Cincinnatti – five hours from everything.

 

Wussy

 

„Wussy” to odważna deklaracja. Oznacza mięczaka, nieudacznika, oddając dokładnie nacechowanie emocjonalne, była by to po prostu cipa. W zhierarchizowanej, zrytualizowanej amerykańskiej szkole nie ma nic gorszego niż być nazwanym wussy, amerykańskie dzieciaki bronią się przed takim piętnem rękami i nogami. Wussy skazuje cię na banicję, stajesz się towarzysko trędowaty, trafiasz na margines społeczeństwa. Tymczasem zespół nosi swoje imię z dumą. To słowo, które po porostu świetnie wygląda na koszulce, tłumaczy Chuck Cleaver, jeden z liderów, ale prawda jest nieco inna: to swoisty filtr, jeśli ludziom nie podoba się nazwa, najprawdopodobniej nie polubią też zespołu. Właśnie dlatego polubiłem Cipę. Ich muzyka jest pasem transmisyjnym życiowych postaw, charakterów, nastrojów i przemyśleń. Bez większych zahamowań opowiadają o swoich wadach, kompromitujących wpadkach i śmiesznych nawykach. Są wielcy swoją zwyczajnością, kilku sympatycznych outsiderów nieprzesadnie radosnych, zgryźliwie inteligentnych, przede wszystkim jednak niezwykle świadomych muzycznie.Bo w tym przypadku normalność nie oznacza nijakości.

 

Grają w tempach między wolnym a średnim, budują brzmienie z folku, indie rocka, drone music i soulu i chociaż w każdym utworze dominuje inna składowa, mają niezwykle spójny repertuar, wszystkie piosenki mają wspólny mianownik, a to oznacza tylko jedno: że zespół ma swój styl. Z początku trudny do uchwycenia, jednak dla fanów rozpoznawalny od pierwszej minuty. Nie atakują słuchacza, muzyka sączy się delikatnie do uszu i powoli rozlewa się po całym ciele wywołując przyjemną błogość. Ich muzyka jest najlepszym dowodem na to, jak postmodernistyczna popkultura XXI wieku żywi się wszystkim co napotyka na swojej drodze. Przestrzenny, psychodeliczny, transowy rock progresywny jest składową na równi z prostotą i zgrzytliwością punk rocka. Jeszcze w latach 70. oba gatunki, jeszcze bardziej ich fani byli śmiertelnymi wrogami, dziś wybrzmiewa w muzyce jednocześnie, w sprawiedliwych proporcjach. Żeby oddać sprawiedliwość, jest jeszcze jeden człowiek który dokłada swoją cegiełkę do całej roboty. To John Curley, basista legendarnego Afghan Whigs, który mieszka po sąsiedzku w Cincinnati.

 

Uwielbiają ich krytycy, w szczególności Robert Christgau i całe Rolling Stone, SPIN, a KEXP, prawdziwa instytucja w świecie niezależnej muzyki w Stanach nazywa ich swoimi ulubieńcami i przy każdej okazji zaprasza do studia na mały występ. Nie figurują w świecie blond-blichtru muzycznego przemysłu, z resztą w towarzystwie Lady Gagi, Miley Curus czy Beyonce jedni i drudzy czuliby się nieswojo, mimo to mają spore grono wiernych fanów gdziekolwiek przyjadą, w kraju i za granicą. Należą do świata obskurnych, ale tętniących życiem klubów i piknikowych scen miast i miasteczek. Grają w domach fanów, czasem nocują w nich po koncertach, choć trafia się impreza i pospać się za bardzo nie da. Sytuacja typowa dla całej niezależnej sceny, tak wyglądała też codzienność wielu kapel grunge’owych zanim wpadły na stratosferę szołbiznesu. Nie doszukiwałbym się analogii, tamten pociąg już odjechał, co jest nie jest może aż taką złą wiadomością, patrząc na przykłady Cobaina czy Staley’a.

 

Czemu piszę to wszystko? Czemu akurat Wussy? Odkryłem ich ledwie kilka tygodni temu i niemal z miejsca stali mi się braćmi i siostrą, z jakiegoś powodu poczułem niesamowitą więź łączącą mnie z piątką osób na co dzień mieszkających kilka tysięcy kilometrów stąd. Czemu? Odpowiedź tkwi w pozornie błahym fakcie: to pierwsza kapela z odmętów głębokiej współczesnej alternatywy, na którą trafiłem zupełnym przypadkiem, bez niczyjego udziału, nie przeczytałem o nich w gazecie, nie usłyszałem w radiu ani telewizji, nie polecił mi ich kolega. W końcu na alternatywnej scenie znalazł się ktoś, komu mogę szczerze kibicować. Nigdy nie byłem psychofanem Dead Kennedys ani Black Flag, nie załapałem się na Pixies ani Sonic Youth, spóźniłem się na Pearl Jam i Nirvanę, a kiedy już poznałem Cobaina i kolegów, okazali się zbyt zgrzytliwą,w dodatku wielką gwiazdą. Czemu tak długo tkwiłem w niewiedzy? Nastolatkiem będąc byłem zupełnie odcięty od świata, i choć uwielbiałem muzykę, doświadczenie pokoleniowe – grunge,crossover, całe to wspaniałe amerykańskie granie z początku lat 90. zupełnie dla mnie nie istniało. Uczyłem się muzyki z telewizji polskiej, Trójki i z płyt starych moich kumpli. W małym palcu miałem Hendrixa, Purpli, Zeppelinów czy Marillion, ale nie miałem pojęcia, o czym rozmawiają moi bardziej świadomi muzycznie kumple. Dziś mam fajniejszych kumpli, nazywają się Wussy i są bardzo fajni. To jeden z zespołów, które nie onieśmielają, co więcej Wussy sprawia wrażenie jakby w każdej chwili można się było do nich przyłączyć. Są jak kumple z klasy, na powitanie chce się z nimi przybić misia, zamówić piwko i siąść przy stoliku i pogadać o pierdołach. To nie są gwiazdy, an widok których niektórzy są gotowi klękać i bić pokłony. Polubiłem ich jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się że grają w zespole tylko w czasie wolnym. W poniedziałek idą do pracy, wracają do żon i mężów, a w piątek ładują vana i jadą w trzydniową trasę, po czym w poniedziałek idą do pracy… Mimo to są uznawani za jeden z najważniejszych zespołów sceny niezależnej w XXI wieku. Jakie określenie pasuje tu bardziej niż fenomen?

 

Moją osobistą przyjemnością w ich muzyce jest amerykańskość. Słuchanie Wussy niemal od razu przywołuje obrazy Ameryki, choć może nie tej z filmów Scorsese, raczej Jarmusha czy braci Coen. Bezkresne przestrzenie, po których hula wiatr, pada deszcz i wycieraczki odsłaniają szary pejzaż, czasem wychodzi słońce, czasem wjeżdżamy do małego miasteczka, w którym nie ma pośpiechu ani żadnych szans na sukces, życie rozbija się o prozaiczne, niewarte wspomnienia sprawy. Żadna to poza, to świat w którym są zanurzeni na co dzień, Cincinnati z którego pochodzą nie jest przesadnie obleganym miastem. Cincinnatti – five hours from everything, jak mawia Lisa Walker, drugi głos i gitara zespołu. Jeśli w dodatku ktoś nagrywa piosenki o takich tytułach jak „Muscle Cars” to ja jestem kupiony.

 

karl

Media kłamią, niestety

ritapax

 

Może się zakręcić w głowie od ostatnich sukcesów polskiej muzyki. Nie dość, że dojrzała, zyskała swój głos oraz miliony odbiorców stęsknionych za polskimi przebojami, to jeszcze zupełnie zasłużenie doceniono ją za granicą. Dobrze poinformowane media nie mają wątpliwości – polska muzyka wstała z kolan. Co chwila napotykam teksty o tym, jak to żyjemy w złotej epoce polskiej piosenki, czytam relacje na żywo z terenów nowego eldorado rodzimej muzyki. Niestety o całej akcji nie powiadomiono samych artystów, którzy mieli za całą sytuację odpowiadać. Przyjrzyjmy się, co próbują sprzedawać nam fachowi redaktorzy. Czy istnieje polski szołbiznes? O tym będzie ta piosenka.

 

Jedno środowisko, nazwijmy je roboczo „Dwutygodnik” dowód boomu na polską muzykę widzi w kumulacji artystów rzeczywiście wyróżniających się oryginalnym językiem, jednak wciąż zrozumiałych dla kilku setek słuchaczy w tym kraju. Nie ustają zachwyty nad Starą Rzeką czy działalnością Kuby Ziołka w ogóle, Kwadrofonikiem i Małymi Instrumentami. Koronnym dowodem ma być urodzaj małych, niezależnych wytwórni, które nakłady liczą w dziesiątkach. Sztuk, nie tysięcy. Środowisko drugie, roboczo zwane „Onet” dowód renesansu polskiej piosenki widzi w sumach, które krążą w krwiobiegu polskiego szołbizu (a więc jednak istnieje!). Zarabiać ma grupa szturmowa złożona z wtórnych, ale za to manierycznych „wybawców”, sztuczne twory ledwo dychających mejdżersów i komercyjnych programów w tefauenie. Jest sztandarowy przykład  – Dawid Podsiadło, jest polska młodzież w osobach duetu The Dumplings, jest nasz człowiek w Europie, Donatan czy w końcu najnowszy geniusz rapu, Taco Hemingway. W dodatku koncerty czy festiwale, które wyludniają całe miasta – Opener i Męskie Granie, żeby nie sięgać daleko. Ufff, dzieje się!

 

 

Oba środowiska skrawkami muzycznej intuicji wyczuły żyłę złota, ale żadne nie wie, gdzie kopać. A prawda jak zwykle leży po środku, można wymienić całą masę artystów oryginalnych, z własnym muzycznym DNA, jednocześnie piszących piosenki, które aż proszą się o granie ich w radiu dzień i noc. Polska muzyka w sensie autorskim ma się świetnie. W sensie promocyjnym jest w podobnym miejscu, co Izrael i Dezerter w latach 80. W kulturalnym kraju radio i telewizja zacierałyby ręce obserwując rozkwit rodzimej sceny muzycznej. Słuchacze czują o wiele większy sentyment do bliskich im kulturowo lokalnych gwiazd, łatwiej nawiązać z nimi współpracę. W kulturalnym kraju redaktorzy i krytycy nie zmuszani przez nikogo starają się pomagać debiutantom, tak by nie traciła na znaczeniu kultura w której sami się wychowywali. Tymczasem polskie radia i telewizje karmią słuchaczy otłuszczonym, śmierdzącym muzycznym GMO, ślepe na świeże, rumiane i pachnące polskie piosenki.

 

Pierwszym wyrzutem sumienia polskich mediów i wszelkiej maści impresariów za państwowe pieniądze było genialne Pogodno. Jaki inny ansambl w XXI wieku miał taką łatwość w pisaniu radio-friendly przebojów? I co ? I nic, cisza w eterze. Chwilę później decydenci podobnie obeszli się z The Car Is On Fire, Muzyką Końca Lata czy Afro Kolektywem. Zamiast nich uszy gwałcili na przemian Doda, Feel i Golec uOrkiestra.

 

 

Oddając sprawiedliwość naszej koślawej popkulturze, czasem gust krytyka spotka się z gustem ludu, są takie przypadki, mają na imię Anna, Natalia i Malwina. Jeśli gdzieś dopatrywać się sukcesów polskiej muzyki w ostatnim czasie to przede wszystkim należy wspomnieć Anię Rusowicz, Natalię Przybysz i Melę Koteluk, które zostały dostrzeżone przez media, dostają nagrody, a na koncertach witają je tłumy. Chcemy jednak więcej. Co takiego by się stało, gdyby radio nagle zagrało Ritę Pax? Piszą przebój za przebojem, podbite nieco jazzem, nu soulem, o wyjątkowo wysokiej zawartości muzyki w muzyce. I wciąż mogą pochwalić się ogromną anonimowością. Nieustannie zdumiewa mnie niesłychana popularność jednej z sióstr Przybysz i zupełna nieobecność drugiej.

 

 

Lecz ludzi dobrej muzyki jest więcej, i mocno wierzę w to, że ten świa-aaa-aat usłyszy jeszcze o przesympatycznym duecie Paula i Karol czy ich bardziej alternatywnym wcieleniu – Domowych Melodiach. Następny musi być refleksyjny, równie świetny The Fuse. Majstersztykami były dwie ostatnie płyty Tymon & The Transistors. „Bigos Heart” i „Rock’n’Roll” w kulturalnym kraju nie schodziłyby z playlist radiowych przez lata, w Polsce zostają ciasne kluby w piwnicach i na poddaszach. Wśród bardziej wymagającej publiczności Pustki są już klasą samą w sobie. A kandydatów na kolejne odkrycia nie brakuje. Polskie Mano Negra czyli freaki z Kazimierza, Dziady Kazimierskie, zapomniany Hurt z całą masą numerów wprost skrojonych do grania w radiu, następcy TCIOF – Crab Invasion czy choćby trójmiejskie Kobiety. Kilka lat temu objawieniem był zespół Tres.B, wciąż nieodkryty, choć dla wielu ważny pozostaje polski Dylan, poeta Piotr Bukartyk, następcą może być młodszy kolega, Piotr Zioła. W końcu w kulturalnym kraju megagwiazdą byłby Wojtek Mazolewski z prezencją, prze wszystkim jednak ze wszystkimi przedsięwzięciami, w których macza palce. W Polsce może się zajmować muzyką co najwyżej hobbystycznie.

 

 

Renesans przeżywa też polska muzyka gitarowa. Kiedy ostatnio świetne debiuty przybywały całymi stadami, mieliśmy połowę lat 90. i gitarowe kapele sprzedawały setki tysięcy płyt. Piękne czasy… Wracając do 2016, radio zupełnie straciło sens istnienia, w telewizji zabrakło miejsca na muzykę i granie rocka przypomina trochę powrót do czasów stanu wojennego. Ale może tak właśnie trzeba? Gdzieś ten etos niezalu trzeba wykuwać. Jeśli chcecie posłuchać świeżej muzy z Polski do wyboru macie Hokei (Ziołek!), Magnificent Muttley, Wild Books, Turnip Farm, The Stubs, Fertile Hump, Little White Lies, zespół o niemądrej nazwie Eric Shoves Them In His Pockets czy panią Agyness B. Marry. Niestety nie wytrwali w wierze prekursorzy, The Black Tapes i Elvis Deluxe. Jest za to Wovoka, Shy Albatross, RUTA, Dick 4 Dick czy Mitch & Mitch którzy zostali odkryci, i to też raczej przez melomanów, nieco przypadkowo, przy okazji renesansu Wodeckiego.

 

Stosunek do kultury jest łatwym sposobem oceny społeczeństwa. Nasze mieszka w jaskiniach i posługuje się maczugami. Media mają tu sporą pracę do wykonania, ale zamiast uspokajać powinny alarmować. Jak na razie relacja mediów z odcinka sztuki przypomina Dziennik Telewizyjny i Kronikę Filmową razem wzięte.

 

Jednym słowem jest boom, nic się nie zmienia.

 

karl

Po moim trupie!

 

lamancha

 

Słynną powieść Miguela Cervantesa otacza diaboliczna aura. Wiele wskazuje na to, że autor szukał wsparcia w siłach, o których nawet nie chcę wspominać. Z pewnością wisi nad Don Kichotem klątwa, nieprzerwanie od czterech wieków. Padła na samego Cervantesa, od momentu ukończenia powieści doświadczanego przez przeróżne plagi, następnie na Orsona Wellesa, który przez 30 lat bezskutecznie próbował przenieść historię na filmową taśmę, przez Terry’ego Giliama, aż po piszącego ten tekst – bezskutecznie podchodziłem do niego od wielu miesięcy.  A zatem czytacie na własne ryzyko, kto wie jak działa donkiszotowskie mojo.

 

Kilka tygodni temu do sieci trafił lakoniczny komunikat o przerwaniu prac nad filmem „The Man Who Killed Don Quixote”. Z miejsca przykryty lawiną newsów i memów o „Star Warsach”, „Avengersach” i „Grach o Tron” na kilku osobach zrobił jednak wrażenie i to zapewne o nich mógłby być ten film. A może najbardziej o autorze całego przedsięwzięcia. Cervantes pisząc Don Kichota nie mógł przypuszczać, że jego bohater jako żywy będzie chodził po ziemi kilka wieków później. Obaj to to staromodni romantycy. Obaj to wariaci. Trudno o bardziej dobraną parę, niż szlachcic z La Manchy i Terry Gilliam.

 

 

Pełen zapału do pracy Gilliam rozpczął prace nad dziełem życia w 1998 roku, dwa lata później, bez najmniejszego choćby wsparcia ze Stanów zamknął budżet i w hiszpańskiej prowincji Navarra ruszyły zdjęcia. Obsada najlepsza możliwych, Jean Rochefortowi parterował Johnny Depp wraz z ówczesną narzeczoną Vanessą Paradis, wszystko szło świetnie przez pierwsze kilka dni, aż w skutek ulewy woda podmyła plan, niszcząc wszystko na swojej drodze.  Zdjęcia wznowiono tylko po to, żeby Rochefort musiał udać się do szpitala z dwoma naruszonymi kręgami (kto normalny jeździ konno w wieku 70 lat?). Następnie wyniknęły kłopoty z ubezpieczeniem, budżet został nadwyrężony do granic wytrzymałości… Jednym słowem projekt upadł. Pamiątką tamtych czasów jest dokument „Lost in La Mancha” z 2002 roku, w którym możemy zobaczyć większość nakręconych wówczas scen.

 

Gilliam nie przestaje myśleć o swoim opus magnum i w 2005 roku, z Robertem Duvallem i Evanem McGregorem w głównych rolach podejmuje drugą próbę. Prace trwają z przerwami przez następne kilka lat, ostatecznie w 2010 reżyser oznajmia, że budżet świeci pustkami i tym samym po raz drugi musi uznać wyższość sił od niego niezależnych. W styczniu 2014 roku Gilliam ogłasza na fejsbuku: „Marzenie o Don Kichocie znów odżyło! Czy uda się wsadzić starego drania z powrotem na koń?”

 

Z producentem Adriánem Guerrą i scenarzystą Davem Warrenem u boku znów podejmuje rękawicę. Tym razem w rolach głównych William Hurt i Jack O’Connell. W czerwcu 2015 roku robi się jeszcze bardziej optymistycznie, kiedy projekt postanawia wesprzeć Amazon Studios, zapowiadając szeroką promocję w kinach i dystrybucję online. We wrześniu, kiedy własnie mają ruszać zdjęcia, lekarze diagnozują u Hurta raka trzustki. Prace zostają wstrzymane.

 

Wiosną tego roku Gilliam ogłasza ostatnią jak dotąd próbę wypełnienia szaleńczej misji. Kolejnym duetem aktorskim zostają Michael Palin i Adam Driver, fundusze objecuje zebrać Paulo Branco. To jeden z najważniejszych ludzi kina w Europie, ma na koncie ponad 300 filmów, zasiadał w jury festiwali w Berlinie, Wenecji czy Locarno. Współpracował z Cronenbergiem i Wendersem, ale także z Żuławskim i Skolimowskim, jest wielkim pasjonatem kina artystycznego, które potrafi też przekuwać w sukces finansowy. Na początku października oznajmia, że tym razem dopięcie budżetu okazało się niemożliwe. Czy wspominałem już o klątwie Don Kchota? Gilliam zdaje się dobierać współpracowników o niewłaściwej duchowej prowieniencji, można rzec z niewłaściwej parafii. Może jednak sytuacja wygląda całkiem inaczej, być może w całym tym procesie nie ma przypadków, a my oglądamy przedstawienie, które wykracza poza jedynie salę kinową?

 

Choć Gilliam nie pokazał nawet minuty skończonego filmu oferuje nam coś więcej, sama walka o ukończenie produkcji stała się metafizyczną opowieścią o szaleństwie i walce z niewidzialnym wrogiem. Sam obsadził się w roli głównej i od lat prezentuje dzieło hiszpańskiego pisarza w niezamierzonym (a być może właśnie z premedytacją zamierzonym!) performansie. Jak na XXI wiek przystało, kolejne rozdziały oglądamy przy pomocy plotkarskich portali, a do tego sami musimy tę opowieść poskładać do kupy. Nawet jeśli nie do końca świadomie, Gilliam po raz kolejny okazuje sie genialnym wizjonerem,  przekraczając granice sztuki w sposób, jaki do tej pory nikomu sie nie śniło.

 

Czy usłyszymy jeszcze o człowieku, który zabił Don Kichota? Chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości? Kilka lat temu w jednym z wywiadów opowiadał: Zaczynam chyba myśleć „jeśli tym razem się nie uda, chyba dam sobie spkój. Straciłem tyle lat… Jeśli zamerzasz robić Don Kichota musisz byc szalony, jak sam Don Kichot”. Zapytany niedawno o rezygnację z projektu odpowiada jasno: po moim trupie!

 

karl

Chuck Berry kończy 90 lat

ChuckB

 

Chuck Berry to jest gość!

90 lat kończy dziś najważniejsza może postać dla rock and rolla, rocka i gitarowego grania w ogóle. Największy rokendrolowy kompozytor, Johhny B Goode otwierał pierwszy w historii gitarowy riff, był inspiracją dla Bitelsów, Sotnesów, Hendrixa i tysięcy innych następców. Jego muzyka trafiła na płytę „Sounds of Earth”, która wraz sondą Discovery 2 poleciała w kosmos. Odkryty przez Polaka, Leonarda Czyża szefa Chess Records szybko stał się ulubieńcem młodej Ameryki. Nie był grzecznym chłopcem, co to to nie. Lubił alkohol i młode kobiety i ta kombinacja często wpędzał go wo kłopoty. Dziś to jednak historia, Chuck Berry to legenda muzyki rozrywkowej, nie szkodzi że podczas koncertu w Operze Leśnej witał się z publicznością słowami „Guten Tag”, myśląc że przyleciął do miasta Danzig, żeby zagrać w mieście Zoppot. Sto lat, Chuck!

 

karl

30 piosenek w służbie narodowi

30 days

 

 

Muzyka i polityka rzadko chadzają pd rękę. Jeśli ostrze świadomych artystów jest skierowane w jakąś stronę, to są to głównie politycy. Ostatnie miesiące udowadniają to dosadnie po obu stronach oceanu. Pomijając nawet Marię Peszek tylko w ciągu kilku tygodni pojawiły się numery wymierzone w miłościwie panujących nam polityków. Paplopavo, Maleńczuk, El Banda i Bukartyk jeden po drugim publikowali protest songi inspirowane aktualnymi wydarzeniami w kraju. Ten chwilowy wysyp okazał się jednak typowym hypem, tak szybko jak publiczność się nimi zachwycała, tak szybko je zapomniała, co doskonale oddaje stan społeczeństwa. Inaczej wygląda to w US and A, tam kampania anty-Trumpowa to cała dziedzina sztuki. Ostatnim przejawem jest projekt 30 Days, 30 Songs. Przez kolejne 30 dni artyści niezbyt chętni oglądaniu Donalda Trumpa w gabinecie owalnym publikują specjalnie na tę okoliczność napisane utwory. Postaram się publikować co lepsze kawałki, zaczynamy od Aimee Mann i piosenki o tym, co siedzi w głowie Donalda Trumpa.

 

karl

Zderzenie gigantów

PRZEMYSLAW GULDA FOT. RENATA DABROWSKA / AGENCJA GAZETA

 

Trudno wyjaśnić, czemu spotykają się dopiero teraz. W oceanie (raczej kałuży, hłe hłe) polskiego szołbizu dwie owe postaci pasują do siebie, jak nie przymierzając Doda i Majdan. Jak Karnowski i Karnowski, jak Duda i Kacperek. Mówiąc w skrócie Yin I Yang. Przed państwem pierwszy grafoman polskiego rocka i pierwszy grafoman polskich mediów w wywiadzie roku. A co tam, z okazji premiery nowej płyty, przepraszam Nowego Projektu Comy Przemek Gulda i Piotrek Rogucki w rozmowie dekady.

 

Pierwszy bohater to przypadek zdumiewający. Jedną z tajemnic Strefy 11 pozostanie, czym przekonał przyszłego szefa żeby ten dał mu pracę. Egzaltacja i emfaza, jaką ocieka każdy tekst popełniony przez „redaktora” Guldę przypomina styl dwunastolatki, która walczy o kolejną piątkę u pani, pisząc o słodkich pieskach i kotkach. Co gorsza, ma Przemek swoisty gust muzyczny. Nieustanne hołdy składa artystom produkującym muzykę absolutnie nieznośną, czy to pogrobowcom shoegaze’u zawodzącym na jednym dźwięku w otoczeniu zgrzytów i sprzężeń zwrotnych, czy to elektropopu – dziewczętom piszczącym do plumkania plastikowych syntezatorów nieutulonych w tęsknocie za jakąkolwiek melodią.

 

Drugi to jego mentalny bliźniak. Kiedy jeszcze zaczynał, można było zapamiętać chociaż strzępy jego lirycznych wynurzeń. Takie frazy jak „Spadam, co się wyprawia” czy „Zbyszek Zbyszek, kolega z wojska”   swego czasu rozbrzmiewały o trzeciej nad ranem na korytarzu do drugiego akademika w Polsce. Z upływem czasu jednak stawały się zrozumiałe już tylko dla autora, ciekaw jestem czy dziś koledzy z zespołu wiedzą dokładnie, pod czym się podpisują.

 

Zderzenie Wyrwidęba z Waligórą uwolniło energię równą rozszczepieniu atomu. Kuriozalne pytania spotykają się ze zdumiewającymi odpowiedziami. Na zachętę mała próbka:

- Nowa płyta jest czymś, czego w Polsce na taką skalę nie zrobił nikt, a i na świecie nie często zdarzają się dzieła przygotowane z takim rozmachem – rozpoczyna swoje ciut przydługie pytanie G.

- Główne i najgłębsze motywy prowadzące do powstania tej płyty to hołd jaki składam literaturze pięknej i filozofii pierwszej, a głównie Platonowi (…) Chciałem te inspiracje wpleść w obraz szarej i nudnej wręcz codzienności, z którą każdy przeciętny Polak mógł by się zidentyfikować bez wahania odpowiada R. Czyż nie urocze? Mnie przekonało od razu.

No dobra, jeszcze jeden klejnocik:

- Temu projektowi wyraźnie patronuje przekonanie, że muzyka rockowa powinna mówić ważne rzeczy o miejscu i czasie, w którym powstajewyciąga rękę pytający. Wywiadowanemu nie trzeba dwa razy powtarzaćTak było zawsze, zobacz nagrodę Nobla dla Boba Dylana, chyba nie muszę tego bardziej argumentować. Grunt to ustawić się do zdjęcia w odpowiednim tle.

Daleki jestem od stwierdzenia, że ta rozmowa jest niewiele warta. Wręcz przeciwnie, w niewesołej rzeczywistości dostarczył sporo radości. Innymi słowy, dawno się tak nie uśmiałem.

 

karl 

Będę mówił po polsku. o Andrzeju Wajdzie

Andrzej Wajda

 

Będę mówił po polsku, bo chcę powiedzieć to, co myślę, a myślę zawsze po polsku – tymi słowami rozpoczął wystąpienie w Kodak Theatre w 2000 roku, kiedy odbierał Oskara za całokształt twórczości. I nie była to kokieteria. Wajda to Polska mówił wczoraj daniel Olbrychski. Żeby zrozumieć Wajdę trzeba urodzić się w kraju Mickiewicza, Iwaszkiewicza i Wyspiańskiego.

 

Z jednej strony chciał ze swoim kinem mówić do publiczności na całym świecie, w tym celu często w swoich filmach używał obrazu, skrótu, symbolu, tak by miały one wymiar uniwersalny i łatwo zrozumiały nawet w innych kulturach. Mogłoby się wydawać że tak rzeczywiście się działo. Oskar a do tego cztery nominacje, Złota Palma, Niedźwiedź i Lew musza robić wrażenie. Kiedy jednak próbował jeden ze swoich najlepszych filmów, Ziemię Obiecaną wprowadzić do dystrybucji w Ameryce, słusznie skądinąd sądząc że opowieść o selfmademanach jest na wskroś amerykańska, spotkał się z zarzutem, że to film antysemicki. Z dystrybucji nic nie wyszło.

Patrząc jednak z polskiej perspektywy był twórcą wybitnym. Sam będąc świadkiem najważniejszych wydarzeń XX wieku skrupulatnie je opisywał. Zaprzysiężony w poczet Armii Krajowej opisywał powstanie. Musiał też nakręcić Katyń, zginął tam jego ojciec. „Człowiek z Marmuru” czekał na realizację 17 lat. Mimo to był pierwszym spojrzeniem na stalinizm w polskiej kulturze. W jednym z ostatnich wywiadów pytany o rady dla młodych adeptów sztuki mówił nie czekajcie aż wykształci się cały koncept w waszych głowach, dzieło powstaje w czasie pracy. I tak własnie powstawał „Człowiek z Żelaza”.

Warto też wspomnieć, że odcisnął piętno nie tylko na obszarze kina czy teatru, ale także architektury. Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha i Pawilon Wyspiańskiego w Krakowie czy Muzeum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu.

Nie ma w jego twórczości, jak u niektórych reżyserów jednego motywu przewodniego powtarzającego się we wszystkich filmach. Zawsze zaczynał od początku. I niemal zawsze udawało mu się stworzyć coś godnego uwagi. Bohaterem ostatniego filmu uczynił malarza Władysława Strzemińskiego, niepełnosprawnego, chodzącego o kulach podobnie jak sam Wajda, który w ostatnich miesiącach również nie był w stanie poruszać się o własnych siłach. To postać niepokornego malarza, który do końca nie rezygnuje ze swojej niepodległości jako artysta. Wajda również nigdy jej nie utracił, choć wielu sugeruje inaczej.

Marszałek Piłsudski zwykł mawiać o Polsce, że jest jak obwarzanek: tylko to coś warte, co jest po brzegach a w środku pustka. Postać Wajdy urodzonego w Suwałkach z ta opinią nie polemizuje. Ona staje się jej żywym dowodem.

 

karl

Retromania. Jaki piękny kryzys

motopiknik_z_ania_rusowicz

 

Trudno jednoznacznie wskazać moment, kiedy muzyce wyskoczył dysk. Kiedy miejsce Artystów zajęli rzemieślnicy. Z pewnością było to gdzieś w latach 90, wtedy to muzyka przestała być zjawiskiem społecznym, stała się jedynie szołbiznesowym. Przez dekady w muzyce rozrywkowej raz: twórcy i odbiorcy byli częścią tego samego pokoleniowego przeżycia i dwa: nowe pokolenia muzyków mniej lub bardziej świadomie tworzyły nową formę, zupełnie nowy język wyrażania emocji. Wygląda na to, że w latach 90. nastąpił moment, kiedy wymyślono już wszystko.

Historia zrzynania i naśladownictwa to jednocześnie historia muzyki. Elvis Presley i Chuck Berry  sami namiętnie słuchali radia, w konsekwencji łapiąc za gitary. Tyle że w ich przypadku to, co na „wejściu” i na „wyjściu” zdecydowanie się od siebie różniło, zasłyszane dźwięki przepuszczone przez ich wrażliwość i muzyczną wyobraźnię dawały nową jakość – rock and roll dla białych i rhythm and blues dla czarnych.

Czemu muzyczna ewolucja odbywała się w takim tempie? Muzyczni innowatorzy z dawnych lat dotykali życia z większą intensywnością, było ono trudniejsze, bardziej niż dziś chropowate, szorstkie i spotkanie z nim wywoływało nieuniknione tarcia. Mogło to być powodem frustracji albo najlepszym źródłem inspiracji. Życie było też prostsze, nie docierało jednocześnie tak wiele bodźców, które mogłyby rozpraszać i nie pozwalały skupić się na jednym, najbardziej interesującym kierunku. Przez ostatnie 50 lat światowy lifestyle zmienił się diametralnie, dziś międzynarodówka bambocionni do trzydziestki nie wychyla się spod pierzyny mamy jednocześnie od samego rana bombardowana jest milionami powiadomień. Kiedy już złapie za gitarę, to śpiewać nie ma o czym. Chęci więc są, tyle że po przesłuchaniu kilku modnych płyt talentu starcza jedynie na niezbyt odkrywcze epigońskie zgrane pomysły, zagrywki i brzmienia.  Zresztą mimikra brzmień, harmonii, strojów i gestów obserwujemy nie tylko w wykonaniu nowych artystów, nawet weterani coraz częściej sięgają do archiwów i nagrywają wszystko, co zalegało szuflady przez dziesiątki lat. Dziś łatwo dostrzec inspiracje, ciężko jednak o nową jakość. Współczesna muzyka na dobre zakotwiczyła w zatoce „Retro”.

Jeśli nie możemy wskazać, kto gasił światło tamtych, lepszych czasów to bez problemów można wskazać Mesjasza czasów kopii. Choć próbowała wcześniej Joss Stone, divą nowych czasów stała się Amy Whinehouse. Za chwilę dołączyła Adele i lawina ruszyła. Jednocześnie na scenie rockowej śladem Jacka White’a ruszyły Fleet Foxes, Tame Impala, Tedeschi Trucks Band czy Alabama Shakes, Best Coast odkurzał surf pop, White Denim, Graveyard czy Wolfmother przypominały najlepsze czasy Black Sabbath czy Budgie, nowym bogiem gitary ogłoszono Gary’ego Clarka Jr. a folkowe granie spod znaku Crosby, Stills, Nash and Young, Joni Mitchell czy Joan Baez odkrywały na nowo The Decemberists, My Morning Jacket czy War On Drugs. Jeśli dodamy Curtisa Hardinga czy Benjamina Bookera – męskich debiutantów, którzy brzmią jak sprzed pół wieku czy Charlesa Bradleya, autentyczny głos soulu który debiutancką płytę wydaje 60 urodzinach, jasnym staje się o czym mówimy. Stylizacja na lata 60. to niemal gwarancja sukcesu.

 

W naszym lokalnym grajdołku, który od zawsze goni zachód również musiała pojawić się moda na granie retro, nie stało się to jednak na taką skale jak na zachodzie. Po prostu style które kopiowane są najchętniej – soul spod znaku Motown, Stax i Chess czy rock psychodeliczny nigdy nie były zbyt popularne. Ale da się też znaleźć kilka przykładów. Polską Adele była przez jakiś czas Ania Dąbrowska a polskim White Stripes – Kim Nowak braci Waglewskich. Dwa najnowsze przykłady są jednocześnie najbardziej chwalebne. Z jednej Strony Ania Rusowicz wskrzesza przeboje Niebiesko-Czarnych i na tamtej stylistyce opiera również współczesny repertuar. A już absolutnym fenomenem jest 1976: A Space Oddysey Mitchów i Wodeckiego. Odtworzenie 1:1 albumu sprzed 40 lat, zupełnie jednak zapomnianego, dzięki czemu można tą płytę traktować prawie jak premierę. Mamy też Organka i Natalię Przybysz, kiedyś na obrzeżach hip hopu dziś skutecznie tworzących muzykę gitarową a’la Led Zeppelin czy Fleetwood Mac.

Wygląda na to, że dziewczyny i chłopaki w latach 90. domknęli horyzont stylów i pomysłów na granie, jedynym w takiej sytuacji było zwrócenie się w stronę tego, co najlepsze wydarzyło się w muzyce przez laty. Co jednak, kiedy i retro stanie się przeżytkiem?  Może ten artykuł czyta właśnie nowy Strummer albo Cobain? Niecierpliwie czekam na Nowe.

 

karl

 

Red Hot Nirvana, czyli jak pękała tama

rhcpnirvana

 

 

24 września 1991 roku świat zadrżał w posadach. Objawiły się światu dwie płyty, które nie tyle odwróciły stolik co wywróciły go solidnym kopniakiem. Na świat przyszły „Nevermind” i „Blood Sugar Sex Magik”.

 

Początek lat 90. to był przykry okres dla muzyki. Głównie za sprawą MTV media sączyły do głów dzieciaków truciznę plastikowego popu. Była to pochodna neoliberalnego porządku Regana, w myśl której liczył się jedynie zarobek, nieważne czy to branża stalowa czy show biznes. Gwiazdy tamtych lat choć nie miały nic do powiedzenia, posiadały za to inną wielką zaletę – dawały się łatwo manipulować i za parę dolarów gotowe były sprzedawać, sprzedawać, sprzedawać nie przysparzając wytwórniom najmniejszych kłopotów.  Mariah Carey, Boyz II Men, MC Hammer, Michael Jackson a w do tego rodząca się scena dance masowo produkowali piosenki o miłości i zabawie. Scena niezależna miała już wtedy swoje gwiazdy, głównie Sonic Youth i Pixies. Ale to we wrześniu 1991 roku w dniu premiery Nevermind pękła tama. Tama pomiędzy tym, czym żyło pokolenie X i tym, jaką wizję świata produkował główny nurt mediów. Stało się to za sprawą unikalnej fuzji zgiełku niezależnej sceny Seattle i geniuszu kompozytorskiego Cobaina. Jeśli dodamy teksty, które w porównaniu z pustą lawiną słów ówczesnych gwiazd szokowały aktualnością, wnikliwością obserwacji i trafnością ocen otrzymamy coś, na co podświadomie czekały miliony dzieciaków na całym świecie.

Co ciekawe płyta, która skumulowała w sobie całą frustrację i depresję wynikającą z mieszkania w ponurym, zimnym i deszczowym North West, odciętym od świata niczym Polska w stanie wojennym nagrywana była w słynnym studiu Sound City w słonecznym Los Angeles. W tym samym czasie, zaledwie kilkanaście kilometrów dalej Red Hoci pod okiem Ricka Rubina nagrywali inną przełomową płytę. Z początku nieufni wobec nowego producenta „negatywnych” ich zdaniem albumów (odrzucili ofertę współpracy kilka lat wcześniej) odnaleźli w słynnej willi The Mansion Harry’ego Houdini idealne miejsce na rozpoczęcie nowego etapu w karierze. Jeśli o Nirvanie wspominamy głównie z powodu rockowego etosu, szczerości wypowiedzi, to piąta płyta RHCP przyniosła przełom estetyczny. Dodała do rockowego brzmienia kolejny wymiar, zburzyła granice między stylami, pokazując że rock może doskonale współistnieć z innymi gatunkami. Red Hoci wraz z kilkoma innymi formacjami z LA stworzyli coś co dziś nazywamy crossover  - styl na granicy stylów. Powiedzmy sobie szczerze: nikt nie nadawał się do tego lepiej niż Kiedis i spółka. Z seksualnego napięcia, energii oceanu, kalifornijskiej mieszanki kultur i artystycznego fermentu Los Angeles wydobywali to, co najlepsze i zamieniali w wysokooktanową rockową bombę na scenie. Problem w tym że nie potrafili tej energii przekuć na zadowalające efekty w studiu. Do tego potrzebny był Rick Rubin. Połączył kropki i stwierdził: panowie, najlepsze co możecie zrobić, to zagrać ten materiał tak, jak byście grali występowali na scenie. To nie jedyna zmiana, na jaką zdecydowali się podczas sesji. W trakcie ponad miesiąca nagrań eksperymentowali, dyskutowali, ściągali do studia żelastwo w które walili z całych sił, nagrywając partie perkusyjne. Wykorzystali melotron, gitary akustyczne, trąbkę i fortepian. 24 września 1991 roku światu ukazała się płyta która zmieniła zasady gry, wprowadziła rozwiązania, które dziś uważane są za oczywiste. W 1991 roku była to rewolucja.

Sukces Nevermind wyniósł Cobaina, Grohla i Novoselica do rangi nowej twarzy muzyki, przede wszystkim jednak otworzył drzwi dla całego mnóstwa zespołów, które do tej pory grywały w spelunach, a po koncertach spały u swoich fanów bo zwyczajnie nie stać ich było na hotel. Z dnia na dzień grunge stał się tematem numer jeden na całym świecie a na kontach Nirvany, Pearl Jam czy Alice In Chains zaczęły pojawiać się sześciocyfrowe kwoty. W końcu władzę nad masową wyobraźnią przejęli ci, których muzyka stanowiła niemal publicystykę, mówili dosadnym, szczerym językiem o współczesnej, nieakceptowalnej przez nich rzeczywistości. W dodatku zamiast marionetek wytwórni i sponsorów ze sceny mówili, częściej krzyczeli zwykli ludzie – antygwiazdy – dokładnie tacy jak ci pod sceną. Choć pozbawieni naiwności hippisowskich poprzedników łączyło ich jedno: wychodzili na scenę, bo uwierała ich otaczająca rzeczywistość.

 

Idylla nie trwała jednak długo, biznes szybko upomniał się o grunge, który jak wszystko inne okazał się doskonałą okazją do zarobienia wielkich pieniędzy. Grany na okrągło Smells like teen spirit i stempel grunge pojawiający się na wszystkim, co dało się sprzedać zrobiło swoje i w końcu masowa publiczność miała dość. Grunge padł ofiarą swojego sukcesu, najwyższą cenę zapłaciła sama Nirvana w trzy lata po premierze swojego opus magnum. Nieco lepiej przeżyli to Red Hoci, choć John Frusciante już w 1992 roku uciekł z zespołu na 6 lat przytłoczony popularnością. A za chwilę korporacje wymyśliły Britney Spears, Backstreet Boys, Spice Girls i J.Lo. Wszystko wróciło do normy.

 

Nie da się pominąć wpływu wydarzeń zza oceanu na polski rynek pierwszej połowy lat 90. Jeśli tam grunge stał się ważnym graczem na rynku, u nas w zasadzie media nie pokazywały nic innego. Telewizja publiczna na początku lat 90. była rockowym rajem z kilkoma programami w prime time na okrągło promującymi nowe gitarowe kapele. Wszyscy byli grandżowacami albo crossoverowcami, najdobitniejszym przykładem niech będzie Hey, ale przykłady można by mnożyć – Blenders, Golden Life, Houk, Illusion, Proletaryat, Kr’shna Brothers czy Pivo z przytupem kopiowały wszystkoto, co modne w Ameryce. Płyty sprzedawano w setkach tysięcy egzemplarzy (licząc tylko legalne kopie). To jednak zamierzchłe wspomnienia, po 25 latach scena muzyczna powoli zamienia się w pustynię.

 

 karl

Teatr, czyli Polska. O serialu Artyści

 

art

 

Po raz pierwszy od wielu lat oglądam serial jak Pan Bóg przykazał, z tygodnia na tydzień. Zdaje się, że ostatnim dziełem które zasłużyło sobie na taki zaszczyt był Pitbull, od tamtej pory oddawałem się słodkiemu binge watchingowi. Innymi słowy mamy do czynienia ze zjawiskiem niezwykłym.

 

Nierozłączni niczym Przybora i Wasowski, Mann i Materna czy Tom i Jerry, duet Strzępka i Demirski od lat w swoich głośnych sztukach bezwzględnie ukazywali szorstkość naszej młodej wciąż demokracji, rzucali światło na ostro sterczące naokoło krawędzie powstałe w trakcie budowy nowego państwa. Przez wielu wynoszeni na sztandary, zupełnie jednak nie znani w przestrzeni publicznej.

 

9411719-artysci-643-428

 

I oto w krainie paradoksu objawił się kolejny paradoks – idole polski lewackiej otrzymali dostęp do masowej publiczności z rąk Jacka Kurskiego. Co prawda serial zamówił jeszcze poprzednik, Janusz Daszczyński, ale choć pan Nowy Prezes otwarcie stwierdził, że serialu nie lubi, postanowił dać mu szansę, po długotrwałym nagabywaniu ze strony Moniki nawet własnoręcznie przesunął go z poniedziałku i 23.15 na piątek. Masowej publiczności emisja o 22.20 nie zapewnia, ale nic to.

 

uid_b11e451ce85b56551c7b4b8b4a53d58a1449850198664_width_700_play_0_pos_525_gs_0

 

Paweł i Monika znają polski teatr od podszewki i stąd pomysł, by w zaskakującej w naszym kraju manierze zająć się tym, na czym się znają i stworzyć serial o teatrze. Nie są jednak na tyle szaleni, żeby portretować środowisko, które oprócz psa z kulawą nogą obchodzi może 1% społeczeństwa. Szybko zdajemy sobie sprawę, że to jedynie pretekst do przedstawienia przeciętnie radosnego portretu współczesnej Polski. Głównym bohaterem jest wrażliwiec, który chciałby wokół siebie odrobiny normalności, tak by móc normalnie, zgodnie ze swoim sumieniem działać i otwarcie rozmawiać z innymi ludźmi. Niestety szybko okazuje się to niemożliwe. Ten serial to w pewnym sensie polska odpowiedź na modne za oceanem seriale o zombie i wampirach. Nieustanne napięcie, zagrożenie z każdej strony czyni go niemal thrillerem czy nawet horrorem, i nie chodzi nawet o wszechobecne duchy dawnych czasów. Te akurat wcale mnie nie dziwią, możecie wierzyć lub nie, ale sam kiedyś spotkałem ducha w starym szekspirowskim teatrze w Anglii. Przesadnie potraktowane niebieskim filtrem zdjęcia, gra aktorska i sam scenariusz ukazują Pałac Kultury i jego okolice jako najeżone minami pole bitwy, z każdego kąta czyha zagrożenie, każdy jest tu potencjalnym wrogiem.

 

artysci

 

 

Dziś hasło serial TVP można uznać za synonim tego, co najgorsze we współczesnych mediach. Idylliczna opowieść o Nibylandii na wzór Niewolnicy Izaury, którą polska publiczność wciąż zdaje się kochać. Z przyklejonymi uśmiechami tzw. aktorzy serialowi wygłaszają drewniane kwestie w zasadzie nie wiadomo po co. „Artyści” to lustro zwrócone w stronę widzów. Być może krzywe, zaśniedziałe i z dorysowanymi wąsami, mimo to zmuszające przynajmniej niektórych do zadania sobie pytania: gdzie my właściwie żyjemy? Co to za potworna kraina nad Wisłą? Nieliczni tym stanem rzeczy przejęci są od dawna. Może dzięki „Artystom” świadomych obywateli przybędzie.

 

karl