukał portretu Warszawy ujętego w słowa, „Marmur” nada się niezgorzej.

 

erotyki-b-iext35456692

 

40   Erotyki   Jazzombie

 

Skoro chłopaki chcą opowiadać o miłości, spójrzmy na płytę z tej strony. W trakcie spotkania Pink Freud z Gdańska i Lao Che z Płocka to ten drugi podmiot okazuje się dominą. Może z powodu przewagi wagowej, może innego – jest tu ich zdecydowanie więcej. Po drugie mało tu pikanterii którą obiecuje tytuł. Jest sporo gry wstępnej, podchodów i wątpliwości, jest post orgasmic chill, ale dynamiki samego aktu jak na lekarstwo. Otwierający dub, potem pełzające jazzowe granie w „Sic!”, „Szale” czy „Miłości” dominują nad figlarnymi „Ty jesteś moją miłością” czy Uczciwe…”. Pierwszy raz okazał się wystrzałem z kapiszonowca.

 

Lesław

 

39   Piosenki o Warszawie cz. 2   Lesław i Administratorr                                                                                             

 

Jest Polska i jest Warszawa. Nadreprezentacja płyt sławiących urodę Warszawy w stosunku do innych miast rośnie z roku na rok. Nie jest to zarzut w kierunku bardów stolicy, raczej apel do lokalnych patriotów z innych części świata. Wracając do płyty, panowie kolejny raz serwują proste, acz stylowe piosenki zanurzone po uszy w melancholii. Zapraszają gości i po raz kolejny budują epos miasta, w którym nawet kopanie śniegu czy gapienie się przez okno to zajęcie stricte warszawskie.

 

a3505459442_10

 

38   Żony w pracy   LXMP

 

Dawno, dawno temu Kult opowiadał co się dzieje kiedy nie ma w domu dzieci. LXMP pokazuje świat kiedy dom opuszczają małżonki. Dwóch utalentowanych, aczkolwiek przeciętnie zrównoważonych muzyków zasiada za instrumentami i sprawdza, gdzie leżą granice atonalności i amelodyjności utworów. Robota idzie im świetnie. Doskonale się znający Piotr Zabrodzki i Macio Moretti zestawiają ze sobą skrajne tradycje muzyczne pod postacią najbardziej tradycyjnego instrumentu znanego ludzkości, bębnów i wynalazków najnowszych – syntezatorów, sekwencerów i looperów. Dzikie zestawienia to generalnie pomysł na płytę, po otwierającej słonecznej bossa novie „Brasilia” wpadamy na „Torreadora Janusza”, wariację na temat kraut rocka. „Dinojazda” to podroż z przyjaciółmi z Matplanety w niebezpieczny czas, żeby za chwilę uspokoić „Kosmosem, Teil 1″. „Żony w pracy” wygląda na odpowiedź LADO ABC na mocną ofensywę Instant Classic w ostatnich miesiącach. Nie ukrywam, będę się tej rywalizacji przyglądał z przyjemnością.

 

Franczak-cd

 

37   Mateusz Franczak   Long Story Short

 

Płyta przede wszystkim dla tych, którzy postrzegają świat przez pryzmat gitary. Gitary elektrycznej, dostajemy paletę przesterowanych brzmień, które mają oddawać kolejne stany emocjonalne zawarte w tytułach: crying, hiding, drifting, laughing. Od łagodnego pogłosu na początku dochodzimy do zgrzytliwego apogeum w „Drifting”, cała skala stylów i efektów gwarantuje niezapomniane wrażenia podczas podróży przez krainę gitary występującej niemal solo, czasem w towarzystwie krótkiej linii wokalnej czy nielicznych uderzeń bębna. To coś pomiędzy eksperymentem Frusciante a wyrafinowaniem William Tylera, być może okaże się najlepszym portfolio w historii, przepustką do przyszłej kariery w niemniej ekscytującym bandzie.

 

3826_99906333826

 

36   Chaos pełen idei   Wojtek Mazolewski

 

Błogosławieni ci, którzy grają muzykę. Kiedy przychodzą na imprezę, nie trzeba zdejmować płyt z półki, wystarczy że goście wezmą instrumenty w ręce i mamy gwarancję dobrej zabawy. Na swoje czterdzieste urodziny Wojtek Mazolewski zaprosił zacne towarzystwo. Wiele przyszło mi myśli do głowy podczas słuchania tej płyty, zacznijmy więc od krytyki. Już okładka daje nam do myślenia, jej pstrokacizna sporo mówi o zawartości. Festyniarski przepych, mówiąc po gdańsku Jarmark Dominikański, mydło i powidło, albo muzyczna impreza z okazji 40. urodzin na 10 gości i 14 piosenek, miks premier coverów i instrumentali ma lepsze i gorsze momenty, spotkanie w połowie drogi jazzu i popu w otwierającym utworze tytułowym, żwawy „Świt” czy nowe życie „Vademecum skauta” zagrane razem z Januszem i Janem. Kulminacją jest dla mnie „Polish girl” zaśpiewana przez Portera, siłą rażenia przebijająca wszystko przed i po. Wejście do świata muzyki śpiewanej nie dało na razie odpowiedzi na pytanie czy Wojtek się w nim odnalazł. Na razie wiemy, że świetnie wypada na ściankach.

 a1761755768_10

 

35   Jeleń   Jesień

 

Dostrzegam pewien zgrzyt. Tak naprawdę całą masę zgrzytów, to zgrzytliwa muzyka mająca na celu skonfudować odbiorcę i wpędzić w stupor. Jeśli jednak ktoś potrafi czytać między wierszami, czy raczej między akordami, to znajdzie wciągającą opowieść o życiu w mieście które jest zagrożeniem. Nie wysyłają jeszcze Świetlików na emeryturę. Jeszcze. Ale rzucają rękawicę, to dziś jeden z tych zespołów, do słuchania których trzeba się przyznawać aspirując do roli prawdziwego melomana.

 

 Limboski-W_trawie.I-inne-jeszcze_mlode_1

 

34   W trawie. I jeszcze inne młode   Limboski

 

Jaki może być bard?  W polskich warunkach zapewne krakowski, tam co chwilę rodzi się nowy bard, taka tradycja po prostu. Limboski przez chwilę zwiedzał świat, ciągnęło go jednak do Krakowa, taka grawitacja. Pachnie Dylanem i Maleńczukiem, Waitsem i Bukartykiem, ale czy bard z gitarą może pachnieć inaczej? Może na przykład niespodziewanie przyłożyć elektroniką jak w „Syrenkach”, melancholijnym walczykiem w towarzystwie Oli Bilińskiej, czy też walczykiem skocznym („Wesołe rozmowy z otchłanią”). Jest w tych powłóczystych songach sporo uroku.

 

okl_okl_53340

 

33   Lelek   Brzask Bogów

 

Dla umęczonych polskim katolicyzmem atrakcyjny okazuje się powrót do źródeł i wierzeń przedchrześcijańskich, czyli mówiąc po ludzku do pogaństwa. Funkcjonują u nas cztery pogańskie związki wyznaniowe, zespoły opowiadające o pogańskich bogach trzeba liczyć w setkach. „Brzask Bogów” to pozycja imponująca, przygotowana z rozmachem w doborowym towarzystwie muzyków min. RUTY, Vavamuffin, Power of Trinity czy Kapeli ze Wsi Warszawa. Śpiewają teksty XIX i XX wiecznych poetów, w tym Broniewskiego którzy opisywali potęgę natury, do której bezpośrednio odnosi się pogaństwo. Muzyka dawna, oparta na tradycyjnych instrumentach, śpiewaniu pełnym głosem i doniosłych chórach spotyka reggae, Czesława Niemena i brzmi zadziwiająco współcześnie. Za kilka lat ta płyta może być nazywana brzaskiem rewolucji.

 

a0438451904_10

 

32   Changes   Meeting By Chance

 

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Marcin Cichy stojący za nazwą MBC powracał do żywych w skalpelowym stylu aż tu nagle szok – Cichy nagrywa pościelówy! Czasem to własne interpretacje neo-soulu, czasem echa trip hopu, czasem muzyka przypominająca muzykę medytacyjną. Utwory nabrały nieco popowej struktury, na pierwszym planie stoi dziś ludzki głos, klawisze już nie są jazzowo zimne, ale niezwykle ciepłe, w dodatku harmonie stały się niezwykle gęste wskutek całkiem sporej jak na standardy Skalpela liczby instrumentów w jednym miejscu. Można mieć pewne skojarzenia z muzyką Daniela Blooma czy Digit All Love, ale ma jednak swoją własną, wyraźną tożsamość. Czy wypada wiarygodnie w nowym wcieleniu – moim zdaniem jednak wycinanki skalpelem służą mu, i nam przy okazji lepiej.

 

ru-1-r-640,0-n-23002668Q3D

 

31   V Vavamuffin

 

Gdyby zebrać wszystkie zespoły jakie grają w tym kraju, od gwiazd po nastolatków grających pierwsze próby, najczęściej słyszelibyśmy metal albo reggae. W tym kraju albo lata się na Jamajkę albo zagląda do piekła, trzeciej drogi nie ma. Nawet przeciętniacy grając jeden z gatunków mają szansę na jakiś pieniądz, co dopiero Vavamuffin. Oni jednak nie liczą na drapane i zawsze kombinują jak tu zadowolić słuchacza. Tym razem wykombinowali tak, że Jah nie jest już prezydentem, co najwyżej jednym z ministrów. To najbardziej eklektyczny a przy tym piosenkowy album. W otwierającej „Ferajnie” mocno prześwituje rap, „Tatuaż” to prawie blues, „Dźwięk” atakuje elektro a ostatnia piosenka to pablopavowy numer z motywem granym na pianinie. Są wciąż takie numery jak „A to reggae znów” czy „Sztany Katana” bo muszą być. Ale Vavamuffin idzie do przodu, rozgląda się za nowym. Bless.

 

coma

 

30   2005 yu55   Coma

 

Co by nie mówić, Coma idzie drogą Heya. Teksty to osobna historia, to co się tam wydarza, to fenomen, tak samo jak armia wyznawców przekonana że potrafi cokolwiek coś z nich zrozumieć. Ale muzycznie to zdecydowanie najlepsza odsłona dumy Łodzi. W końcu przestali brzmieć, jak studencki zespół po pięciu próbach. Pojawiło się oryginalne brzmienie, wydumany aranż nie przykrywa całości, produkcja też zasługuje na oklaski. Jeśli kiedyś to Roguc ciągnął zespół, teraz sytuacja zdaje się odwracać i to on wygląda na najsłabsze ogniwo z aktorską manierą recytując wyjątki z zakamarków nieodgadnionego umysłu. W takim na przykład „Dionizosie” Rogucki brzmi jak Kazik przedrzeźniający urzędnika w „Czterech Pokojach”, za to w tle mamy niepublikowany numer Davida Bowie. Tak naprawdę nie ma tu wyróżniających się utworów, to jak zwykle u Comy koncept album podzielony na odcinki, jeden płynnie przechodzący w drugi. Tym razem jednak naprawdę wciąga.

 

polish-jazz-yes-polish-jazz-volume-77-polish-jazz-edycja-limitowana-z-autografem-b-iext44282122

 

29   Polish Jazz – Yes!   Zbigniew Namysłowski Quintet

 

Dziś na obrzeżach światowej kultury, w czasach tak pogardzanej komuny, w latach 60. polskie kino, architektura a także jazz były stawiane na równi z amerykańskim. Wraz z jej upadkiem zatrzymana została także najwybitniejsza może seria wydawnicza w historii, Polish Jazz. Expect the unexpected, we wrześniu tego roku legenda powróciła, 77. album w serii ukazał się dokładnie w 77. urodziny Zbigniewa Namysłowskiego. I jest po staremu, Zbyszek bierze góralskie czy mazowieckie tematy i łamie je jazzowym kołem. Jest zabawnie („Jadąc Zakopianką”) i refleksyjnie („Ostatnia Komenda”), przede wszystkim jednak swojsko, bo Namysłowski po raz kolejny udowadnia, że jazz to niezwykle polska muzyka.

 

tracklista box end 

 

28   Kaliber 44   Ułamek Tarcia

 

Można oceniać na dwa sposoby. Jedni wciąż Kaliber rozumieją jako skład debiutujący ponad dwie dekady temu z Magikem w roli szefa. Jeśli będziemy ich stronnikami musimy przyznać że Kaliber fantastycznie odnalazł się w 2016 roku. Możemy też uznać, że chociaż trochę niefortunnie chłopaki podpierają się legendarną marką, to w zasadzie zupełnie nowy projekt (brzydkie słowo). I tu też nie jest źle, bity i rapowanie to wciąż najwyższa w tym kraju półka.

 

BajzelamOK

 

27   amOK   Bajzel

 

Trzy lata temu Amok objawiła światu supergrupa Atoms for Peace. Trzy lata później mamy swój amOK, moim skromnym zdaniem lepszy. Cudem odnaleziony brat bliźniak Budynia grywając w Pogodno, projekcie Babu Król czy solo dostarcza enigmatyczne, ale nie pozwalające na obojętność prezenty. Po gatunkach trudno ją recenzować, to muzyka międzygatunkowa, może wręcz poza-gatunkowa, tak jak nagrywa się na świecie od jakiegoś czasu, dawne etykiety przestają mieć znaczenie, nowych nie warto wymyślać, bo zaraz tracą sens. Czasem taka kula inspiracji i natręctw eksploduje muzyką atrakcyjną. Jedni łapią się za głowy, inni po prostu wpadają  w taneczny trans, w najgorszym razie energicznie kręcą nóżką. Pierwsze co uderza na tej płycie, to nieposkromiona energia Afryki, gitarowych wzmacniaczy i miłości do muzyki. Zgrzytliwość i nieokrzesanie ma tu jednak swój urok, to piosenki z krwi i kości, pan Bajzel potrafi komponować, przed wszystkim jednak z kompozycji robić atrakcyjny towar dla ludzkości. Dodatkowy punkt Bajzel dostaje za pracę, jaką wykonał ponownie przy produkcji płyty uwidoczniona na okładce z gitarą i podłogą zasłaną efektami, nad którymi góruje święty Bajzel z aureolą z tamburynu. Dawno przyzwyczailiśmy się, że najlepsi rzadko zostają docenieni w tym kraju, cieszmy się więc my, wybrańcy należący do tajnego zgromadzenia wyznawców bajzlu.

 

drony-b-iext45097080

 

26   Drony   Fisz Emade Tworzywo

 

Kto stoi w miejscu ten się cofa, to dość uniwersalna zasada. Bartek i Piotrek też nie chcą jeszcze zostać dinozaurami i kombinują, co by tu nowego? Ryzykując czasem można wygrać, czasem wręcz przeciwnie. Fisz i Emade obstawiają ostrożnie, dywersyfikują inwestycje, minimalizując ewentualne straty. Na drugiej już płycie z kolei serwują niepokojący flirt z elektroniką, ostatnio także z muzyka taneczną i tu mój apel: Bartoszu i Piotrze, nie idźcie tą drogą. Są na tej płycie przykłady, jak grać należy. Jak odświeżyć styl, spróbować czegoś nowego, a mimo to nie wypaść z właściwych torów. Począwszy od współczesnego spojrzenia na hip hop w „Fanatykach”, podobnie jak „Biegnij dalej sam”, przez oryginalny pomysł na gitarę akustyczną w „Krętych drogach” i „Komputerze”, aż po kapitalny oldskulowy finał. Mając mieszane uczucia co do formy, gorzka refleksja o dzisiejszych czasach czyli treść zasługuje jednak na najwyższe uznanie.

 

okl_okl_53988

 

25   Queer Resource Center   Meeting New People

 

Z racji pogody, twarzy spotykanych na ulicach i narodowego temperamentu, o historycznych zaszłościach nie wspominając, spora część polskiej sceny wykazywała tendencję do grania muzyki alternatywnej, jazgotliwej, nieprzesadnie optymistycznej, poświęconej ciemnej stronie ludzkiej egzystencji. Nie inaczej ma się sprawa w przypadku tej formacji, doskonale opanowali styl Velvet Underground, Sonic Youth czy Pixies i nie boją się z tej umiejętności korzystać. Jednocześnie przebijają tu promienie słońca, słuchać echa niesłusznie minionej formacji The Car Is On Fire i rzeczywiście na wokalu spotykamy Kubę Czubaka, który pamięta jeszcze tamte czasy. Porządny głos z otchłani polskiej alternatywy.

 

LAM-recenzja-1-329ittcoeg7m36o1xy0emi

 

24   LAM   LAM

 

Wiele zdradza już okładka autorstwa Łukasza Palucha, pojedyncza łamana linia to wzór szlachetnego minimalizmu. Nie brakuje go na płycie, jest punktem wyjścia, Zimpel Dys i Zemler nie stawiają na wirtuozerię, raczej pieczołowicie celebrują dźwięki. Utwory narastają, tężeją i finalnie dostajemy coś na kształt nu-jazzu w stylu Cinematic Orchestra w „LAM1″ czy modern jazz w „LAM 3″. Dwa tematy tej płyty to dwie fascynacje jej autorów, z początku pochylają się nad brzmieniem, by w końcu zająć się rytmem. I ten w końcu dominuje, dźwięki zamknięte w pętli niczym w alpejskim zderzaczu hadronów rozpędzają się, by uwolnić ogromną energię którą pochłonie cierpliwy i uważny słuchacz. Minimalizm może być fajny.

 

RybyKenia_digi.ai

 

23   Kenia   Ryby

 

Kenia to album utrzymany w tradycji muzycznej stworzonej przez Pogodno czy Pustki. Zabawa słowem odbywa się na tle muzyki raz śmiesznej raz strasznej, w duchu ironii opisuje obyczaje kraju, w którym wszystkim nam przyszło żyć, bierze na warsztat przeróżne absurdy i małości ludzkie, które spotykają na każdego dnia. Kapitalny oddech od przeprodukowanych płyt o niczym.

 

dancing-salon-ulica-b-iext36431841

 

22   Dancing, salon, ulica   Warszawskie Combo Taneczne

 

Dom, kościół, strzelnica, mówił pewien kandydat na prezydenta. Warszawskie combo widzi to nieco inaczej, wykazuje się refleksem i odpowiada ripostą – oni wolą dancing. Bez ambicji dodawania nowych sensów i wymiarów naśladują Kapelę Staśka Wielanka, grając po prostu muzykę dla zabawy.

 

ru-1-r-640,0-n-2217151FhqW

 

21   MYWASWYNAS   Luxtorpeda  

 

Normalnie oceniając nową muzykę zwraca się na kompozycje, brzmienie, co tam artyści próbują nam powiedzieć. Luxtorpeda jest jest jednak zespołem wyjątkowym, w zasadzie nieobecna w mediach jednocześnie jest jedną z najważniejszych formacji w nowym wieku głównie dzięki temu, w jaki sposób odnoszą się do szołbiznesu ale przede wszystkim jak traktują fanów. Przypomina w tym Kazika, przez lata grając u jego boku Litza mógł wiele się nauczyć. Co najmniej połowa tekstów jest skierowana bezpośrednio do nich, mówi o współdziałaniu, pomocy słabszym, szacunku i pamięci. Jednocześnie piętnuje grzechy kapitalizmu, zagrożenia nowych technologii i pustkę mediów. Robi to od początku istnienia, nie ma na nowej płycie żadnych wolt, gdyby wymieszać numery z tego albumu i z debiutu trudno byłoby zauważyć większe różnice. A już dla formalności trzeba wymienić parę zalet MYWASWYNAS, więc proszę: riffy Litzy, trzy dekady w branży i ciągle sprzedaje takie petardy. Na krajowym podwórku wyznacznik brzmienia i rzemiosła, choć na obrazku wcale nie wyglądają.

 

Laki-Lan-syntonia-edycja-specjalna-z-autografami-cd_midi_589789_0003

 

20   Syntonia   Łąki Łan

 

Laboratorium funku zgłasza kolejny patent który odmieni rozrywkę w tym kraju. Specjalna grupa profesorów z dogłębną wiedzą z zakresu pulsu, rytmu i dobrej zabawy długo pracowało nad kombinacją bitów, basów, perkusji i szalonych śpiewów tak, aby znów zaskoczyć tych, których zaskoczyć nie łatwo. Nie ma już jednowymiarowego funku, są echa ragga w otwierającym „Mucha nie siada”, powiew zachodniej nowoczesności w „Pola ar” (Skawa zapisałby się na siłownię za taki numer) jazzowe inklinacje wystają z „To remember”. Łąki Łąn znów stopień wyżej.

 

biszradex

 

19   Wilczy humor   Bisz/Radex  

 

Zawiedli nieco Fisz z bratem, ale jest Bisz z kolegą – produkcję i swoje dźwięki oferuje tu Radex czyli Radek z Pustek. I mamy coś na kształt synergii. Rap z pewnością poszukuje dziś nowego języka, chociaż nie wiem czy to jeszcze rap. Jest z pewnością energia, brzmienie, zabawa słowem w przeszukiwanie półek z kulturowymi inspiracjami. Jest powód, żeby mówić i żeby chwalić Bisza i Radka. 

 

selfie 

 

18   Selfie   Beneficjenci Splendoru  

 

Zbiór celnych spostrzeżeń o dzisiejszej Polsce opowiadany językiem jamajskiego soundsystemu. I jeśli forma nie jest oszałamiająco przystępna, to treść, choć gorzka jest niezbędna do wyartykułowania, bo wrażliwych i utalentowanych jednocześnie coraz trudniej znaleźć w tym kraju. Są bezwzględni głównie wobec samych siebie ale rykoszetem obrywa cały świat, co niechybnie przypomina świętej pamięci Afro Kolektyw czy Fisza/Emade. Dostaje się warzywom uzbrojonym w smartfony, pewnemu klęczącemu bohaterowi masowej wyobraźni czy religijnym fanatykom. W galopadzie skojarzeń nie łatwo się odnaleźć za pierwszym razem, ale takich płyt nie słucha się na raz. Ani na dwa.

 

tmr019_D01_template

 

17   Bal nadziei   Komety

 

Znajomość tylko studyjnego oblicza Komet to niepełny obraz zespołu. Postanowiliśmy wydać płytę koncertową, ponieważ chcieliśmy, żeby słuchacz mógł się w domu lub samochodzie poczuć jak na naszym koncercie. Kiedy jej się słucha, z głośników cieknie pot. Tyle Lesław w roli sales managera Komet. Zdawało by się koncertówka nie ma prawa trafić na listę płyt roku, ale przearanżowana historia nagrań zespołu brzmi rzeczywiście na tyle oryginalnie, że stanowi autonomiczny byt w ich katalogu.

 

lines

 

16   The Lines   Wacław Zimpel

 

Wytwórnia Instant Classic od lat podąża zdecydowanie wytyczonym szlakiem, w tym roku naprawdę się postarała, proponując całą masę premier z wysokiej półki, wśród nich nowy album Zimpla. Inspirowany działami mistrzów amerykańskiego minimalizmu takich jak Monte Young czy Terry Riley postanawia odnaleźć nowe ścieżki w polifonicznych kompozycjach bazujących na brzmieniu klarnetu. Brzmi jak recenzja z Warszawskiej Jesieni, ale mamy tu naprawdę ciekawe melodie, w dodatku świetnie ze sobą współpracujące, dając niezwykły przestrzenny efekt. To jedna z tych płyt, która otwiera nowe przestrzenie w głowie.

 

11823033_938694046172674_1312972968097215880_o

 

15   Badziewie Świata Całego   Blady Jeleń

 

Co to za frajda trafić na taki band co to gra dla kolegów i rodziny, a jednocześnie nagrywa takie numery! Chłopaki lubią posłuchać alternatywy i słychać to w ich muzyce – czasem to Świetliki, czasem Ścianka czy Apteka, innym razem Pogodno. Nie mają stałego składu, trzon stanowią Paweł Maciak i Bartek Rocławski, którzy zapraszają sporo gości, czasem pojawi się nawet gwiazda w postaci Mewy Chabiery, najlepszego głosu Polski (choć w „Ktoś( jeleniogórski)” jakoś tego nie słychać). „Polub to na fejsbuku”, prześmiewczy blues stawia zespół obok takich tuzów rodzimej rozrywki jak Marszałek Pizduski czy Dziady Kazimierskie, a to na początek coś.

 

łona

 

14   Nawiasem mówiąc   Łona i Webber

 

Polska to nieskończone źródło inspiracji, szczególnie dla kogoś takiego jak Łona. Nie wytrzymuje spoglądając na obyczaje, ale do białej gorączki doprowadza go to, co ludzie spotykani na ulicy, w tramwaju czy pociągu wyprawiają z rodzimym językiem. I nieustannie od kilkunastu lat robi wykłady o poprawnym posługiwaniu się językiem ten nasz hiphopowy prof. Bralczyk. I jest jeszcze kwestia bitów. Na ostatnich płytach klasyczne hiphopowe podkłady ustępują elektronice, w tym względzie większość dawnych klasyków upodabnia się do siebie. To jedna kwestia, która zakłóca pozytywny odbiór „Nawiasem mówiąc”. Czy pan mnie słyszy panie Adamie?

 

inside out

 

13   Inside Out   Meeting By Chance  

 

Niektórzy artyści wymykają się stereotypom, zapominają że pochodzą z Polski i ich muzyka trafia do światowego obiegu, mierząc się z najlepszymi na świecie. Marcin Cichy i Igor Pudło swego czasu ominęli kolejkę na lokalnej scenie i uderzyli od razu do najsłynniejszej wytwórni specjalizującej się w samplowanej muzyce, legendarnej Ninja Tune, ku wielkiemu dziwieniu zostali przyjęci, z miejsca stając się gwiazdami wytwórni. Po wydaniu trzech klasycznych już dziś płyt ich drogi się rozeszły i każdy rozpoczął pracę na własną rękę. Do niedawna o wiele bardziej aktywny był Igor, teraz z ukrycia wyszedł ten, który nomen omen był bardziej cichy, czyli Cichy. To pierwszy z dwóch albumów Meeting by Chance w tym roku, stylistycznie zbliżony do działalności słynnego zespołu. To jakby muzyczna realizacja filozofii wschodu, odejście od cielesności do duchowości, brak tu wyraźnego kręgosłupa, namacalnej tkanki, muśnięcia dźwięków są lekko dostrzegalne, do zbudowania pełnego obrazu potrzebna jest wyobraźnia słuchacza, zabawa w połącz kropki. Hipnotyzujące obrazy wspomagane głosami trzech pań -   Ayuko, Mayuko i Magdy wprowadzają w trans bez najmniejszego problemu. To dość głośny powrót Cichego.

 

hanba_fot.v-karol

 

12   Hańba   Hańba

 

Hańba to prawdziwi nestorzy na polskiej scenie, zespół debiutował w Krakowie w 1931 roku, niedługo setne urodziny. Jest też pierwszym zespołem, który zagrał w słynnym cyklu „Live on KEXP” dla najsłynniejszej stacji radiowej grającej muzykę alternatywną na świecie. W latach 30. nie wymyślono jeszcze gitary elektrycznej, zespół gra na tradycyjnych instrumentach, w tym na akordeonie, tarze czy grzebieniu. Teksty reprezentują radykalną grupę uciśnionej klasy robotniczej domagającej się sprawiedliwości ze strony spasionych banksterów i szemranych wyzyskiwaczy. Muzyka to z jednej strony kapitalny revival miejskiego folku sprzed wojny, z drugiej to typowy oi! punk, nieustannie zachęca do tańca w równym stopniu co do myślenia.

 

foto-materialy-prasowe (1)

 

11   Peep Show   Acid Drinkers

 

W zależności od tego, jaką nogą wstanie Titus przed wejściem do studia w takim stylu akurat będą grać. Dwa lata temu mieliśmy heavy metal, ale kiedy Titi usłyszał, że w 2016 Metallica też nagrywa, postanowił się pościgać. Zaprowadziło ich to gdzieś w okolice Slayera, chociaż akurat singlowe „Become a Bitch” to kompozycja, która mogłaby Ulricha i Hetfielda zawstydzić. Świetny walec na początku, potem przychodzi bridge, zwolnienie i kończący cios. Takich numerów nie nagrywa się na co dzień. Wciąż świetny towar eksportowy przeznaczony na krajowy rynek.

 

0005ZFZOOL05P8X1-C122

 

10   T.Love    T.Love

 

The Clash nagrywają płytę ze skoczną muzyką, tyle że zamiast Strummera wskakuje Shane McGowan z The Pogues. Takie było pierwsze skojarzenie, które wcale nie wyparowało z czasem. Singlowe numery mogą mylić, nie wiedzieć czemu słabsze numery, „Pielgrzym” czy „Warszawa Gdańska” wybrano do promocji płyty, kiedy są tam takie perełki jak „Bum Kasandra”, „Niewierny patrzy na krzyż” czy kapitalna dylanowska „Preria” ze specjalnej edycji płyty. Doskonałym wyborem był za to „Marsz”, skoczny numer rozbrajający pustkę całej sceny politycznej. Lata świetności mają już może za sobą, ale do upadku Kombi ciągle im daleko.

 

6b529586-8b75-4896-9964-c7ca0912bc1b_714x

 

09   Czasowniki   Elektryczne Gitary

 

Niesamowite są przede wszystkim okoliczności powstania płyty. Utwory powstawały osobno, na zamówienie Telewizji Polskiej i innych państwowych instytucji. Wszystkie zostały odrzucone, Sienkiewicz nie chciał jednak zostać jak ten Himilsbach z angielskim i tak zrodził się pomysł na płytę. Muzycznie jak jest, wiadomo – to Elektryczne Gitary, studenckie granie z akademika, żaden Skrzek czy Namysłowski. Porażający jest jednak kontent, jak to się teraz mówi. Najnowsza historia opowiedziana na nieznanych powszechnie przykładach, z ciekawych punktów widzenia, bez narodowego nadęcia i słusznej linii. Dwa najbardziej przejmujące momenty to „Nikt Nie obiecywał” o losie Żydów w czasach komunizmu i poruszająca historia „Andrzej Panufnik wybrał wolność”. Nikt do tej pory nie śpiewał tak o Polsce.

 

ru-0-r-600,600-n-f357fa9bbbeb8787f24698759db7979fF1zqykGTbir

 

08   Córki dancingu   Ballady i Romanse

 

Lepsza książka czy film?  A może: lepszy film czy muzyka? Barbara i Zuzanna od Wrońskich nagrały muzykę do debiutu Agnieszki Smoczyńskiej i teraz dzięki komu wygrywają się te wszystkie nagrody, ha? To raczej rzadki przypadek, kiedy dominantą w brzmieniu jest syntezator, a mimo to nie drażni. Ale też nie na dźwięk zwraca się tu główna uwagę, to muzyka z tekstem, liryki sióstr to jedne z najlepszych dzieł w tym kraju, w ich lidze grają jeszcze Nosowska, Pablopavo, ktoś jeszcze? Muzyka zahacza siłą rzeczy o kiczowaty nastrój dancingu lat 80, ale na szczęście ucieka w onioryczność i niewinność, którą od zawsze siostry kilogramami przyprawiają swoją muzykę.

 

Fertile_Hump-Dead_Heart_2

 

07   Dead Heart   Fertile Hump  

 

Na takie granie mówi się zdaje się, sztos. Dodajmy jeszcze amerykański garażowy sznyt jak spod ręki Jacka White’a. Jest luz obcy większości polskich zespołów i sporo kapitalnego songwritingu, skoro w Ameryce już jesteśmy. Czy to akustycznie, czy elektrycznie wszystko trafione w punkt. To najprostsze granie, jakie tylko można sobie wymyślić, może właśnie dzięki temu ma w sobie całą tą energię, jaką strzelał w nas rock nad roll we wszystkich swoich najjaśniejszych odcieniach. Dwa wnioski końcowe: po pierwsze primo, jak to się mówi, numer tytułowy to jeden z najlepszych sztosów (słowo na dziś) roku 2016, po  drugie zaś Magda Kramer zwalnia Mewę Chabierę na stanowisku: najlepszy dziewczyński wokal w tym kraju.

 

12896409_10206905514855557_409634238_o-1

 

06   Masala Soundsystem   Ziemia na sprzedaż

 

To muzyka totalna. Korzenie sięgają Indii i muzyki, jaką zaraził ich Max Cegielski, Praczas robi niezłą dyskotekę, Pan Duże Pe nawija z wściekłością, a są jeszcze Daniel Moński, Bart Pałyga czy DJ Spox, którzy ciągną kołdrę w swoją stronę. Nie nagrywają często, ale każde pojawienie się na scenie to potężna dawka energii, przede wszystkim jednak przerażający raport o stanie świata i apel o pobudkę, nim będzie za późno. Wysłuchajmy ich, nim rzeczywiście będzie.

 

okl_okl_55437

 

05   Las   Kristen

 

Mamy to! Kristen nagrał album życia, złożony z repetycji, pulsu, pędu i drive’u. To math rock w najczystszym wydaniu, myślę że Battles mogą czuć się zazdrośni. Instrumentalne utwory prowadzą do finału, do tytułowego lasu gdzie w końcu pojawia głębszy oddech i słyszymy śpiew Michała Bieli. Muzyka rodziła się podczas improwizacji w sali prób, ale właściwy kształt przyjęła w studiu, gdzie zaczęły powstawać coraz bardziej rozbudowane pętle, a nowy nabytek podkradnięty z Robotobiboka, Maciej Bączyk otwiera kolejny wymiar, w którym zespół śmiało podążył. Zaryzykowali, udało się. Mamy to!

 

prosta-piosenka-b-iext40602211

 

04   Prosta Piosenka   Martyna Jakubowicz

 

W roku 60. urodzin, prawie czterdzieści lat po debiucie Martyna Jakubowicz wciąż brzmi świeżo, żywo, przede wszystkim mądrze. Znów opowiada nam o sobie, tak jak zawsze dzieli się przemyśleniami i jak zwykle trudno się z nią nie zgadzać. Jest relacja z przyjacielskiej popijawy („Kota na kolanach mam”), kronika sercowych uniesień („Wielka słabość”), ale i smutne refleksje osobiste czy nad stanem świata. Mało kto tak jeszcze potrafi pisać w tym kraju.

 

Print

 

03   Shy Albatross   Woman Blue

 

Do niedawna animator muzyki żydowskiej w Polsce, jakiś czas temu rozpoczął poszukiwania nowych inspiracji wśród folkowych tradycji z różnych świata stron. W ciągu kilku lat zebrał dwie supergrupy (może nawet trzy, o czym później) i nagrał kilka płyt, które wprawiają w osłupienie. Tym razem mamy opowieść o uciśnionych mieszkańcach Ameryki, i to uciśnionych podwójnie. Blues czarnych kobiet rozbrzmiewa po afrykańsku w „See See Rider”, azjatycko w “Blind man stood on the way and cried” i amerykańską tradycją w „Dink’s song”. Subtelnie zaznaczone aranżacje pozwalają docenić też kunszt pozostałych gwiazd, perkusistę Huberta Zemlera i wibrafonistę Miłosza Pękalę. Muzyka płynie wagonowym rytmem a jej trans udziela się tym bardziej, im dłużej się jej słucha.

 

okl_okl_55699

 

02   Zaświeć Niesiącku and Other Kurpian Songs   Żywizna

 

Skąd jest ten gość? Raphael Rogiński stał się dziś chyba najważniejszą postacią na polskiej scenie, nowym Niemenem. Co kilka miesięcy wyciąga z rękawa kolejnego asa, końca nie widać. Coltrane, muzyka afrykańska, blues czy kurpiowski folk – bez różnicy, wszystko doskonałe, w dodatku wszędzie słuchać pieczęć autora. Tym razem w duecie z Genowefą Lenarcik tworzy zaskakujący duet gdzie tradycyjne pieśni kurpiowskie spotykają world music z Afryki, Azji i kto wie skąd jeszcze. Zaskakujące jest w niej to, jak te dwie odległe tradycje doskonale współgrają ze sobą. To lekcja humanizmu ale i spotkanie z naturą – płyta nagrywana była w środku Puszczy Kurpiowskiej, pod chmurką, żywizna oznacza naturę właśnie. Czym Rogiński zaskoczy nas jutro?

 

blysk-b-iext36331832

 

01   Błysk   Hey

 

2015 – Błysk – Szum – Prędko/Prędzej – Ku Słońcu – Dalej – Hej Hej Hej – I tak dalej. Nie pozostawiają wątpliwości o czym rzecz. Miejska gonitwa, warszawskie starcia i zwarcia, pęd ku obietnicy szczęścia. Niby nic odkrywczego, żadne fajerwerki, każdy fragment wyposażony jednak w szlagwort, ten mały fragment który nadaje szlachetności utworom w warstwie dźwiękowej, co do liryki nie ma o czym w ogóle mówić. Nosowska godnie zastępuje Osiecką, Młynarskiego, Olewicza. Przez te prawie ćwierć wieku zbudowali sobie taką pozycję, odsadzili konkurencję tak zdecydowanie że sami zastawili na siebie sidła, nikt nie oczekuje po prostu nowej płyty Heya, to już zawsze musi być wydarzenie, nowy rozdział  w muzyce. Dlatego zwolnili wydawnicze tempo, nagrywają dopiero wtedy kiedy mają coś do powiedzenia. I znów powiększają przewagę, inni zaliczają pudła i karne rundy, tu niezmiennie strzały w dziesiątkę. Ciągle błysk.

 

 

Nagroda specjalna:

 

masecki

 

Symfonia nr 1 „Zwycięstwo”   Marcin Masecki, Orkiestra Dęta OSP w Słupcy

 

To projekt muzyczny, ale jeszcze bardziej ludzki. Pan z Warszawy, Marcin Masecki przyjeżdża do małej Słupcy, do skromnych muzyków strażackiej orkiestry i pokazuje im nowy muzyczny świat. Do tej pory grali proste marsze, teraz mają do czynienia z muzyką współczesną, z profesjonalnym podejściem do grania, ale jeszcze bardziej myśleniem o muzyce. Po kilku miesiącach muzycy są już innymi ludźmi, widzą więcej i chcą więcej. Chciałoby się żeby tego więcej zachciało więcej Polaków.

 

karl

50 najlepszych płyt 2016: Świat

00 płyty 2016

 

 

 

j_b

 

50   You and I   Jeff Buckley

 

Przez cztery i pół minuty wydawało mi się, że on jest z nami – napisał ktoś w komentarzach na YT.  Takie pośmiertne premiery z odnalezionym w cudownych okolicznościach materiałem to częsty sposób na łatwy skok na kasę. Ma jednak Buckley wciąż sporo fanów  i każda płyta, na której byłaby chociaż jedna nowa piosenka jest warta wydania. Zawsze.

 

Wilco_Schmilco_Cover

 

49   Shmilco    Wilco

 

„Shmilco” to powrót do grania z wiejskich festynów, wśród snopków siana i zabytkowych traktorów. Zespół zatoczył koło, zaczynali jako spadkobierca Uncle Tupelo, pionierów alt.country żeby po latach stać się jednym z najważniejszych formacji alternatywnego rocka za oceanem. W studiu w zasadzie mógłby zjawić się Jeff Tweedy solo, jego głos i akompaniament akustycznej gitary odpowiada za nastrój. 

 

JakeBugg-BitterSalt-smalpx

 

 

48   On My One   Jake Bugg

 

Bugg spotkał się z Mikiem D z Beastie Boys który zachęcał go do poszerzenia  horyzontów. Poszerzył je tak, że nagrał płytę która zaszokowała fanów. Jest elektrycznie a nawet elektronicznie. „Bitter Salt” powraca do najlepszych czasów britpopu, „Gimme the love” to rave jak z płyt Stone Roses, w „Ain’t No Ryme” Jake wręcz rapuje. Nie zapomniał jak pisze się zgrabne kawałki na głos i gitarę akustyczną. Ale nawet tutaj obserwujemy przemianę, to już nie skoczny brytyjski folk, ale medytacyjny amerykański blues jak w utworze tytułowym.

 

xj61q6clcq3yzqhulfaadyca_682

 

47   Acoustic Recordings 1998–2016   Jack White  

 

W ten sposób poznajemy artystę. White zdejmuje zbroję, staje prze mikrofonem jedynie z akustyczną gitarą, bez tony efektów i studyjnej postprodukcji wciąż potrafi zaintrygować słuchacza. Te 26 utworów to tylko wyciąg z archiwów, akustyczne wersje piosenek znanych z płyt i nigdy nie publikowane ciekawostki. Starczyło jednak na pełnoprawną płytę, jedną z ważniejszych wydarzeń roku.

 

2c34c1fc

 

45   The Getaway   Red Hot Chili Peppers

 

Rick Rubin wprowadził ich do świata rocka, zapewnił nieśmiertelną sławę, o milionach dolarów nie wspominając. Ćwierć wieku później zmienił go Danger Mouse odpowiedzialny raczej za scenę taneczną. Ale karierę Red Hotów odmierzali raczej gitarzyści niż producenci, i mimo zmian ma sporo wspólnego z poprzednią płytą, na której debiutował Josh Klinghoffer. Jest refleksyjnie, w tempach raczej średnich, przede wszystkim jednak nierówno. Po pierwszych trzech nośnych numerach chłopaki zaczynają szyć „w stylu” Chili Peppers, bez większego jednak przekonania. Na wysokie obroty ponownie wpadają na wysokości „Detroit”, odzie do dawnej sławy miasta i zostają już przy tej prędkości. Będzie jeszcze punk, żeby zakończyć psychodeliczną mieszanką w „Dreams of Samurai”. Nowy, szlachetniejszy rozdział w karierze otwiera się więc na dobre. Płyta z wieloma dobrymi momentami, warta dołączenia do kolekcji.

 

Santigold_-_99¢

 

 

44   99 ¢    Santigold

 

To jeden z najbardziej oryginalnych, jednocześnie mądrych głosów we współczesnym popie. Płyta brzmi współcześnie, ale jednocześnie słuchać najlepszą muzyczną tradycję, od muzyki afrykańskiej, przez rap po szlachetny pop lat 60. Nie ma tu gonitwy po kesz (Beyonce) czy fejm (Miley Cyrus). Santigold jest muzykiem z krwi i kości, wie co to dobre kompozycje, aranż, ma własny styl.   99¢ nie jest najłatwiejsza w odbiorze, wymaga cierpliwości i skupienia, być może kilku odsłuchań, I to dokładnie potwierdza klasę Santigold.

 

rival-sons

 

43   Hollow Bones   Rival Sons

 

To nie jest wielki, wyrzucający z siebie kłęby gryzącego dymu pociąg z wielkim pługiem z przodu przemierzający bezdroża Alaski w środku śnieżnej zimy. Innymi słowy nie ma przecierania ścieżek, robią to, co dziś pozostało do robienia w muzyce, żonglują emocjami, które muzyka rozrywkowa zostawia w naszych głowach czy gdziekolwiek indziej. To muzyka dla koneserów gitarowej klasyki, pocięta ze starych płyt i złożona na nowo tak, że nie widać szwów. Pierwszy raz w górach czy nad morzem zawsze pozostanie niezapomniany, ale przecież jedziemy tam znów i znów i znów, żeby spędzić miłe chwile. I tak samo jest z Rival Sons, „Hollow Bones” daje nam wszystko to, czego obiecujemy sobie po muzyce. Brzmienie, rockowy groove, wokal od którego niektórzy dostają gęsiej skórki. Gitarowe Shangri-La dla każdego.

 

Kvelertak_Nattesferd

 

42   Nattesferd   Kvelertak

 

Balans pomiędzy black metalem i punk rockiem wychodzi coraz bardziej naturalnie. Trzeci album ma największy radiowy potencjał, chociaż to wciąż propozycja dla zagorzałych fanów ciężkiego gitarowego grania. Ale weźmy takie „1985″ czy „Nattesferd” – Foo Fighters wzięliby oba numery z pocałowaniem w rękę.

 

319b28a2dff3125ed22e67b6f65056bb971d0259

 

41   untitled unmastered   Kendrick Lamar

 

Co to jest za gość? Nie dalej jak rok temu wydał album ogłoszony przez wielu najlepszą płytą 2015 roku, a kilka miesięcy później przynosi coś takiego? Na szczęście da się to wyjaśnić. untitled unmastered to zwyczajnie To Pimp a Butterfly 2. Tamta sesja okazuje się nadzwyczajną eksplozją sił kreatywnych, której efekty nie pomieściły się na jednym krążku. Stąd Kendrick poprawia rok później z resztą kawałków, jak sam twierdzi nawet bez mixu i masteringu, surowy zrzut z taśmy. Kanye i Jay Z może i mają okładki pism, on ma muzykę.

 

tao-of-the-devil

 

40   Tao Of The Devil   Brant Bjork

 

Jeśli są jeszcze jakieś zakątki, z których zaraza komercji nie wymiotła grania  w starym stylu, to Brant Bjork i jego formacje można tam znaleźć. Jest tam wszystko – i brzmienie, i wpadające w ucho melodie i po prostu Branta nie da się po prostu nie lubić. Także tak.

 

By-Default

 

39   By Default   Band of Skulls

 

Są dobre numery, zabójcze brzmienie i zaraźliwa melodyjność. Kiedyś całkiem serio podążali wszędzie tam, gdzie zapuszczał się Jack White, dziś odgrywają rockową klasykę z przymrużeniem oka. Że nie bronią etosu gitarowego grania? Ile można?

 

emily-capa

 

38   Emily’s D+Evolution   Esperanza Spalding

 

W tą płytę włożyła zdecydowanie najwięcej pracy, to słychać od pierwszych sekund. Wypływa na zupełnie inne wody, brzmienie, dynamika i harmonie to w jej przypadku zupełne novum. Ten kociak dostał kolejne życie, choć ma dopiero 22 lata.

 

IMG_1822_ef8d7469-b84a-4b3c-8029-f89f81b817ac_1024x1024

 

37   Head Carrier   Pixies  

 

Duma Bostonu odmieniła kształt muzyki rozrywkowej, ale nie doczekała się nawet własnej etykietki (do szuflady rock alternatywny czy indie rock można wrzucić miliony kapel) ani rozpoznawalności jaką zyskali ich uczniowie, Nirvana czy Radiohead. Ich powrót dekadę temu też zniknął w tłumie innych powrotów gwiazd lat 90. A Torba Na Głowę? Jak zwykle trwa wojna postu z karnawałem, czyli jazgotliwość występuje na zmianę z melodyjnością. Nie ma już Kim Deal, Frank Black stał się Black Francisem, Pixies jednak mają się dobrze, takie płyty wciąż sprawdzają się na niezależnych potańcówkach.

 

005861889_500

 

36   Can’t Touch Us Now    Madness

 

Jeśli szukać porządku w tym szalonym świecie, Madness uosabia brytyjskość, poczucie humoru, dystynkcję i refleksję. Nie zawsze tak było, minęło jednak 40 lat od kiedy grają razem i drugiego „One Step Beyond” nie ma się co spodziewać To już inny zespół ale nie powiedziałbym że gorszy.

 

0a271d4e67bd880000c1807d71fee9ed7a4834a7

 

35   Love & Hate   Michael Kiwanuka

 

Sztuka to tworzenie nowych, wymyślonych światów, które jednak pozostają w bezpośredniej łączności ze światem rzeczywistym. Wiem, to skomplikowane, sam się czasem gubię. Innymi słowy chodzi o to, żeby artysta zaczarował odbiorcę tak, żeby ten lepiej zrozumiał siebie i świat. Kiwanuka potrafi czarować. Melodiami, które czepiają się człowieka i nie chcą puścić, tembrem głosu, skromnością w operowaniu jednym i drugim.

 

163b6904

 

34   The Hope Six D. Project   PJ Harvey

 

To coś więcej niż tylko kolejna płyta w dyskografii, to project muzyczno-podróżniczo-polityczny, elegia na nierówności współczesnego świata, na grozę wojny, krzyk na pomoc. Zebraliśmy się tu jednak w określonym celu, PJ występuje w towarzystwie innych muzyków, przyjrzyjmy się zatem muzycznej propozycji. To płyta nieco nierówna, po zaledwie dwóch minutach świetnego otwierającego „Community of Hope” płyta wpada w niski ton, grzęźnie w eksperymentach melodycznych i rytmicznych. Pojawiają się jeszcze przejaśnienia klasycznego songwritingu, generalnie to jednak płyta dla zagorzałych fanów Harvey, trudno będzie przy okazji tej płyty liczyć na nowych.

 

84e54b7edba669b2b2598234f97fae29aae5dbd3

 

33   No Burden   Lucy Dacus

 

Nie wiem czy Courtney Barnett, objawienie 2015 roku miała wcześniej siostrę, teraz na pewno już ma. Lucy Dacus doskakuje do poprzeczki zawieszonej przez siostrę bez większego problemu i melduje się na mecie bez zadyszki. Za co te wszystkie ochy i achy? Za tworzenie czegoś z niczego, proste piosenki zbudowane z akordów wykorzystanych miliardy razy przez poprzedników wyposaża w hipnotyczną siłę ukrytą w tembrze jej głosu, która nie pozwala oderwać się od głośnika.

 

miaaim

 

32   AIM   M.I.A.

 

Tytuł wskazuje zwrot, ale wszystko bez zmian. Konglomerat dancehallu, electro i muzyki bengalskiej może u niektórych wywoływać dysonans poznawczy, ale tak samo było czterdzieści lat temu, kiedy Sex Pistols szokowali Anglię swoją muzyką, swoim wyglądem i zachowaniem. MIA jest tym samym muzycznym rebeliantem walczącym z niesprawiedliwością tego świata, forma muzyczna jest bez znaczenia. Muzyczny taran ma burzyć mury i otwierać głowy zakutym łbom. I robi to, każda piosenka to cios wyprowadzany na szczęką naszych stereotypów, naszego wygodnictwa i umysłowego lenistwa.

 

005139689_500

 

31   Side Pony   Lake Street Dive

 

Długo zastanawiałem się, jak nazwać fenomen tego zespołu. Jak nazwać to „coś”, co sprawia że słucha się ich z taką przyjemnością. To muzyczna kultura z czasów, kiedy nikt nie pluł i żuł gumy na ulicy, mężczyźni nosili kapelusze a kobiety sukienki. Kiedy muzykę tworzyli ludzie o ponadprzeciętnym talencie, a słuchacze doceniali muzykę inaczej niż dziś, niosąc płytę ze sklepu, odpakowując krążek i nastawiając na gramofonie. Po protu umowa między artystami a słuchaczami była inna. To właśnie z tamtych czasów pochodzi ta muzyczna elegancja.

 

b0ae2d99

 

30   Changes   Charles Bradley  

 

Nieprzebrane pokłady życiowego doświadczenia, cierpienia i akceptacji kryją się w głosie Charlesa Bradleya, który zasłużył na międzynarodową sławę po tym, jak ukończył 60 lat. Mógłby sporo opowiedzieć tym, którzy dziś odkrywają brzmienia retro. Mógłby i robi to, wystarczy posłuchać „Changes”.

 

CassMcCombs_MangyLove

 

29   Mangy Love   Cass McCombs  

 

Cass jest świetnym melodykiem. Jubileuszowy, dziesiąty album (wliczając debiutancką EPkę) nie przynosi niespodzianek. to wciąż melancholijne numery o sporej sile rażenia opowiadane z hipnotycznym urokiem.

 

983e37b5edc4858d78b6ba0b68e9b5c3f2ec1a6c

 

28   Solange   A Seat at the Table

 

Choć nie jest to fenomenalna płyta, pokazuje fundamentalną różnicę w podejściu do muzyki między dwiema siostrami, a przy okazji w całej dzisiejszej popkulturze. Większość utworów ma przemyślaną aranżację, ciekawe harmonie, słychać brzmienie instrumentów innymi słowy powstały one z chęci wyrażenia emocji a przy okazji zagrania dobrej muzyki. Płyty siostry brzmią sztucznie, biją z daleka plastikiem, bo powstają jedynie z chęci dominacji w muzycznym świecie – dla sławy i dla pieniędzy, dokładnie odwrotnie niż śpiewał za młodu Włodi.

 

Basia_Bulat_Good_Advice_Pack_Shot 

 

27   Good Advice   Basia Bulat

 

Sporo się ostatnio pojawiło polskich nazwisk w muzyce z zagranicy, Basia reprezentuje Kanadę, czy może reprezentowała, od niedawna zamieszkuje w Louisville. Jim James, pan od My Morning Jacket zajął się produkcją i dostajemy najlepszą płytę w karierze, ze świetną dynamiką, słoneczną, z folkowymi akcentami ale też chwytliwą jak choćby singlowe „Long Goodbye”. Pani Barbaro, samych sukcesów.

 

f060f9fe

 

26   Azel   Bombino

 

Bombino wykazał godną podziwu postawę nagrywając swoją drugą płytę. „Nomad” okazał się przepustką do wielkiej kariery, ale tu nie mamy nic z „Nomada”, to zupełnie inne granie. Nie ma takiego naturalnego, pustynnego bluesa znanego z płyt starszych kolegów Tinariwen. Bombino proponuje melodie kojarzące się raczej z Europą niż Afryką. Jedno pozostaje niezmienne – wciąż potrafi hipnotyzować swoim graniem.

 

 

unnamed-31

 

25   Big Boat    Phish

 

Jak słuchać płyt? Czy po kolei, czy może włączyć wybieranie losowe? Z „Big Boat” nie ma tego problemu, festiwal stylów na tej płycie sprawia, że nie wiadomo czy słuchamy płyty, czy przełączyliśmy się na radio. Trey Anastasio niczym Noe zabiera na Arkę wszystkie stworzenia małe i duże. W końcu to Big Boat. Zaczyna się nieco dętym rockowym hymnem, a potem karuzela kręci się w rytm pseudo reggae, białym soulem w stylu Billy Joela, popem z lat 90., jest knajpiana przyśpiewka i rock progresywny, jest skoczne funky, folkowa ballada i zabawy elektroniką. Czyli u Phisha po staremu, nie chce dorosnąć i się ustatkować. Z tego powodu nigdy nie zyskał wielkiej sławy, za to ma stałe grono wiernych wyznawców. Mało kto potrafi wodzić za nos z takim wdziękiem.

 

CS609879-01A-BIG

 

 

24   Strange Little Girls  Garbage

 

Butch Vig byl producentem słynnego “Nevermind” czy płyt Smashing Pumpkins, żeby chwilę później robić remixy dla U2, Depeche Mode i House of Pain. Shirley Manson grała goth/indie rocka w Wielkiej Brytanii opanowanej przez rave i triphop. Stworzyli wspólnie zespół, który dziś uchodzi za definicję lat 90. To były szalone czasy i nie takie dziwactwa można było zobaczyć na MTV. Nowa płyta bardzo mocno pachnie tamtymi czasami. Oczywiście, wszyscy jesteśmy dwadzieścia lat starsi, to płyta spokojniejsza, bardziej refleksyjna, triphopowa. Ale jakie tu kryją się perełki! Po singlowym „Empty” następuje „Blackout” rozpoczynający się jinglem z Idola, ale kopie tyłek jak Nirvana. Potem płyta skrywa się nieco w mroku, żeby powrócić na rockowe tory przy „We Never Tell”. Wystarczy godzinka i jestem młodszy o parę lat. Więcej takich płyt, chciałoby się rzec.

 

call-it-what-it-is

 

23   Call It What It Is   Ben Harper & The Innocent Criminals

 

Ben Harper powraca ze swoim niepowtarzalnym głosem i brzmieniem zespołu nie bez powodu. Dallas w stanie Teksas, Baton Rouge w Luizjanie i w Falcon Heights w Minnesocie to były gorące miejsca na politycznej mapie Ameryki w tym roku. Call It what it is – It’s a murder śpiewa w utworze tytułowym. Na świecie wciąż niestety muszą powstawać protest songi. Ben Harper bez względu na wszystko wciąż będzie nam o tym przypominać.

 

005515500_500

 

22   The Bride    Bat For Lashes

 

Najnowszy album wylatuje czasem na poziom do którego przyzwyczaiła nas Natasha Kahn, czasem nieco zawodzi, wciąż jednak nowe nagrania to wciąż wydarzenie, wciąż brzmi to świeżo i oryginalnie. Trudno było ostatnio nadążyć za Natashą, dwa lata temu ogłosiła przerwę w karierze potrzebną na odpoczynek od muzyki. Nie wytrzymała jednak długo i pod szyldem Sexwitch wydała kolekcję remiksów ludowych melodii z całego świata. Teraz dostajemy kolejny album pod dobrze znanym już szyldem i nie jest źle. Pierwsza część płyty nerwowa, mroczna jak zwykle, potem jednak dostajemy muzykę bardziej potoczystą, jakby służącą jakiemuś tajemniczemu obrzędowi (bądź co bądź jest Pasztunką), żeby zakończyć żeby zakończyć kilkoma zmysłowymi balladami.

 

160514

 

 

21   Never Twice    Nick Waterhouse

 

Swing to rzadki gość na płytach polskich artystów, u nas wszystko raczej odbywa się marszowo, lewa, lewa. Chyba dlatego za każdym razem, gdy pojawia się nowy zespół, który bezczelnie kręci biodrami jak na potańcówce w Nowym Orleanie z miejsca trafia do mojego notatnika. Oglądając ostatnio „American Graffiti” zrozumiałem że nic się dziś tak nie sprzedaje, jak nostalgia. Nick Waterhouse dawno też zrozumiał, że im bardziej cofniemy się do historii muzyki, tym lepsze będą tego efekty. Na płycie mamy rhythm’n'bluesa spod znaku Raya Charlesa czy Bo Diddleya, sam wyglądając jak Buddy Holly. Jeśli basowy riff z otwierającego płytę „It’s time” można jeszcze uznać za współczesny, to już kolejne numery zabierają nas do krainy szczęśliwości sprzed sześciu dekad.

 

a3992597429_5

 

20   Baptistina   Heaters  

 

Z łatwością można by wymieniać pierwsze skojarzenia, ale gdyby trzeba było wskazać konkretne tropy? Rock psychodeliczny, space rock czy fuzz rock stanowią bazę dla zupełnie oryginalnej wypowiedzi przy pomocy perkusji gitary i basu. Trio z Grand Rapids po uszy zanurza się w transie, podstawowym pomysłem jest tu repetycja, rockowa mantra której sami stajemy się uczestnikami. Kula Shaker przed kilku laty znalazła naśladowców w postaci Temlpes. Teraz w sztafecie pokoleń pojawiają się Heatersi, najbardziej z całej trójki rockowi. I z pewnością nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

 

Dinosaur-Jr-Give-A-Glimpse-Of-What-Yer-Not-640x640

 

19   Give a Glimpse of What Yer Not   Dinosaur Jr

 

Po premierze tu i ówdzie pojawiły się głosy, że J Masics pcha na siłę zgraną do cna formułę. Nie wychodzą może panowie poza strefę komfortu, ale jeśli jest to jednocześnie strefa pisania świetnych gitarowych numerów niech pcha jeszcze wiele lat.

 

metallicaalbum

 

 

18   Hardwired…To Self-destruct   Metallica

 

W latach 80. grali najbardziej bezkompromisowo, w latach 90. zyskali najwięcej fanów i  do tych momentów w karierze się odnoszą. Więcej jest tu „Czarnego Albumu” i „Load”, za to klamrą spinającą album są dwa klasyki trashu mocno nawiązujące do debiutu. Oceny dostaje skrajne, ale wystarczy otworzyć okno i rozejrzeć się trochę po współczesnym szołbiznesie. Powodów do zachwytów wiele nie ma, dlatego na tym tle „Hardwired…” jest wydarzeniem. Tej płyty po prostu świetnie się słucha, 77 minut to może przesada, ale wstydu nie ma. Mówiąc w skrócie, Metallica nie skończyła się na Kill ‘Em All.

 

005160291_500

 

17   case/lang/veirs   case/lang/veirs  

 

Nie zawsze więcej znaczy lepiej. Nie każde spotkanie wielkich nazwisk kończy się artystycznym zwycięstwem. W tym przypadku jednak się udało, dostajemy zestaw nastrojowych, minimalistycznych perełek. Bez produkcyjnego nadęcia, trzy głosy i subtelny akompaniament, Crosby, Stills and Nash w żeńskiej wersji. Piękna rzecz.

 

hidden-city

 

16   Hidden City   The Cult

 

Mniej więcej w tym samym czasie zaczynali Red Hoci, Metallica czy koledzy z sąsiedztwa, New Model Army. Na początku lat 90. palmę pierwszeństwa wyrwał im z rąk grunge, ale szybko ją upuścił. W nowym wieku próby dorównania kroku kończą się podróbkami w rodzaju Foals, Biffy Clyro czy Muse. Rządzą. W dodatku nagrywają coraz lepsze płyty, przynajmniej w kwestii brzmienia. Dwa razy zawieszali karierę, ale kiedy wrócili na dobre w 2005 roku nagrywają petardy. „Hidden City” to zamknięcie tryptyku, zamknięcie z klasą. Większość to rockowe pewniaki, możemy być pewni że zawsze coś extra dostajemy od Billy’ego Duffy, Astbury zamyka usta Axlowi czy Hetfieldowi. Ale prawdziwa uczta to cztery singlowe rockowe buldożery. „Dark Energy”,  „Hinterland”, „GOAT” i „Deeply Ordered Chaos” wyznaczają standardy dla gitarowego brzmienia na nowy wiek, nie wspominając o tym,  że doskonale bronią się same kompozycje.

 

The-Last-Shadow-Puppets-Everything-Youve-Come-to-Expect

 

15   Everything You’ve Come to Expect    The Last Shadow Puppets  

 

 

Z pozoru to niezwykle atrakcyjna wydmuszka, błyszcząca na zewnątrz, jednak pusta w środku, nie opowiadająca świata, ale tworząca go kreacja dwóch blagierów współczesnego rocka. Jednak Turner i Kane kilka lat temu rzeczywiście przenieśli się z deszczowego Londynu do słonecznej Kalifornii. Zaczyna nabierać sensu? Opowieści o szampanie pitym przy luksusowym basenie, seksie z pięknymi kobietami – generalnie o zepsuciu współczesnego świata które jednak w Kalifornii wygląda niezwykle fotogenicznie to jedno, ale 30-osobowa orkiestra która naśladuje brzmienia z początków serii o Bondzie, pop lat 60. spod znaku Burta Bacharacha to zupełnie coś innego. Śmiała koncepcja łatwo mogła wymknąć się spod kontroli, wyszło jednak świetnie, pocztówka z czasów kiedy muzyka nosiła jeszcze znamiona szlachetności dotarła pd wskazany adres.

 

a4026370642_10

 

14   super low   Warehouse

 

Warehouse to nie jest pojęcie do końca mi obce, kilka poznałem bliżej, ale w  żadnym nie grali takiej muzy. Koledzy też nie słuchali niczego podobnego. No dobra, zagramy jak cover band The Strokes i Bombay Bicycle Club naraz ale za to wokal pójdzie jak Iggy Pop na kacu – jeśli nie tak brzmiała rozmowa na pierwszej próbie to nie wiem, jak mogła brzmieć. Najważniejsze, że przynoszą na próby ciekawe rzeczy z których powstają jeszcze ciekawsze numery. Druga płyta nie przynosi większych zmian, może z wyjątkiem tego,że jest po prostu lepiej, kompozycje są bardziej rozbudowane, ale też bardziej melodyjne. Jeśli ktoś szuka nieznanego zespołu,który mógłby dołączyć do zestawu swoich ulubionych kapel, Warehouse będzie w sam raz.

 

10_700_700_545_williamtyler_moderncountry_900px

 

13   Modern Country   William Tyler  

 

William Tyle nigdy nie występował w One Direction. Zresztą nie dawałbym mu większych szans w castingu. Z korzyścią dla nas Tyler jest muzykiem. Do opowiadania historii służy mu gitara, wystarczy zamknąć oczy i niemal natychmiast pojawiają się obrazy. To opowieści o Ameryce, o przestrzeni, podróży, samotności albo radości. Potrafi skubany zrobić to wszystko bez jednej linijki tekstu. Spore wrażenie robią otwierające i zamykające płytę suity, ale prawdziwą perełką jest „Gone Clear”, a dokładnie to, co dzieje się od połowy trzeciej minuty. 

 

a1136135788_5

 

12   My Woman   Angel Olsen

 

Dziś wszystko jest post, nawet muzyka. Post-stylowa, post-gatunkowa, dziś underground miesza się z mainstreamem, pop łączy się z punkiem, zgrzytliwe gitary towarzyszą ejtisowym klawiszom. Taka jest Angel Olsen na najnowszej płycie, nie decyduje się na jedną z dróg, ale tworzy własny amalgamat inspiracji i zauroczeń jakie spotkały ją w życiu. Nie zwalnia jej to z obowiązków kompozycyjnych i z tych wywiązuje się bez pudła. Choćby za „Sister”, dramatyczną balladę w stylu Fleetwood Mac należą się wielkie brawa.

 

bowie-blackstar-vice

 

11  Blackstar   David Bowie

 

Ta płyta to więcej niż płyta, tak jak sztuka Bowiego to więcej niż sztuka. Niby wszystko było oczywiste, aż po pierwszych recenzjach świat nagle się zatrzymał i wszelkie analizy można było wyrzucić do kosza. Osobiste requiem miało w zamierzeniu być najdoskonalszym dziełem, jakie wyszło spod jego ręki. Syntezą nie tylko własnej twórczości, ale muzyki rozrywkowej w ogóle. Ale chyba nie do końca się to udało. Jazzowe ornamenty, wydumane harmonie nie były w stanie przykryć braku porywających kompozycji, choć też pewnie na śpiewanie „Let’s Dance” nie było go już stać. Odrębną historią jest 10-minutowa tytułowa suita. To domknięte koło życia, opowieść o początku i końcu, mieszanka radości i goryczy to z pewnością argument za tą płytą. Niestety w ostatniej chwili nie starczyło na wiele więcej.

 

Stiff

 

10   Stiff   White Denim

 

Cała ta fala retro staje się już powoli męcząca, ale tylko dlatego że większość nie potrafi doskoczyć do poziomu White Denim. Kiedyś grali punka podbitego Teksasem, „Stiff” to już druga płyta gdzie pochylają się nad rockiem lat 70. Rozpoczyna się w stylu KISS czy może raczej Queen, na drugą nóżkę dostajemy Bad Company czy inne Doobie Brothers, dalej jak na karuzeli – trochę funku, trochę soulu, trochę soczystych riffów. Jeden z nielicznych zespołów nowego wieku, które naprawdę wiedzą jak grać z jajem. Piszą jak Bitelsi, grają jak Cream, brzmią jak James Brown. Szkoda że nie powstaje już jeden z seriali wszech czasów, „Różowe Lata 70”. Mogliby nagrywać muzykę do każdego odcinka.

 

NMA_WINTER_FRONT_COVER

 

09    Winter    New Model Army

 

Sporo się zmieniło od 1980 roku, ale Justin Sullivan brzmi tak wtedy. Głos dźwięczny jak u Dickinsona, przejmujący jak u Kaczmarskiego. I to niezmiennie największa zaleta każdego albumu New Model Army, słuchając go czujemy się bezpiecznie jak w łonie matki, świat wciąż stoi na swoim miejscu. Dokładnie przeciwny jest jednak wydźwięk płyty, to opowieść o świecie który odchodzi do historii, migracje milionów stawiają nowe wyzwania, na które chyba nie jesteśmy gotowi. Muzycznie? Mistrz z Bradford wciąż potrafi komponować, zmieniający się u jego boku muzycy dostarczają nowych zasobów energii, maszyna wciąż mknie dalej.

 

0290bc67

 

08   Patch the Sky   Bob Mould

 

Ostatnio każdego roku przypominają się bohaterowie z mchu i paproci, czyli dawna gwardia punka i postpunku. Bob Mould zakładał w 1979 roku Hüsker Dü. Ale to jeszcze nie powód, by wyróżnić tą płytę. To zestaw świetnych alternatywnych hymnów dla dawnych czasów. Punkowy charakter i rockowa melodyjność idą tu w parze, Mould niby przeżył już trochę, czego zupełnie nie ukrywa w teledyskach, z drugiej strony nie ukrywa swojej przeszłości. Miał swoje chude lata, ale po „Silver Years” i  ”Beauty & Ruin” to kolejny prawy prosty, który wyprowadza na szczękę krytyków.

 

TTB_Cov_5x5-HI

 

07   Let Me Get By   Tedeschi Trucks Band

 

Muzyczne mody fruwają nad ich głowami ale ich to jakby nigdy nie obeszło, tu nie znajdziemy nic innego niż szlachetną muzyczną tradycję. Tradycja Allman Brothers Band i całego southern rocka to jedno, ale Derek, Susan i kilkunastoosobowa orkiestra potrafią od zera zbudować siedmio- czy ośmiominutowe transowe kompozycje. Tradycyjna mieszanka soulu, funku, bluesa i country i tradycyjnie kompozytorska maestria.

 

a2965628692_10

 

06   Basses Loaded   Melvins

 

Jeśli jakiś wasz znajomy będzie się upierał że Nick Cave jest mistrzem wisielczej ballady, wskażcie mu palcem na ”The Decay of Lying” które kroczy, czy raczej wlecze się na czele płyty. A to nawet nie jest ich garnitur, „Choco Plumbing” to już prawdziwy pokaz siły a’la Melvins. Beer Hippie” mógłby by już uznany za apogeum ale to wciąż rozgrzewka. Łaska słuchaczy na pstrym koniu jeździ, inaczej Melvins byli by dziś popularniejsi niż Nirvana. Czy można grać bardziej posępnie i melodyjnie zarazem? Type O Negative swego czasu było niedoścignione w takich zawodach, teraz liderują Mevinsi. Ale kto wie, jeśli dalej będą nagrywać takie płyty może w końcu karta się odwróci. Nie wiem tyli czy King Buzzo by sobie tego życzył. 

 

19026552_rolling-stones-blue-and-lonesome

 

05   Blue & Lonesome    The Rolling Stones

 

Nie nagrywają już tak często jak kiedyś, częstują nas nowym materiałem raz na dekadę. Ale jeśli świętowało się siedemdziesiątkę już kilka lat temu, to raczej nic dziwnego. Własnie dlatego na każdy sygnał z obozu Rolling Stonesów czeka, wstrzymując oddech cały świat, z miejsca przerzucając się zachwytami, ochami i achami, często zupełnie niezasłużenie. Zabawne, nawet pisząc te słowa popijam z kubka z wielkim, czerwonym jęzorem. Innymi słowy trudno o obiektywizm mówiąc o Rolling Stonesach, podobnie jak trudno przecenić ich wkład w popkulturę naszych czasów. Te toczące się kamienie to młyńskie koła mielące mąkę na tort, którym potem wszyscy się zajadamy. Teraz możemy poznać źródła, z których płynęła woda która przez tyle lat je napędzała. Ten nowy materiał z początku aż taki nowy nie jest, panom w studiu wybitnie nie szło do momentu, aż dla relaksu zagrali „Blue and Lonesome”, który to numer wyszedł tak dobrze, że potem poszło jak z płatka. Stonesi wskazują wstecz mówiąc: może i jesteśmy jakoś tam ważni, ale byli lepsi od nas, od których się uczyliśmy. Nasz czas mija, teraz czas na następców żeby pociągnęli ten wóz. O tym jest ta płyta i dlatego warto o niej wspomnieć choć przez chwilę.

 

3d7f0f9d

 

04   Parquet Courts   Human Performance

 

Indie rock umiera, umiera i nie chce umrzeć. Jeśli nie stracił jeszcze racji bytu to głównie za sprawą takich zespołów jak PC i takich płyt jak HP. Weźmy taki „Dust” – zaczyna się jak piosenka jednego z błahych zespolików typu The Kooks czy Zutons, ale atmosfera gęstnieje, robi się mrocznie i zupełnie nie popowo. Albo złamany „Human Performance”, gdzie miejski folk spod znaku Dylana nagle przechodzi w typowy brytyjski rave. Niezwykle dojrzała muzyka, świetne kompozycje, własny język – pogłoski o śmierci brytyjskiej muzyki okazują się jednak mocno przesadzone. Brawo, chłopcy.

 

OLE-1090_SteveGunn_EyesOnTheLines_copy_2_1466070967

 

03   Steve Gunn   Eyes On The Lines

 

Sporo się u Steve’a Gunna zmieniło. Debiut dla legendarnej wytwórni Matador Records, skupiającej imponujący katalog alternatywnej muzyki skutkuje zmianą pomysłu na muzykę, kompozycje w większym stopni zaczęły przypominać piosenki, choć na szczęście nie z gatunku takich, które usłyszeć można w radiu. Zmiana to raczej proces, ewolucja niż rewolucja, wciąż sporo tu dawnego transu, Steve wciąż traktuje muzykę jak medytację. Wśród inspiracji wymienia muzyków bliżej nieznanych, takich jak La Monte Young, John Fahey, Sandy Bull czy przede wszystkim Michaela Chapmana. Tego ostatniego możemy zobaczyć w teledysku do „Ancient Jules”, utwór otwierający płytę i singiel promujący album. Muj borze, cóż to za uczta! Oglądałem ten teledysk na okrągło, kilka razy z rzędu i nie miałem dość! Nie wiem, czy lepsza jest tu muzyka czy obraz, folk rockowa, zadziorna ballada z charakterystyczną gitarową zagrywką staje się pretekstem do spotkania na ekranie dwóch pokoleń muzyków w starym angielskim domu Chapmana, gdzieś wśród uroczych wrzosowisk Yorkshire. Czy da się opisać słowami uczucia po obejrzeniu obrazu? Ta niesamowita kolekcja winyli, które razem przeglądają przy świetle lampy, kolekcja plakatów na ścianie sprzed pół wieku, stare, drewniane meble, znoszone kowbojki w kącie, pożółkłe zdjęcia, a potem kolejne wyciągane gitary i wspólne granie to właśnie muzyka Gunna. A może droga, którą przebył jego starszy kolega do miejsca w którym jest dziś. Steve wciąż jest w drodze, to płyta o podróżowaniu byciu w ruchu, łażeniu bez celu, gubieniu się i odnajdowaniu drogi. Jeśli brzmi jak banał to Gunn pokazuje, jak z tak ogranego tematu zrobić coś wielkiego. Małe arcydzieło, coraz rzadszy przypadek, kiedy utalentowani muzycy potrafią jeszcze zagrać kawałek muzyki szlachetnej, opowiadają nam historię, dzięki której stajemy się mądrzejsi. Lepsi.

 

norah-jones

 

02   Day Breaks    Norah Jones

 

Sporo się pozmieniało u pani Jones, mąż i dzieci wpłynęły znacząco na hierarchię wartości. Noce życie w zadymionych klubach ustąpiło miejsca życiu dziennemu. Nie mam już czasu na przesiadywanie w studio do piątej nad ranem – mówi. Dziś, kiedy dzieci pójdą już spać siadam przy pianinie w kuchni i komponuję. Nowa płyta to powrót do brzmienia ulubionego instrumentu i do nastroju z czasów debiutu. Specjalnie na potrzeby płyty powstała supergrupa (min. Wayne Shorter i Lonnie Smith) która poczuła się w studiu tak dobrze, że płyta została nagrana na żywo, bez żadnych dodatkowych ścieżek. Dzięki temu dostajemy świetne, żywe brzmienie i najlepszą płytę Nory od lat.

 

e6ea053b

 

01 Post Pop Depression    Iggy Pop

 

Przyjaciół warto dobierać rozważnie. Iggy nigdy zdawał się tym nie przejmować, mimo to na swojej drodze spotkał braci Asheton,dzięki którym nieokrzesany krzykacz stał się wraz z The Stooges protoplastą garage rocka, punka, gitarowego grania spod znaku fuzz i distortion. Światu przedstawił go jego przyjaciel, Ziggy Stardust aka David Bowie, dzięki kolejnemu, Jimowi Jarmushowi wszedł do świata kina. Ostatnio znalazł kolejnego przyjaciela. Iggy Pop niczym Frank Sinatra zakłada na najnowszej płycie garnitur, białą koszulę i krawat. Zostawia jednak martensy ze zawadiacko zwisającymi sznurówkami, takich dębów jak on się nie przesadza. To teatr dwóch aktorów, na wzór kooperacji Rubina i Casha przy American Recordings. Choć na okładce widnieje nazwisko starszego z nich, muzycznie słychać głównie zagrywki a’la Homme. Całe to odchodzenie o którym mówi się przy okazji tego albumu to raczej artystyczna poza, ale dla samych aktorów warto obejrzeć ten film. Nagrywając takie utwory jak „Valhalla” czy „Vulture” rozkłada ręce i woła: bierz mnie Panie, jestem twój. Ale gdzie tam Bóg by go chciał, takiego rozrabiakę. Przyjdzie mu jeszcze trochę cieszyć nas swoim zawodzeniem. I dzięki Bogu.

 

karl

Norah Jones – Day Breaks

norah-jones-daybreaks

 

Gdyby tak ilość przechodziła w jakość, Chińczycy byliby największymi artystami na świecie a prawdziwi Mistrzowie umarliby z głodu. Na szczęście na tym świecie istnieją jeszcze jakieś zasady. Pewnych rzeczy nie da się kupić, miliony rzemieślników nigdy nie zastąpią garstki Artystów użyczających nam swojej wrażliwości każdego dnia, choć wielu mocno stara się, żeby to zmienić. Tak działa choćby szołbiznes, nadprodukcja muzycznego towaru o niskiej jakości robi z przestrzeni publicznej wirtualny śmietnik. I wtedy na scenę wchodzi Norah Jones, cała na biało.

 

Nowy album Nory Jones nie wstrząśnie wami. Nie podniesie wam tętna, słuchając jej nie zaczniecie jeździć dwieście na godzinę. Może za to posłużyć refleksji, nowemu spojrzeniu na własne życie. O przyjemności nie wspominając.

Norah Jones równa się Ameryka. Na nowej płycie sięga do źródeł amerykańskiego grania, tam, gdzie woda przejrzysta a nurt wartki. Dostajemy to co najlepsze w jazzie, jak na mieszkankę New York przystało, z drugiej strony jest sporo zakurzonej, ogorzałej słońcem americany. W końcu kilkanaście lat spędziła w Teksasie.

Norah Jones jest matką i żoną. I to prowadzi nas bezpośrednio za kulisy powstawania najnowszej płyty. Nocne życie w zadymionych klubach ustąpiło miejsca życiu dziennemu. Nie mam już czasu na przesiadywanie w studiu do piątej nad ranem – opowiada w wywiadzie. Dziś, kiedy dzieci pójdą spać siadam przy pianinie w kuchni i komponuję. Mamy powrót do nastroju z czasów debiutu, płyta skomponowana na pianinie, które wybrzmiewa przez całą płytę.

 

Norah Jones żadnej pracy się nie boi. Komponuje, gra na kilku instrumentach, a przede wszystkim śpiewa. Tym swoim zjawiskowym głosem, który zupełnie obezwładnia. W kwestii talentów kompozycyjnych a także instrumentalnych pokazem siły niech będzie trzeci na płycie „Flipside”. Temat podaje nerwowy bas, aranżacja przynosi skojarzenia z przełomem lat 50 i 60, złotym czasem dla jazzu. Zespół wygrywa oryginalne skale by w refrenie przejść w soczysty rhythm and blues, którym nie pogardziliby ani Blues Brothers, ani Bitelsi. Za chwilę poprawiają „It’s a wonderful time for love” w klasycznym jazzowym trio co chwili zmieniając się na prowadzeniu. Jest jeszcze dziś paru artystów, którzy dosięgają podobnego poziomu, zbyt wielu jednal nie naliczymy.

 

Norah Jones potrafi docenić klasę innych artystów. Do współpracy zaprosiła takie legendy jak Wayne Shorter czy Lonnie Smith, ale reszta gości nie odstaje talentem. Goście pojawiają się też wśród kompozytorów, dostajemy trzy covery panów o nazwiskach Horace Silver, Duke Ellington, ale też Neil Young, gigant ze świata rocka. Zaproszeni goście odpłacają się godnie, niewiarygodne że ta płyta została nagrana na żywo, bez żadnych późniejszych dogrywek!

Norah Jones powinna dostać jakiś medal. Często nazywana wokalistką jazzową w rzeczywistości możemy mówić co najwyżej o inspiracjach, wśród których dominuje jazz, ale też mnóstwo bluesa, soulu i americanę, mieszankę wszystkich korzennych stylów Ameryki. Jej wielkość nie bierze się jednak z doskonałych wzorów, ale z naturalnego talentu, tembru głosu i tego jak potrafi się nim posługiwać. Ślizganie się po nutach, dźwiękowe zawijasy, swobodne frazowanie nie służy przykryciu braków, raczej nadaje muzyce osobisty charakter, stawiając ją na równi z triem wielkich amerykańskich głosów: Fitzgerald, Holiday i Simone. Pani Jones przynosi nam muzykę autorską o stylu unikalnym, występującym w przyrodzie tylko na płytach jej autorki. Wszystko co robi robi lekko, naturalnie, swobodnie, jest jak cios wibrującej pięści w splot słoneczny naszej wrażliwości. Day Breaks jest na to koronnym dowodem.

 

karl

Metallica – Hardwired…To Self-Destruct

metallica1

 

„Metallica przez całą płytę kogoś cytuje, głównie samą siebie”. „Hammet gra solówki z baru dla oldboyów”, „Ulrich w ogóle nie potrafi grać na perkusji”, „Hatfield nie potrafi śpiewać”, „Trujillo w ogóle wycięli w miksie”.  ”Skompresowana produkcja jest płaska, sterylna. Płyta jest kuriozalnie długa, komu potrzebny dwupłytowy album? Parę kawałków powinno zniknąć, inne powinny zostać skrócone”.

 

 

Metallica wróciła po 8 latach (chyba że będziemy złośliwi, wtedy po 5) i narobiła hałasu. Najpierw w studiu, a potem w sieci, gdzie ścierają się fani zachwyceni i fani rozczarowani. Zdanie tych drugich, z których cytaty powyżej, nie ma większego znaczenia, płyta sprzedaje się świetnie, głównie dzięki zabiegom internetowym. Metallica to dziś marka taka sama jak makdonad i bijąse, jak ajfon i biber. Nawet najlepsza marka nie przetrwa jednak na rynku, jeśli tyllko odcina kupony od dawnej sławy, nokia świadkiem. Parę lat temu klapę przyniósł film „Through the Never” i trzeba było ratować rodzinny biznes. Kiedyś nie lubili się zbytnio z internetem, doprowadzili do upadku Napstera. Czasy się jednak zmieniają i dziś promują nową płytę głównie w sieci, gdzie materiał był dostępny jeszcze przed premierą, do wszystkich utworów powstały teledyski i trafiły w odstępie kilku godzin na youtube. Ojcowie trashu sami też zakasali rękawy i wystąpili u Jimmy’ego Fallona z dziecinną przeróbką „Enter Sandman”.

 

Krytyka odbywa się w strasznie dusznej atmosferze. Zespół, podobnie jak fani wpadli w pułapkę niezwykle wyrazistego wizerunku jaki utrwalił się w powszechnej opinii. Metallica jest porównywana przede wszystkim do Metalliki, i to tej z lat 80. Z jednej strony po 35 latach grania zespół chciałby się z tej pułapki wyrwać, z drugiej – eksperymenty zawsze kończyły się porażką. W latach 80. grali najbardziej bezkompromisowo, w latach 90. zyskali najwięcej fanów i  do tych momentów w karierze się odnoszą. Więcej jest tu „Czarnego Albumu” i „Load”, choć w pierwszym i ostatnim utworze mocno nawiązują do debiutu. Żeby ostatecznie zamknąć spór, wystarczy otworzyć okno i rozejrzeć się trochę po współczesnym szołbiznesie. Powodów do zachwytów wiele nie ma, dlatego na tym tle Hardwired… jest wydarzeniem. Tej płyty po prostu świetnie się słucha, 77 minut to może przesada, ale wstydu nie ma. Mówiąc językiem fanów, Metallica nie skończyła się na Kill ‘Em All.

 

karl

Cincinnatti – five hours from everything.

 

Wussy

 

„Wussy” to odważna deklaracja. Oznacza mięczaka, nieudacznika, oddając dokładnie nacechowanie emocjonalne, była by to po prostu cipa. W zhierarchizowanej, zrytualizowanej amerykańskiej szkole nie ma nic gorszego niż być nazwanym wussy, amerykańskie dzieciaki bronią się przed takim piętnem rękami i nogami. Wussy skazuje cię na banicję, stajesz się towarzysko trędowaty, trafiasz na margines społeczeństwa. Tymczasem zespół nosi swoje imię z dumą. To słowo, które po porostu świetnie wygląda na koszulce, tłumaczy Chuck Cleaver, jeden z liderów, ale prawda jest nieco inna: to swoisty filtr, jeśli ludziom nie podoba się nazwa, najprawdopodobniej nie polubią też zespołu. Właśnie dlatego polubiłem Cipę. Ich muzyka jest pasem transmisyjnym życiowych postaw, charakterów, nastrojów i przemyśleń. Bez większych zahamowań opowiadają o swoich wadach, kompromitujących wpadkach i śmiesznych nawykach. Są wielcy swoją zwyczajnością, kilku sympatycznych outsiderów nieprzesadnie radosnych, zgryźliwie inteligentnych, przede wszystkim jednak niezwykle świadomych muzycznie.Bo w tym przypadku normalność nie oznacza nijakości.

 

Grają w tempach między wolnym a średnim, budują brzmienie z folku, indie rocka, drone music i soulu i chociaż w każdym utworze dominuje inna składowa, mają niezwykle spójny repertuar, wszystkie piosenki mają wspólny mianownik, a to oznacza tylko jedno: że zespół ma swój styl. Z początku trudny do uchwycenia, jednak dla fanów rozpoznawalny od pierwszej minuty. Nie atakują słuchacza, muzyka sączy się delikatnie do uszu i powoli rozlewa się po całym ciele wywołując przyjemną błogość. Ich muzyka jest najlepszym dowodem na to, jak postmodernistyczna popkultura XXI wieku żywi się wszystkim co napotyka na swojej drodze. Przestrzenny, psychodeliczny, transowy rock progresywny jest składową na równi z prostotą i zgrzytliwością punk rocka. Jeszcze w latach 70. oba gatunki, jeszcze bardziej ich fani byli śmiertelnymi wrogami, dziś wybrzmiewa w muzyce jednocześnie, w sprawiedliwych proporcjach. Żeby oddać sprawiedliwość, jest jeszcze jeden człowiek który dokłada swoją cegiełkę do całej roboty. To John Curley, basista legendarnego Afghan Whigs, który mieszka po sąsiedzku w Cincinnati.

 

Uwielbiają ich krytycy, w szczególności Robert Christgau i całe Rolling Stone, SPIN, a KEXP, prawdziwa instytucja w świecie niezależnej muzyki w Stanach nazywa ich swoimi ulubieńcami i przy każdej okazji zaprasza do studia na mały występ. Nie figurują w świecie blond-blichtru muzycznego przemysłu, z resztą w towarzystwie Lady Gagi, Miley Curus czy Beyonce jedni i drudzy czuliby się nieswojo, mimo to mają spore grono wiernych fanów gdziekolwiek przyjadą, w kraju i za granicą. Należą do świata obskurnych, ale tętniących życiem klubów i piknikowych scen miast i miasteczek. Grają w domach fanów, czasem nocują w nich po koncertach, choć trafia się impreza i pospać się za bardzo nie da. Sytuacja typowa dla całej niezależnej sceny, tak wyglądała też codzienność wielu kapel grunge’owych zanim wpadły na stratosferę szołbiznesu. Nie doszukiwałbym się analogii, tamten pociąg już odjechał, co jest nie jest może aż taką złą wiadomością, patrząc na przykłady Cobaina czy Staley’a.

 

Czemu piszę to wszystko? Czemu akurat Wussy? Odkryłem ich ledwie kilka tygodni temu i niemal z miejsca stali mi się braćmi i siostrą, z jakiegoś powodu poczułem niesamowitą więź łączącą mnie z piątką osób na co dzień mieszkających kilka tysięcy kilometrów stąd. Czemu? Odpowiedź tkwi w pozornie błahym fakcie: to pierwsza kapela z odmętów głębokiej współczesnej alternatywy, na którą trafiłem zupełnym przypadkiem, bez niczyjego udziału, nie przeczytałem o nich w gazecie, nie usłyszałem w radiu ani telewizji, nie polecił mi ich kolega. W końcu na alternatywnej scenie znalazł się ktoś, komu mogę szczerze kibicować. Nigdy nie byłem psychofanem Dead Kennedys ani Black Flag, nie załapałem się na Pixies ani Sonic Youth, spóźniłem się na Pearl Jam i Nirvanę, a kiedy już poznałem Cobaina i kolegów, okazali się zbyt zgrzytliwą,w dodatku wielką gwiazdą. Czemu tak długo tkwiłem w niewiedzy? Nastolatkiem będąc byłem zupełnie odcięty od świata, i choć uwielbiałem muzykę, doświadczenie pokoleniowe – grunge,crossover, całe to wspaniałe amerykańskie granie z początku lat 90. zupełnie dla mnie nie istniało. Uczyłem się muzyki z telewizji polskiej, Trójki i z płyt starych moich kumpli. W małym palcu miałem Hendrixa, Purpli, Zeppelinów czy Marillion, ale nie miałem pojęcia, o czym rozmawiają moi bardziej świadomi muzycznie kumple. Dziś mam fajniejszych kumpli, nazywają się Wussy i są bardzo fajni. To jeden z zespołów, które nie onieśmielają, co więcej Wussy sprawia wrażenie jakby w każdej chwili można się było do nich przyłączyć. Są jak kumple z klasy, na powitanie chce się z nimi przybić misia, zamówić piwko i siąść przy stoliku i pogadać o pierdołach. To nie są gwiazdy, an widok których niektórzy są gotowi klękać i bić pokłony. Polubiłem ich jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się że grają w zespole tylko w czasie wolnym. W poniedziałek idą do pracy, wracają do żon i mężów, a w piątek ładują vana i jadą w trzydniową trasę, po czym w poniedziałek idą do pracy… Mimo to są uznawani za jeden z najważniejszych zespołów sceny niezależnej w XXI wieku. Jakie określenie pasuje tu bardziej niż fenomen?

 

Moją osobistą przyjemnością w ich muzyce jest amerykańskość. Słuchanie Wussy niemal od razu przywołuje obrazy Ameryki, choć może nie tej z filmów Scorsese, raczej Jarmusha czy braci Coen. Bezkresne przestrzenie, po których hula wiatr, pada deszcz i wycieraczki odsłaniają szary pejzaż, czasem wychodzi słońce, czasem wjeżdżamy do małego miasteczka, w którym nie ma pośpiechu ani żadnych szans na sukces, życie rozbija się o prozaiczne, niewarte wspomnienia sprawy. Żadna to poza, to świat w którym są zanurzeni na co dzień, Cincinnati z którego pochodzą nie jest przesadnie obleganym miastem. Cincinnatti – five hours from everything, jak mawia Lisa Walker, drugi głos i gitara zespołu. Jeśli w dodatku ktoś nagrywa piosenki o takich tytułach jak „Muscle Cars” to ja jestem kupiony.

 

karl